Jarosław Koliński: Mieszkasz w Polsce czy w Holandii?

Euzebiusz Smolarek (były reprezentant Polski): I w Polsce, i w Holandii. Wychodzi mniej więcej po równo.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Jaki błąd popełnił Euzebiusz Smolarek?

Gdzie mieszka Euzebiusz Smolarek?

Czym zajmuje się fundacja im. Włodzimierza Smolarka?

Jakie problemy najczęściej zgłaszają piłkarze do PZP?

Czyli nie masz swojego stałego miejsca na ziemi.

Właściwie nigdy nie miałem. Urodziłem się w Polsce, ale w wieku 5,5 roku wyjechaliśmy z rodzicami do Holandii. Później przeprowadziliśmy się do Niemiec na dwa lata, następnie wróciliśmy do Holandii. A później już, jako dorosły człowiek, sam prowadziłem swoją karierę: Niemcy, Hiszpania, Anglia, Grecja… Po zakończeniu kariery osiadłem w Holandii, ale i tak bardzo często przyjeżdżałem do Polski.

Minęło 12 lat od zakończenia przez ciebie piłkarskiej kariery. Chyba dość długo klarował ci się w głowie pomysł na siebie.

To prawda. Przez pięć lat, a więc do momentu, gdy zaproponowano mi pracę w Polskim Związku Piłkarzy, nie robiłem nic związanego ze sportem. Zajmowałem się innymi, prywatnymi rzeczami.

Euzebiusz Smolarek: nie mogłem zostać agentem, bo nie potrafiłem oszukiwać

Nie ciągnęło cię do bycia trenerem albo agentem?

Spróbowałem na samym początku roli agenta, ale po dwóch miesiącach zrezygnowałem. Zrozumiałem, że to absolutnie nie jest moje miejsce. Mówiąc wprost: nie potrafiłem oszukiwać. Nie mogę sobie wyobrazić, że agent może dla przykładowych 100 zł. zadziałać na niekorzyść swojego klienta. Poza tym ja nie lubię się prosić. A często widziałem różnych agentów kręcących się po hotelu, zaczepiających piłkarzy albo prezesów. To nie dla mnie.

Lepiej się czujesz w innych dziedzinach. Czym zajmuje się fundacja im. Włodzimierza Smolarka, którą niedawno założyłeś w Uniejowie?

W 2012 r. został otwarty ośrodek w Uniejowie z boiskami im. właśnie mojego taty. Chciałem, żeby służył on dzieciakom, które mogłyby przyjeżdżać tam na obozy i trenować na obiektach o wysokim standardzie. Uniejów to uzdrowisko termalne w środku Polski. Hotel jest bardzo dobry, do tego boiska ze sztuczną i naturalną nawierzchnią. Założenie takiej fundacji było moim marzeniem. Chcę odciągać dzieci od telewizorów i telefonów, w zamian zapewnić im aktywność na najwyższym poziomie. Jest plan, byśmy w dalszej perspektywie mogli finansować takie obozy również najbiedniejszym dzieciakom.

Najważniejszy duet reprezentacji Polski, który dał nam awans na Euro 2008 – Leo Beenhakker (z lewej) oraz Euzebiusz Smolarek

Najważniejszy duet reprezentacji Polski, który dał nam awans na Euro 2008 – Leo Beenhakker (z lewej) oraz Euzebiusz SmolarekFOTO LUKASZ GROCHALA/ CYFRASPORT / AGENCJA PRZEGLAD SPORTOWY / newspix.pl

Jak wspomniałeś, od siedmiu lat jesteś prezesem Polskiego Związku Piłkarzy (PZP). Co dokładnie tam robicie?

W skrócie: bronieniem praw piłkarzy. Kiedy zostałem prezesem PZP i zagłębiłem się w problemy zawodników w Polsce i przeżyłem szok, że jest ich aż tyle.

Istnieją jeszcze „Kluby Kokosa”? Te, w których na niechcianych piłkarzy wywierana jest presja, by rozwiązali kontrakt lub zgodzili się na obniżkę pensji?

Są, ale robione bardziej dyskretnie i naprawdę sporadycznie. To wygląda tak słabo wizerunkowo, że szefowie klubów coraz rzadziej ryzykują działanie w ten sposób.

Euzebiusz Smolarek dostał w Polonii Warszawa „propozycję” obniżenia pensji o połowę

Sam „grałeś” w „Klubie Kokosa”.

