KATARZYNA PAW: Jak się panu żyje w Japonii? Tamtejsza rzeczywistość daleko odbiega od przedwyjazdowych wyobrażeń?
NORBERT HUBER: Żyje mi się bardzo dobrze. Niczego mi tutaj nie brakuje z wyjątkiem rodziny i bliskich, z którymi mimo różnicy czasu staram się utrzymywać kontakt przez internet.
Przed przyjazdem do Japonii nie miałem zbyt wielkich oczekiwań, bo nie wiedziałem, co mnie spotka w tym kraju. Rozmawiałem z Bartkiem Kurkiem, który wcześniej mieszkał w Japonii [w latach 2020–24 grał w Wolf Dogs, teraz występuje w Tokio Great Bears], dzięki czemu miałem lekki zarys tego, jak wygląda rzeczywistość w Kraju Kwitnącej Wiśni. Ogólnie jednak jestem zadowolony z tego, co tutaj zastałem oraz jak spokojne i swobodne życie mogę wieść, grając jednocześnie w siatkówkę.
Po pierwszych meczach przeciwko drużynie z Tokio rozmawiałem z Bartkiem o jego doświadczeniach i sugestiach dotyczących życia w Japonii. Od tego momentu przestałem jeździć samochodem, a zacząłem korzystać z pociągów, dojeżdżając na stację taksówką. Pociągiem jadę na trening i zawsze jestem na czas, bo transport miejski jest tutaj na naprawdę wysokim poziomie. Dookoła mojego miejsca zamieszkania znajduje się wiele lokali, w których mogę się stołować. Różnorodność jest duża, a jedzenie wysokiej jakości, dlatego nie mogę na nic narzekać. Jestem zadowolony i cieszę się z tego, jak wygląda moje życie w Japonii.
Tak. Myślę, że odnalazłem spokój i samego siebie. Lubię tutejsze życie, lubię o nim opowiadać. Jest fajne.
Czasami stresuję się, gdy mam odwiedzić nowe miejsce. Na przykład ostatnio byłem w klinice dentystycznej i bałem się trochę, jak ta wizyta będzie wyglądała. Było jednak super, zostałem tym doświadczeniem pozytywnie zaskoczony. Czasami też przejmuję się, czy uda mi się porozumieć z ludźmi, bo nie wszyscy mówią po angielsku. Używam wtedy tłumacza w telefonie. Poza tym nie miewam już takich momentów, w których coś mnie zaskakuje.
Chce się pan nauczyć języka japońskiego?
Podchodzę z dużym szacunkiem do nowego miejsca i języka. Wydaje mi się, że japoński jest trudny do nauczenia i na ten moment może być dla mnie poza zasięgiem. W przyszłości jednak nie wykluczam, że się go nauczę.
Czuje się pan gwiazdą?
Chyba tylko w okolicach hali, w której gramy, zdarza się, że ludzie mnie rozpoznają. Poza tym raczej jestem anonimowy. Nie mówię oczywiście o sytuacjach, gdy spotykam ludzi, którzy znają nasz kraj i reprezentację. Część sytuacji, które mają miejsce w Polsce, tutaj w ogóle się nie zdarza. Po meczach rzadko rozdajemy autografy i robimy sobie zdjęcia z kibicami, ale jest to wynikiem zasad wprowadzonych przez klub i całą ligę. Nie jest więc tak jak w Polsce, że kibice stoją wokół boiska. W Japonii jest to raczej forma przywileju, a nie obowiązku.
Czy na Japończykach robi wrażenie pana wzrost?
Rzeczywiście ludzie zwracają uwagę, że jestem wysoki [206 cm] i pytają, czy gram w siatkówkę albo koszykówkę. Na tym jednak nasza interakcja się kończy.
Czy ze względu na tę anonimowość postanowił pan wybrać Wolf Dogs na swój pierwszy zagraniczny klub?
Nie. Wybrałem ten klub, bo chciałem doświadczyć innego życia, zwiedzić nieco świata, poczuć, że żyję, a nie tylko gram w siatkówkę. Chciałem zobaczyć, czy w innym kraju bardziej docenia się ludzi, którzy każdego dnia w pracy poświęcają swoje zdrowie. W ciągu ostatnich trzech miesięcy uzyskałem odpowiedzi na wiele nurtujących mnie pytań. Jestem zadowolony z tego wyboru.
AFLO/Newspix / newspix.pl
Norbert Huber (trzeci od lewej) imponuje Japończykom grą w bloku
Jak rozumiem, odpowiedzi na te pytania były pozytywne?
