Tacy ludzie w polskiej piłce już byli, ale akurat Dobrzycki chyba najbardziej przypomina tego człowieka, który objawił się na sportowo-biznesowej scenie pod koniec XX wieku i zrobił furorę skalą wydatków, ale potem również konsekwencją w wykładaniu pieniędzy. Wprawdzie szczegółach wykazywał się nerwową niecierpliwością, ale w zasadniczej ocenie został zapamiętany jako jeden z największych inwestorów.

Robert Dobrzycki jak Bogumił Cupiał

Mowa naturalnie o Bogusławie Cupiale, który przywrócił świetność Wiśle Kraków, a w gruncie rzeczy wzniósł ją na niespotykane wcześniej wyżyny. Gdy Cupiał, początkowo ze wspólnikami z Telefoniki, pojawił się przy Reymonta, finansował transfery, na które wcześniej mogły sobie pozwolić tylko zagraniczne kluby. Krajowa konkurencja pod tym względem nie była w stanie dotrzymać Wiśle kroku, ale biznesmenowi było ciągle mało.

To po prostu musiało się przełożyć na wyniki — mistrzostwa Polski i otarcie się (dwukrotnie) o rajskie bramy Ligi Mistrzów. Tyle że ten próg jednak nie został przekroczony, co wreszcie Cupiała po kilkunastu latach zniechęciło do piłki. Wydał w sumie ponad 200 mln zł i ostatecznie nie zrealizował największego marzenia, bo Biała Gwiazda była dla niego czymś znacznie więcej niż biznes.

Dobrzycki przejawia podobny afekt względem Widzewa. Wygląda na kogoś, kto bardzo chce mieć pomysł na prowadzenie piłkarskiego interesu i otacza się doradcami. Jakość i cena za nowych piłkarzy sugeruje, że spodziewa się szybkich efektów, ale to podobno nieprawda. „Podobno” — bo tak do końca nie można przecież mieć pewności, co siedzi w głowie śmiało poczynającego sobie biznesmena. Dba o solidne fundamenty drużyny, ale robi to z takim rozmachem, że wszyscy, którzy to obserwują, oczekują od Widzewa spektakularnych wyczynów już wiosną.

Osman Bukari to jeden z nowych zawodników Widzewa

Osman Bukari to jeden z nowych zawodników WidzewaPIOTR KUCZA/FOTOPYK/NEWSPIX.PL / NEWSPIX.PL / newspix.pl

To staje się dla Widzewa pułapką

I taka gorąca wrzawa wokół klubu — wytworzona niezależnie od chłodnej temperatury za oknami — staje się dla Widzewa pułapką. Wszystkie światła są skierowane na drużynę Igora Jovićevicia, mogą ją nieco oślepiać i zmuszać do permanentnego udowadniania niezwyczajnej wartości. A tymczasem Widzew jest tuż nad strefą spadkową, musi więc zadbać o sprawy tak prozaiczne, jak zapewnienie ligowego bytu. Niby może to zrobić szybko, wyraźnie odskoczyć od czarnej linii już po trzech-czterech meczach. Tyle że z drugiej strony każdy rywal będzie się szczególnie zasadzał na widzewski FC Hollywood, z pasją spróbuje jeszcze raz udowodnić zasadność wyświechtanej piłkarskiej mądrości, że na boisku pieniądze nie grają.

Jeżeli Widzew tę wiosenną próbę nerwów przetrwa i na dodatek ruszy w górę, jak tamta Wisła Bogusława Cupiała (ona zimą była na miejscu 13., a sezon skończyła na podium), zbuduje sobie bezcenny kapitał przed kolejnym sezonem. A co, jeśli złamie się pod ciężką jak stutonowy głaz presją, wyłoży się na kilku przeszkodach wbrew optymistycznym prognozom? Taki urok dużych eksperymentów. Natomiast Widzew ma to szczęście, że fundator kosztownego przedsięwzięcia, nie przejawia cech zdesperowanego gracza, który w kasynie postawił wszystkie pieniądze na jeden kolor i koniecznie już teraz musi wygrać.