To były czasy Polonii Warszawa. Znany w Polsce właściciel postanowił, że obniży mi pensję o połowę. Tak po prostu. Nie zgodziłem się, więc zesłał mnie do samotnego trenowania. Meldowałem się na Konwiktorskiej o 8.00 i przebywałem do 16.00: trochę pokopałem piłkę, trochę pobiegałem i trochę poćwiczyłem na siłowni. Czas zlatywał i wracałem do domu. Wtedy nie sądziłem, że można piłkarza traktować w taki sposób. To był najbardziej upokarzający moment w mojej karierze, chociaż z drugiej strony potrafiłem się z tego śmiać. To był schyłek mojej kariery, nic już nie musiałem. Powiedziałem prezesowi, że ja tak mogę jeszcze długo wytrzymać — pół roku czy rok.

Ale uwierz mi, że byli piłkarze, którzy nie radzili sobie z tym psychicznie i godzili się na warunki stawiane przez klub. Właśnie wtedy, widząc coś takiego, pomyślałem, że jeśli będzie w przyszłości taka możliwość, chcę pomagać zawodnikom.

I udało się. Z czym najczęściej zgłaszają się piłkarze?

Z niewypłacanymi pensjami. Potrafi dochodzić do sytuacji, że piłkarz nie dostaje pieniędzy przez miesiąc, dwa, a mimo to dalej gra. My wyciągamy do nich pomocną dłoń. Mamy zgodę od PZPN i Ekstraklasy, że raz w roku możemy wejść do każdej szatni w Ekstraklasie i w 1. lidze, by rozmawiać z graczami o ich problemach. Dajemy im do wypełnienia ankiety, uświadamiamy, jakie są ich prawa. Mamy w tym momencie ok. trzy tys. członków. Składki są śmiesznie niskie. To nie jest 1000 zł. I muszę przyznać, że efekty naszej pracy są coraz bardziej widoczne. Standardy respektowania kontraktów piłkarskich poszły do góry i o to chodzi. Jest to ważne także dla piłkarzy przyjeżdżających z zagranicy. Chcemy im pokazać, że ich interesy są odpowiednio chronione.

Jesteśmy członkiem FIFPro. Dwa razy do roku spotykamy się na kongresach i wymieniamy doświadczenia. I ja wtedy z satysfakcją mogę się pochwalić, że w Polsce nie jest źle, jeśli chodzi o standardy prawne w piłce. Są kraje, które naprawdę mają poważne problemy. Żyłem w Niemczech, Hiszpanii i Grecji i różne rzeczy widziałem.

Jako piłkarz byłeś nierzadko traktowany w Polsce jak arogant. Wiesz, dlaczego?

Dla Polaków byłem Holendrem, a dla Holendrów — Polakiem. Może dlatego. Za aroganckiego byłem odbierany przez polskich dziennikarzy, ale nie miałem z tym wielkiego problemu. Mnie nie zależało, żeby udzielać wywiadów, chciałem grać dla Polski i sprawić, żeby tata był ze mnie dumny. I miałem swoje zasady, które były naruszane. W Niemczech, jak ktoś chciał wywiad, musiał się zgłosić do rzecznika prasowego. W Polsce czegoś takiego nie było i zdarzało się, że reporterzy dosłownie wchodzili na murawę po treningu, nie przejmując się, że jeszcze nie skończyłem zajęć. Pamiętam też jednego dziennikarza, który przyjechał do mnie do Dortmundu i chciał ekskluzywny wywiad. Zgodziłem się. Jednak po meczu wszedł nielegalnie do strefy przeznaczonej tylko dla piłkarzy i ich rodzin. Powiedziałem mu, że nie może tu wchodzić.

— Jak to nie wejdę? — odpowiedział.

— No nie wejdzie pan.

— A wiesz, kim jestem?

— Nie wiem, ja tu tylko gram.

— Ja cię mogę zniszczyć w mediach!

Poważnie?

Poważnie. Ja lubiłem się zamykać przed mediami i uważam, że również dzięki temu odnosiłem sukcesy. Tak samo Lewandowski się zamyka, bo chce się skupić na graniu. Ale wiesz co? Nie rozmawiajmy już o dziennikarzach.

Legendarny mecz Ebiego Smolarka w reprezentacji Polski, gdy strzelił dwa gole Belgii i przypieczętował nasz awans do Euro 2008:

Dobra, mam przyjemniejszy temat. W 2007 r. zostałeś absolutnym bohaterem całej Polski. Kraj pokochał cię za gole, które dały nam awans — po raz pierwszy — do mistrzostw Europy. W plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca roku zająłeś drugie miejsce, przegrałeś tylko z Adamem Małyszem. Przeszkadzała ci ta popularność?

Nie, a dlaczego miałaby przeszkadzać?

Bo lubiłeś żyć w cieniu.

To prawda, lubiłem trzymać się z boku. Ale mnie to zamieszanie nie przeszkadzało. Bo… nie wiedziałem o nim (śmiech).