Tak. Jestem wdzięczny za to, co spotyka mnie tutaj każdego dnia, w jakim klubie i z jakimi ludźmi pracuję. Mimo że nie zawsze graliśmy tak, jak byśmy mogli, to wciąż jesteśmy świadomi swoich możliwości i nadal ciężko pracujemy, aby dobrze reprezentować naszego sponsora oraz kibiców, którzy wspierają nas na każdym meczu.
Co odróżnia Wolf Dogs od klubów, w których dotychczas pan występował?
Przede wszystkim samo podejście do siatkówki, które w Polsce i Japonii jest różne. Poza tym stosunek członków klubu do zawodników odznacza się bardzo dużym szacunkiem. Sama organizacja klubu stoi na wysokim poziomie. Nie mam też tylu obowiązków co w Polsce, a każda inna aktywność jest traktowana jako dodatkowa. Jeśli czegoś nie chcę robić, to nie jest to wymagane, a w Polsce było to na przykład narzucone z góry.
Ludzie, którzy pracują w Wolf Dogs, liczą się ze zdaniem siatkarzy, co nie zdarzało się w klubach PlusLigi. Tam często słyszało się, że musimy coś zrobić, bo sponsor za to płaci. Odczuwam zadowolenie z tego, co spotyka mnie w tym klubie, i jestem pod dużym wrażeniem podejścia do ludzi. Mam tu na myśli nie tylko sam klub Wolf Dogs, także na ulicach czuć szacunek i uprzejmość ze strony drugiego człowieka.
W grudniu pańska ekipa sięgnęła po Puchar Cesarza, wygrywając wszystkie cztery mecze po 3:0.
W tym turnieju nie wystąpiły wszystkie drużyny SVLeague, bo w tym samym czasie Osaka Bluteon grała w klubowych mistrzostwach świata [w Belem sięgnęła po srebro, przegrywając finał z Perugią]. Poza tym w ćwierćfinale Pucharu Cesarza Suntory Sunbirds niespodziewanie przegrało z Voreas Hokkaido, z którym walczyliśmy później w finale.
AFLO/Newspix / newspix.pl
Norbert Huber
Zdobycie tego trofeum było dla mnie dość niespodziewane, bo nie sądziłem, że jesteśmy w stanie po nie sięgnąć. Fajnie było doświadczyć nowego formatu rywalizacji o puchar, w którym graliśmy w jednej hali wraz z drużynami żeńskimi oraz występującymi w niższych ligach zespołami uczelnianymi. Ciekawe było też świętowanie po zdobyciu tytułu, bo odbywało się w gronie wszystkich pracowników klubu. Dzięki temu można było poznać więcej osób, które są zaangażowane w jego tworzenie. Z drugiej strony od momentu zwycięstwa w Pucharze Cesarza nasza forma nieco się obniżyła, co przełożyło się na kolejne porażki w lidze.
Mówił pan, że nie nakłada się na was presji związanej z koniecznością zdobycia mistrzostwa Japonii. A jak pan ocenia wasze szanse na tle pozostałych zespołów?
Przed sezonem mieliśmy spotkanie, na którym trener w obecności prezesa sponsorującej nas firmy powiedział, że nie możemy zagwarantować wyniku, ale możemy zapewnić walkę w każdym meczu i godną reprezentację zarówno sponsora, jak i klubu. To dla mnie coś nowego i wyjątkowego, bo do tej pory każdy z moich dotychczasowych pracodawców powtarzał, że liczy się tylko tytuł mistrzowski, a każdy inny wynik może być rozpatrywany w kategorii porażki. Jesteśmy obecnie na półmetku rywalizacji w fazie zasadniczej SVLeague, bo do rozegrania zostało nam jeszcze 20 kolejek. Zajmujemy czwarte miejsce, przegraliśmy sześć spotkań z rzędu. Liczę, że zaczniemy wygrywać.
Odpowiadają panu mecze w weekend dzień po dniu i szybka gra, którą preferuje się w Japonii?
Tak, bardzo mi to odpowiada. Po tych meczach zawsze dostajemy minimum półtora dnia wolnego, a poza tym nie gra się co dwa–trzy dni, jak to bywa w Polsce. Tutaj spotkania odbywają się co tydzień punktualnie o stałych porach. Historie o tym, że w PlusLidze gra się co kilka dni, nie ma czasu na odpoczynek, podróże są dalekie i wielogodzinne, wraca się do domu zaraz po meczu, zarywając noc, bo ktoś nie może dobrze rozplanować kalendarza rozgrywek, były dla moich kolegów z obecnej ekipy nie do wyobrażenia.
