Okazuje się, że niemal 40 procent wszystkich tytułów, które trafiły na konsole Microsoftu w minionym roku, to produkcje stworzone wyłącznie w jednym celu – łatwego i szybkiego podbicia wyniku punktowego. To nie jest drobny problem, który można zamieść pod dywan, ale systemowa patologia, która zaczyna zjadać ten ekosystem od środka.
Cyfrowe wysypisko rośnie w zastraszającym tempie
Zacznijmy od konkretnych liczb, bo one najlepiej obrazują skalę tego upadku jakości (chociaż słowo jakość w tym kontekście jest raczej niefortunne). Analiza przeprowadzona przez ekspertów z TrueAchievements pokazuje, że w 2025 roku na Xboksie zadebiutowały łącznie 2262 gry, co stanowi gigantyczny wzrost o 65 procent w porównaniu do roku poprzedniego.
Moglibyśmy otwierać szampana i cieszyć się z klęski urodzaju, gdyby nie fakt, że za ten skok odpowiada głównie cyfrowy szrot. Szacuje się, że aż 881 z tych produkcji to tak zwane „spam easy Gamerscore titles”. Są to tanie, sklecone na kolanie potworki, które pozwalają odblokować tysiąc punktów w kilka minut, często bez konieczności wykonywania jakichkolwiek sensownych czynności w grze.
W porównaniu z rokiem 2024, liczba takich premier wzrosła o niewiarygodne 204 procent. Mamy więc do czynienia z zalewem treści, która nie wnosi nic do branży, a jedynie zaśmieca serwery i utrudnia znalezienie wartościowych produkcji niezależnych.
Deweloperzy, którzy wkładają serce w swoje małe dzieła, są spychani na margines przez armię klonów generowanych niemal taśmowo. Sytuacja ta sprawia, że przeglądanie sekcji „Nowe gry” na konsoli staje się doświadczeniem traumatycznym – zamiast ekscytujących nowości, widzimy dziesiątki identycznych ikonek różniących się tylko kolorem tła lub numerkiem w tytule.
Biznesplan oparty na ludzkiej próżności
Proceder ten nie jest dziełem przypadku, lecz cynicznie zaplanowaną strategią biznesową niektórych wydawców. Raport wskazuje na rosnącą popularność metody polegającej na wydawaniu tej samej, prymitywnej gry wielokrotnie na różne platformy – osobno na Xbox Series X/S, osobno na Xbox One i jeszcze raz na PC.
Każda z tych wersji posiada oddzielną listę osiągnięć. W efekcie gracze płacą kilkukrotnie za ten sam, wątpliwej jakości kod, tylko po to, by zobaczyć rosnący licznik punktów na swoim profilu.

Xbox123RF/PICSEL
Szczególnym przypadkiem, który przytoczono w raporcie, jest firma Afil Games. Ten jeden wydawca wypuścił w samym tylko 2025 roku aż 191 gier na konsole Microsoftu. Większość z nich to bliźniaczo podobne twory, różniące się jedynie oprawą graficzną, których średnie oceny użytkowników rzadko przekraczają 2,4 na 5 możliwych punktów.
Co na to prezes firmy? Antonio Filipe w rozmowie z dziennikarzami przyznał wprost, że absolutnie nie zamierza zwalniać. Firma planuje nawet aktualizacje istniejących tytułów poprzez dorzucanie do nich darmowych punktów, byle tylko utrzymać zainteresowanie swoją ofertą.
Wygląda więc na to, że bez odgórnej interwencji właściciela platformy ten rynek sam się nie ureguluje – popyt na łatwe punkty wciąż napędza podaż cyfrowych śmieci.
Inflacja punktów i bierna postawa giganta
Zalew shovelware ma dewastujący wpływ na cały ekosystem osiągnięć, który przez lata był dumą społeczności skupionej wokół amerykańskiej konsoli. W 2025 roku do bazy danych trafiło ponad 63,5 tysiąca nowych osiągnięć o łącznej wartości około 3,5 miliona punktów Gamerscore. To prawie dwukrotnie więcej niż rok wcześniej.
Szacuje się, że gry-śmieci odpowiadają za blisko 58 procent wszystkich punktów dodanych w minionym roku. Mamy więc do czynienia z drastyczną inflacją wartości Gamerscore. Niegdyś wysoki wynik świadczył o umiejętnościach i zaangażowaniu gracza, a dziś może oznaczać po prostu zasobny portfel i dużo wolnego czasu na „klikanie” w tanie produkcje.
Podczas gdy gigant z Redmond podejmuje jedynie nieśmiałe kroki, takie jak banowanie tak zwanego „bundle spammingu”, konkurencja działa znacznie bardziej zdecydowanie. Sony niedawno usunęło ze swojego sklepu ponad tysiąc gier typu shovelware i pokazało, że da się dbać o higienę cyfrowej witryny.
Microsoft na razie zdaje się przymykać oko na ten problem, być może ciesząc się z procentu od sprzedaży każdej takiej „gry”. Pytanie tylko, jak długo gracze będą tolerować ten bałagan, zanim uznają, że przeglądanie sklepu na Xboksie to strata czasu.
Trzeba głośno powiedzieć, że obecna sytuacja jest policzkiem dla ambitnych twórców i świadomych konsumentów. Czekamy na zdecydowane ruchy, bo na razie sklep przypomina dziki zachód.
Tytuły nastawione na łatwy zarobek punktów często startują ze standardowym tysiącem Gamerscore, ale po premierze otrzymują aktualizacje podnoszące tę pulę nawet do pięciu tysięcy. Twórcy wykorzystują ten mechanizm jako darmową reklamę, ponieważ każda taka aktualizacja przyciąga uwagę łowców osiągnięć i podbija widoczność gry w sklepie.
Bez tego żadna produkcja nie byłaby kompletna! Czasem to prawdziwe dzieła sztuki INTERIA.PL