Cała Polska o tobie trąbiła, a ty nic o tym nie wiedziałeś?

Grałem wtedy w Hiszpanii. Po meczu z Portugalią wróciłem do klubu. Podróż trwała długo, z przesiadkami. Trochę wtedy spałem, więc nie zaglądałem do internetu. Na drugi dzień stawiłem się na treningu i koledzy zapytali, jak było na zgrupowaniu. Odparłem, że strzeliłem dwa gole i wygraliśmy, a oni tylko przytaknęli, nie dopytując o szczegóły. Wszyscy już się skupiali na najbliższym meczu ligowym.

Dopiero później zaczęło coś do mnie docierać. Od rodziców. Kupowali gazety, na okładkach których byłem ja. Tyle że ja tych gazet nawet nie widziałem. O tym, że jest jakiś szał na mnie, przekonałem się dopiero za miesiąc.

Euzebiusz Smolarek był wielką gwiazdą Borussii Dortmund. Tutaj hat-trick, jakiego strzelił w Bundeslidze:

Kiedy przyleciałeś na kolejne zgrupowanie.

Gdy leciałem, dziennikarze już wiedzieli, gdzie wyląduję i o której godzinie. Fotoreporterzy w krzakach leżeli, żeby zrobić mi zdjęcie. Podszedłem do jednego i powiedziałem: „Proszę pana, nie musi pan tu leżeć. Niech pan normalnie podejdzie i zrobi fotkę”. Ale odpowiedział, że nie, bo wtedy nie będzie sensacji, a on za dobre zdjęcie dostanie 1000 zł. Nagrałem sporo reklam wtedy, moja twarz wisiała na billboardach w Warszawie, ale naprawdę nie miałem problemów z popularnością. Potrafiłem się od tego odciąć. Skupiałem się tylko na swoich zadaniach — treningach i meczach.

Dostawałeś nietypowe propozycje?

Zostałem zaproszony kiedyś do jakiegoś show. Jest taki śmieszny facet z telewizji, który to prowadził. Wiesz pewnie, o kim mówię.

O Kubie Wojewódzkim?

Nie wiem, może on, może nie. Nie ma jakiegoś drugiego showmana? Zresztą nieważne. Dostałem zaproszenie, już było wszystko dogadane włącznie z terminem, kiedy mam przylecieć.

Poleciałeś?

A gdzie tam.

Odmówiłeś?

Powiedzmy, że byłem chory… [szeroki uśmiech].

Tak Ebi Smolarek pożegnał zmarłego przed rokiem Leo Beenhakkera:

Twoja życiowa forma w tamtym czasie była zasługą Leo Beenkahhera?

Pewnie nie tylko, ponieważ byłem wtedy w wysokiej formie także w Dortmundzie i potrafiłem to przełożyć na reprezentację. Ale Leo Beenhakker był bardzo ważnym selekcjonerem dla Polski. My, Polacy, jesteśmy za skromni, często zakompleksieni. A Leo walczył z naszymi kompleksami. Pamiętam jego przemowę przed meczem z Portugalią. Pytał nas: „A kto to jest Ronaldo? Okej, gra w Realu Madryt, ale co z tego? Biega tak samo jak wy. Piłka będzie jedna dla wszystkich”. On dał nam wiarę, że możemy wygrać z każdym. Na mecz, nieważne z kim, wychodziliśmy z głowami podniesionymi do góry.

Ja już wtedy miałem tę pewność siebie, bo wyniosłem ją z Holandii. Ktoś to może nazywać arogancją, ale ja wiedziałem, że jeśli chcę wygrać mecz, muszę czuć się lepszy od przeciwnika. A na boisko wychodziłem nie po to, by nie przegrać, ale żeby wygrać.

U Beenhakkera twoja kariera reprezentacyjna rozkwitła. Za to zakończył ją definitywnie Franciszek Smuda. Jak go wspominasz?

Powiem ci o pierwszym jego treningu z kadrą. Widział wtedy, że się z niego śmieję.

Na rozgrzewce zazwyczaj jest gra w „dziadka”. Wiadomo, o co chodzi: w środku jest jeden gracz, który próbuje zabrać piłkę kolegom tworzącym kółko i podającym sobie. Wszystko odbywa się na małej przestrzeni. I teraz słuchaj: Franciszek Smuda zorganizował „dziadka”, w którym trzech graczy jest w środku, a pozostali rozstawieni są… wokół całego boiska.

Słucham?

Serio. W ten sposób chciał trenować wysoki pressing. Ja tam stałem i się śmiałem. I modliłem się, żeby w środku nie wylądować.

Jeśli widział, że się śmiejesz, to byłeś na straconej pozycji, bo Franciszek Smuda był pamiętliwy. No i ostatecznie nie zabrał cię na Euro 2012.