Gra w weekendy jest bardzo wygodna, choć w niedzielę jest trudniej, bo możesz być niedostatecznie zregenerowany. Plusem jest to, że w takiej samej lub być może nawet gorszej sytuacji znajduje się także drużyna przeciwna. Pod tym względem jest więc sprawiedliwie. To format, który dla mnie jest wygodny i bardzo dobrze się w nim czuję, bo mam czas na to, aby grać, odpocząć czy popracować nad pewnymi elementami. Kwestia podróży po Japonii też jest na plus, bo są one dobrze zaplanowane i zorganizowane. Na wyjazdach każdy z członków drużyny ma własny pokój. To niby detal, ale różnica jest znacząca.
Brzmi jak siatkarski raj na ziemi.
Rekomenduję każdemu, kto będzie chciał i miał możliwość, aby podpisać kontrakt w lidze japońskiej, zmierzyć się z jej poziomem, poznać nową kulturę i doświadczyć tego dużego szacunku i uprzejmości ze strony mieszkających tam ludzi.
W trakcie sezonu mówiło się, że może pan zostać przestawiony na pozycję atakującego. Ile meczów rozegrał pan w tej roli?
W jednym wszedłem na podwójną zmianę, ale był to tylko epizod, który już się więcej nie wydarzył. Czasami na treningu, jeśli zajdzie taka potrzeba, jestem w stanie grać na różnych pozycjach, aby zajęcia mogły się odbyć. Czasami pełnię więc rolę zawodnika uniwersalnego, ale w meczach zawsze gram jako środkowy.
W sezonie 2023/24 PlusLigi ustanowił pan rekord pod względem liczby punktowych bloków. W tym jest pan liderem klasyfikacji najlepszych blokujących SVLeague. Widzi pan jakieś różnice w blokowaniu rywali w Polsce i Japonii?
Nie. W Japonii gra jest czasami trochę szybsza, ale za to niedokładna. Poza tym nie widzę żadnych różnic. Muszę też przyznać, że kiedy myślę o sezonie 2023/24, to aż trudno mi sobie wyobrazić, że udało mi się wówczas taki rekord wyśrubować. W moim obecnym klubie skupiam się na tym, aby dobrze grać i pracować na to, by informacja zwrotna od trenera, jego asystentów czy samego prezesa była pozytywna. Jeśli będę ważnym elementem drużyny i zbiorę dobre opinie, to będę z tego zadowolony. Ostatnio dostaję dużo wiadomości od fanów, że dostrzegają moją dobrą grę w bloku. W listach, które otrzymuję po meczach wraz z prezentami, także pojawiają się miłe fragmenty dotyczące tego elementu. Cieszę się, że ktoś to dostrzega, bo to pokazuje mi, że warto dobrze grać w siatkówkę.
Czyli wypalenie zawodowe, o którym mówił pan w lecie, opuściło pana na dobre?
Myślę, że tak. Bardzo duże znaczenie miało to, że zmieniłem środowisko i klimat pracy, odnajduję się w nowym towarzystwie, a poza tym zostawiłem w Polsce wiele rzeczy, które zabierały mi radość z tego, co robię.
Miniony rok był dla pana wyjątkowo trudny pod względem zdrowotnym. Najpierw doznał pan urazu oka, potem przeszedł zabieg na przegrodę nosową, miał problem ze ścięgnem podkolanowym, a w Japonii pauzował przez kilka dni w związku z groźnie wyglądającym upadkiem w trakcie jednego z meczów. Udało się już wyrzucić te wszystkie kłopoty z głowy?
Tak. Moje ostatnie problemy w SVLeague, w tym skręcona kostka, były zdarzeniami losowymi. Pozostałe kwestie zdrowotne z minionego roku traktowałem i nadal traktuję na zasadzie, że ktoś ma mnie w swojej opiece i dał mi sygnał, że powinienem też czasami skupić się na odpoczynku. Mimo wszystkich przeciwności losu cieszę się, że Opatrzność nade mną czuwała i osoby decyzyjne nie miały w tej kwestii nic do powiedzenia.
Kontrakt z Wolf Dogs podpisał pan na dwa sezony. Po zakończeniu tej współpracy zdecyduje się pan kontynuować karierę za granicą czy raczej wróci do Polski?
Moja decyzja będzie zależała od tego, czy kluby PlusLigi będą mną zainteresowane oraz od tego, gdzie i z kim miałbym w takim scenariuszu występować. Mój obecny kontrakt obowiązuje do maja 2027 r., ale będę otwarty tylko na konkretne rozmowy. Jeżeli do takowych dojdzie, z pewnością poinformuję o tym w swoich mediach społecznościowych.
Na pańską decyzję będzie miało też wpływ to, co napisał pan w grudniu na portalu X na temat zaległości finansowych w polskich klubach?
