Jest to prawdopodobnie tylko odzwierciedlenie czasów, w których żyjemy: wstrząśnięci kryzysami i niepewnością, nawet światowi przywódcy i ich wysłannicy są podenerwowani. Media społecznościowe również nie pomagają w utrzymaniu spokojnej i pełnej szacunku debaty. Wyważone wypowiedzi nie stają się viralowe. Jeśli chcesz zwrócić na siebie uwagę, musisz być lekceważący i agresywny.
Carney otrzymał owację na stojąco od światowych przywódców i liderów biznesu, gdy ubolewał nad rywalizacją „wielkich mocarstw”, wzywając „średnie mocarstwa” do wspólnego działania, ponieważ „jeśli nie zasiądziemy do stołu, znajdziemy się w menu”. Jednak to swobodna, ostra wypowiedź Trumpa, zawierająca osobistą krytykę innych zachodnich przywódców — w tym docinki pod adresem prezydenta Francji Emmanuela Macrona — wywołała burzę w mediach społecznościowych.
Odejście od tradycyjnej etykiety dyplomatycznej na rzecz bardziej konfrontacyjnej, pozornie bezkompromisowej i agresywnej komunikacji publicznej jest zgodne z populistycznym stylem przywództwa. Kształtuje to obecnie epokę, w której antagonistyczna komunikacja jest nie tylko tolerowana, ale także celebrowana i oklaskiwana przez wielu.
Trump jest człowiekiem swoich czasów. Nadszedł czas, aby Europa w końcu to zrozumiała.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Oprócz Trumpa, prezydent Rosji Władimir Putin również często używa potocznego i wulgarnego języka, aby atakować zachodnich i ukraińskich przywódców — choć warto zauważyć, że nigdy nie używa takiego języka w stosunku do Trumpa. W przemówieniu wygłoszonym w zeszłym miesiącu Putin nazwał europejskich przywódców „prosiakami”. A przed inwazją na Ukrainę w lutym 2022 r. zacytował wulgarny tekst rosyjskiej piosenki, aby zasugerować, że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powinien zostać zgwałcony.
Również Chiny w ostatnich latach stały się znacznie bardziej agresywne w swoich wypowiedziach dyplomatycznych, choć zazwyczaj unikają personalnych obelg. Zmiana ta rozpoczęła się około 2019 r., kiedy chiński minister spraw zagranicznych Wang Yi polecił wysłannikom wykazać się silniejszym „duchem walki”, aby bronić Pekinu przed rzekomym znęcaniem się Zachodu. Ostry styl sprawił, że bardziej agresywni wysłannicy zostali nazwani „wilczymi wojownikami”, nawiązując do hitu filmowego, w którym chińscy komandosi pokonują amerykańskich najemników.
Władimir Putin i Donald Trump w Anchorage na Alasce, 15 sierpnia 2025 r.Andrew Harnik/Getty Images / Getty Images
Jednak motorem tego trendu są Trump i jego doradcy, którzy mogą stanąć w szranki z każdym, jeśli chodzi o poniżanie, obelgi lub odwet. A jeśli spotykają się z oporem, po prostu eskalują konflikt. Stąd też wynikała dobrotliwa rada sekretarza skarbu USA Scotta Bessenta skierowana do Europejczyków w związku z groźbami nałożenia ceł w zeszłym tygodniu: „Usiądźcie wygodnie, weźcie głęboki oddech i nie podejmujcie działań odwetowych”.
Ale jest w tym coś ciekawego: podczas gdy Rosjanie i Chińczycy używają takiego języka wobec swoich wrogów, Trump i ludzi z jego otoczenia rezerwują większość swoich obelg dla rzekomych sojuszników, a mianowicie Europy, z Kanadą dodaną dla równowagi. I są w tym całkowicie nieustępliwi — znacznie bardziej niż podczas pierwszej kadencji, kiedy w Białym Domu byli jeszcze ludzie o bardziej tradycyjnych poglądach, którzy łagodzili lub powstrzymywali się od takiej retoryki.
Czas na „Europe First”
Wydaje się, że wszystko to osiągnęło punkt kulminacyjny w Davos w zeszłym tygodniu, gdzie poniżanie europejskich sojuszników było częścią praktycznie wszystkich wypowiedzi delegacji amerykańskiej w szwajcarskim kurorcie narciarskim.
Bessent nie potrafił nawet powstrzymać się od obrażania szwajcarsko-niemieckiej kuchni. A sekretarz handlu USA Howard Lutnick wydawał się niemal rozradowany, gdy doprowadzał europejskich przywódców do furii swoimi agresywnymi uwagami podczas kolacji dla VIP-ów, które według „Financial Times” nie tylko wywołały burzę, ale także skłoniły prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde do opuszczenia imprezy przed czasem.
Sekretarz handlu USA Howard Lutnick podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, 21 stycznia 2026 r.FABRICE COFFRINI/AFP / AFP
„Tylko jedna osoba to wygwizdała, a był to Al Gore [wiceprezydent USA u boku Billa Clintona]” — stwierdził amerykański Departament Handlu w oświadczeniu dla mediów. Jednak inni uczestnicy imprezy — około 200 osób — twierdzili, że rzeczywiście doszło do gwizdów, choć nie tyle z powodu treści krytyki Lutnicka, którą Europejczycy również wyrażali w kwestii zerowej emisji, polityki energetycznej, globalizacji i regulacji. Według dwóch uczestników spotkania, którzy poprosili o zachowanie anonimowości, reakcja ta była raczej spowodowana pogardliwym tonem wypowiedzi.
Podobnie delegacja Trumpa — największa, jaka kiedykolwiek przybyła z Waszyngtonu do Davos — nie omieszkała podkreślić hasła „America First” [Ameryka przede wszystkim], dając jasno do zrozumienia, że Stany Zjednoczone będą priorytetowo traktować własne interesy gospodarcze, niezależnie od tego, jak wpłynie to na sojuszników. — Kiedy Ameryka błyszczy, świat błyszczy — powiedział Lutnick.
W trakcie forum wiceprezydent USA J.D. Vance podkreślał jednak, że źródłem tej krytyki nie jest nienawiść do starego kontynentu, ale raczej twarda miłość. — Oni myślą, że nienawidzimy Europy. Nie jest to prawda. Kochamy Europę — powiedział. — Kochamy europejską cywilizację. Chcemy, aby się zachowała.
Samo w sobie wydaje się to dość protekcjonalne.
Niezależnie od tego, czy jest to twarda miłość, czy nie, krytykowanie Europy podoba się zwolennikom MAGA w Stanach Zjednoczonych, którzy uważają, że Europejczycy są wyniośli, niewdzięczni, żyją na koszt innych i pilnie potrzebują podporządkowania — a okrzyki niezadowolenia tylko podsycają te nastroje.
W tym kontekście Zełenski zwrócił uwagę na istotną kwestię: europejscy przywódcy nie powinni tracić czasu na próby zmiany Trumpa, ale raczej skupić się na sobie.
Czas przestać narzekać na „America First” i zacząć realizować „Europe First”.