Byłem w tamtym czasie w niełatwej sytuacji klubowej. W Anglii, w Boltonie, nie grałem. Później wyjechałem do greckiej Kavali. Trener nie przyjeżdżał do mnie, żeby mnie zobaczyć. I tak to się skończyło.

Euzebiusz Smolarek: Borussia Dortmund poprosiła mnie, żebym odszedł

Powiem wprost: jestem rozczarowany twoją karierą. Miałeś potencjał, by dłużej utrzymać się na topie. Kiedy ten zjazd się zaczął?

Po odejściu z Borussii Dortmund i przyjęciu oferty z Racingu Santander. To był ten jeden błąd, który później cały czas ciągnął mnie w dół.

Co się stało?

Miałem ofertę, żeby zostać w Borussii, ale zawsze mnie ciągnęło do Primera Division. Marzyłem, żeby zagrać w Hiszpanii. Kiedy przyszła oferta z Santander, szybko odpaliłem internet. Patrzę: jest słońce, morze, ładne plaże, drużyna, która zajmuje wysokie, 5. miejsce w tabeli. Spodobało mi się. Borussia też mnie prosiła, bym odszedł, bo dostali za mnie 5 mln euro, a to były w tamtych czasach duże pieniądze. Pomyślałem: a może to jest jedyna szansa, by wyjechać do Hiszpanii? Może w przyszłości usiądę na ławce w Dortmundzie i nikt już nie zadzwoni?

No i poleciałem, ale nie był to dobry pomysł.

Dlaczego?

Byłem w nowym kraju, jeszcze nie znałem języka. Trener na treningach wydawał mi polecenia, a ja zupełnie nie rozumiałem, co mam robić. „English, please!”, prosiłem go, ale bezskutecznie. Po miesiącu przychodzi do mnie prezes i pyta, czy już mówię po hiszpańsku. Odparłem, że to bardzo trudne, by w tak krótkim czasie się nauczyć. Ale nie chciał mnie słuchać. Powiedział, że jeśli za kolejny miesiąc, dwa nie będę rozmawiał po hiszpańsku, to nie wypłaci mi pensji. I rzeczywiście nie wypłacił. Później kolejnej i kolejnej. Nie płacili mi tak przez kilka miesięcy, a ja nie wiedziałem, jakie są moje prawa.

Wydzwaniałem do mojego agenta, Holendra. Ale ten po podpisaniu kontraktu skasował prowizję i zniknął. Powiedział tylko, żebym sam poszedł do prezesa porozmawiać. Prezesa jednak nie było, albo słyszałem stale „jutro, jutro”. Wk…łem się strasznie i odechciało mi się grać. No bo dlaczego mam zasuwać na treningach, skoro mi za to nie płacą?

Euzebiusz Smolarek: nikt mi nie zabierze tego, co zrobiłem dla reprezentacji. Albo dla Borussii Dortmund

Ucieczką, i to bardzo atrakcyjną, miał być wyjazd do Premier League, do Boltonu.

A okazało się, że to był kolejny błąd. Za mało grałem, żeby się pokazać, tylko 12 razy wybiegłem na boisku. A w ataku biegał Johan Elmander, kupiony przez Bolton za rekordowe pieniądze. Nie strzelał, ale grał w każdym meczu.

Szczyt twojej kariery trwał zaledwie pół roku. W końcówce 2007 r. dałeś nam awans na historyczne Euro, a już pół roku później powoli zacząłeś znikać. Co roku nowy klub i każdy coraz słabszy.

W tamtym czasie nie miałem jednego, stałego agenta. Może to też był błąd? Każdy mi coś obiecywał, obiecywał, a ostatecznie nic nie wychodziło. Jeden mówi, że lecimy Włoch. „Ale gdzie jest kontrakt?”, pytam. A on na to: „Za tydzień będzie, jeszcze nad nim pracuję”. Na takie rzeczy nie mogłem się godzić. I właśnie dlatego nie chciałem zostać agentem.

Ale żeby nie było — w mojej karierze jest więcej pozytywów, czy negatywów. W kadrze zagrałem 47 meczów, strzeliłem 21 goli. Nie zostałem wybitnym reprezentantem, zabrakło mi meczów. Ale trudno. Jak będę chciał dostać dwa bilety na mecz kadry, to i tak dostanę. Nikt mi nie zabierze tego, co zrobiłem dla reprezentacji. Albo dla Borussii Dortmund, która do dzisiaj zaprasza mnie na mecze z Schalke. Pewne błędy popełniłem, ale to dotyczy każdego człowieka i każdej branży.

Moja kariera nie kończy się na piłce nożnej. Jest jeszcze kariera życiowa.