Nie chodzi już o zaległości. Życzyłbym sobie, aby było więcej transparentności we wspólnych działaniach na rzecz profesjonalnej siatkówki w naszym kraju. Chodzi mi o tworzenie wyjątkowego produktu na skalę światową i maksymalne wykorzystywanie potencjału polskiej ligi.
Jeśli nie pojawiłaby się żadna satysfakcjonująca oferta z PlusLigi, to jakie zagraniczne kierunki bierze pan pod uwagę?
Zostałbym raczej w lidze japońskiej. Może Wolf Dogs będzie na tyle zadowolone z mojej pracy, że zaproponuje mi przedłużenie kontraktu. Na pewno będę na to pracował.
Udaje się panu w jakimś stopniu śledzić to, co dzieje się w PlusLidze?
Tak, śledzę. Staram się oglądać mecze, kiedy tylko mogę. Mam swoje przemyślenia, które są zbieżne z obserwacjami wielu fanów i sympatyków. Wierzę, że w 2026 r. nastąpią zmiany, które będą szanować każdego, kto jest zaangażowany w tworzenie siatkówki w naszym kraju.
Co ma pan dokładnie na myśli?
To, aby siatkówka w Polsce była bardziej profesjonalna nie tylko z nazwy. Nie chodzi mi wyłącznie o finanse i budżety, ale także o dbanie o zawodników, dostateczny czas na regenerację i odpoczynek oraz dobre warunki do pracy. Nie można przy tym zapomnieć o kibicach, którzy chcieliby otrzymywać przejrzyste komunikaty, bo lepsza komunikacja również im się należy. Wszyscy byliby szczęśliwsi, trawa byłaby bardziej zielona, a kawa lepiej smakowała.
Trawa nie jest bardziej zielona w Jastrzębskim Węglu, gdzie pan ostatnio grał. Ten sezon jest dla Pomarańczowych wyjątkowo trudny, bo po raz pierwszy nie są tak mocną drużyną, a sytuacji nie ułatwiają problemy sponsora tytularnego.
Jest to dla nich trudny sezon, bo drużyna, która w ostatnich latach grała o najwyższe cele, musiała obniżyć swoje ambicje. Taka codzienność jest na pewno trudna i rzutuje na wiele rzeczy, jak gra czy podejście zespołu. Wierzę jednak, że dla tamtejszego środowiska któregoś dnia znów zaświeci słońce.
Rozmawiał pan już z selekcjonerem Nikolą Grbiciem na temat nowego sezonu reprezentacyjnego?
Nie rozmawiałem z nim jeszcze, ale nawet nie zaprzątam sobie głowy tym, czy zadzwoni. Spokojnie żyję w Japonii dzień po dniu i oprócz planowania codzienności myślę też o tym, że po sezonie muszę odpocząć od siatkówki, tak jak to było w minionym roku [Huber nie wystąpił w Lidze Narodów, dołączając do kadry na mistrzostwa świata]. Chciałbym zadbać o swoje zdrowie i spędzić trochę czasu z rodziną i bliskimi.
Czyli rozważa pan przerwę od reprezentacji?
Jeśli nie znajdę nici porozumienia z trenerem i będę musiał wybierać swoje zdrowie albo grę w reprezentacji, to wybiorę to pierwsze.
Nowy sezon reprezentacyjny znów będzie bardzo ważny, bo będziecie w nim bronić złota Ligi Narodów i mistrzostwa Europy. Obrona drugiego z tytułów może wam zapewnić bilet na igrzyska olimpijskie w Los Angeles. Po tym, jak Europa dominowała na mundialu na Filipinach, może być to o wiele trudniejsze zadanie niż trzy lata temu?
Tak jak już powiedziałem, temat reprezentacji na dzisiaj jest dla mnie bardzo odległy. Widziałem tylko, jaką wylosowaliśmy grupę na mistrzostwach Europy. Mogę jednak powiedzieć, że będzie na nich grało wiele drużyn, które będą chciały osiągnąć sukces. Takiego tytułu nie zdobywa się łatwo, co było widać w 2023 r., gdy sięgnęliśmy po niego po 14 latach przerwy. Jeszcze trudniej będzie go obronić, zwłaszcza że idzie za nim awans na igrzyska.
Wraca pan jeszcze do wydarzeń z końcówki mistrzostw świata?
Wydaje mi się, że ten turniej jest już za mną. Cieszę się z brązowego krążka i dziękuję za niego Opatrzności Bożej i moim kolegom. Nie rozdzieram szat, że mogło być lepiej. Doceniam to, że mogłem być częścią tamtego zespołu. Wiem, że dałem z siebie wszystko i przygotowałem się do turnieju najlepiej, jak potrafiłem.