W skrócie:
- Porucznik Robert Marczewski zginął w Afganistanie w 2008 r. w wieku 28 lat, był jednym z 43 polskich żołnierzy, którzy tam polegli
- Jego rodzice, Urszula i Jerzy, opowiadają o bólu po stracie syna i trudnych doświadczeniach związanych z misją wojskową
- Rodzina podkreśla, że żołnierze jechali do Afganistanu służyć ojczyźnie, a nie dla zysku, i krytykuje słowa Donalda Trumpa o poległych
- Wspólnota rodzin poległych żołnierzy daje im wsparcie, a we Wrocławiu jeden z parków miejskich otrzyma imię Roberta Marczewskiego
- Rodzice żołnierzy apelują o pamięć i szacunek dla poległych oraz o upamiętnienie ich ofiary
„Przesyłam pani zdjęcia mojego synka. Dzisiaj skończyłby 46 lat. Jestem bardzo wdzięczna, że mamy chociaż tu sojuszników, bo wiemy, że nasze dzieci służyły na pierwszej linii frontu w Afganistanie. Zabrakło im szczęścia i nie wrócili do domu. Cierpimy do dzisiaj, jesteśmy pogrążeni w smutku, chociaż upłynęło tyle lat. Byłam wczoraj na grobie mojego synka. Miał 28 lat, kiedy zginął w Afganistanie. Sam kwiat życia. Słowa wypowiedziane przez prezydenta Trumpa dały nam cios w samo serce. Nie tylko rodzicom tych, którzy polegli, ale też rodzeństwu, dzieciom, żonom. To, co powiedział prezydent Stanów Zjednoczonych o naszych żołnierzach walczących w Afganistanie, jest okrutne. Oni tam nie pojechali prywatnie. Kształcili się po to, żeby służyć Ojczyźnie. Mój syn tam stracił życie. 42 innych chłopców, wspaniałych żołnierzy też tam straciło życie. Dziwię się, że prezydent Nawrocki nie staje w obronie ich dobrego imienia.
Jaki był wiek Roberta Marczewskiego, gdy zginął?
Ile polskich żołnierzy poległo w Afganistanie?
Jakie imię nadano parkowi we Wrocławiu?
Jak rodzice Roberta Marczewskiego oceniają słowa Donalda Trumpa?
Pozdrawiam panią, Urszula Marczewska, mama porucznika Roberta Marczewskiego, żołnierza poległego w Afganistanie 20 czerwca 2008 r. Ps. Park we Wrocławiu będzie niebawem jego imienia. Rada Miasta Wrocławia wniosek przegłosowała jednogłośnie”.
Taką wiadomość dostałam dziś od pani Urszuli Marczewskiej. Poznałam ją i jej męża Jerzego, dziś już nieżyjącego, ponad 10 lat temu, kiedy rozmawiałam z rodzinami żołnierzy, którzy polegli w Afganistanie. W efekcie tych spotkań i rozmów powstała książka „Straty. Żołnierze z Afganistanu”.
„Mamusia, ty byś mnie znalazła na końcu świata”
Za zgodą wydawnictwa PWN publikuję fragment rozmowy z państwem Urszulą i Jerzym Marczewskimi, rodzicami zabitego w Afganistanie porucznika Roberta Marczewskiego.
„Mamusia, ty to byś mnie znalazła na końcu świata”. Tak mówił, Juruś, prawda? I nie znalazłam. Serce boli. Jeździmy na spotkania ludzi, którzy kogoś stracili i w Iraku, i w Afganistanie. To jest takie Stowarzyszenie Rannych i Poszkodowanych. Jacy wspaniali chłopcy! Są i cierpią. Dobrze się z nimi czujemy. To jak rodzina, jak wspólnota. Im nic nie trzeba tłumaczyć. Oni wiedzą, rozumieją.
Jerzy: Oni mi przypominają mojego syna. Po prostu. Czasem zaczynam myśleć, że mógłby nie mieć rąk i nóg, byle tylko z nami był. Odpędzam te myśli. Przecież to, co się stało, to się nie odstanie.
Urszula: Pojechali pomagać, a nie zabijać, nie walczyć, nie na wojnę. Wiem, że ludzie mówią o żołnierzach, również o moim synu, że to najemnicy, że dobrze im tam było, kasy chcieli się nacha-pać. Wie pani, że ja nie pozwoliłam napisać na pomniku cmentarnym, że Robert zginął w Afganistanie? Bałam się, że ktoś zniszczy, farbą obleje. Zginął na służbie — tylko to na grobie jest napisane. Ludzie się zatrzymują, pytają, czy w Iraku, czy w Afganistanie, lampki stawiają.
Jerzy: Robert wrócił jako bohater, a teraz w wojsku już mają kłopoty z pamięcią. Przecież wystarczy, jakby z jednostki ktoś zadzwonił, żołnierz przyjechał, znicz postawił…
Urszula: Zadzwoniłam do jednego generała brygady do Krakowa, powiedziałam, co o tym myślę i usłyszałam, że o naszych bohaterach trzeba pamiętać. Od tamtej pory przyjeżdżają.
Jerzy: Robert nie pojechał na wycieczkę do Afganistanu, tylko państwo polskie reprezentować. Myśmy nie dociekali, jak zginął. Wiemy, że jak do bazy z patrolu wracali, to wybuchło. Plotkowali, różne rzeczy słyszałam, że leżąc, jeszcze rozkazy wydawał.
Jerzy: Bzdury takie…
Urszula: Reanimowali go półtorej godziny. Pół godziny czekali na helikopter. Szybko. Jak doleciał, to jeszcze ratowali. Do Niemiec przewieźli. Sekcje zwłok robili we Wrocławiu.
„Co oni mogli zrobić, jak syn był w kawałkach?”
Co tam się stało w tym Afganistanie?
Jerzy: Pojechali na interwencję. I wszystko było dobrze. Wracali. Podobno tuż przed bramą w bazie Ghazni wybuchło. Nie dopytywaliśmy. Po co dopytywać? Więcej do myślenia jeszcze by było, do zastanawiania, do oskarżania. My nikogo nie oskarżamy, nie chcemy żadnych kar dla nikogo, mamy swój smutek, swoje cierpienie. Tego się nie da wytłumaczyć, powiedzieć, co się czuje. To jest, jakby ktoś kawałek serca wyrwał i głowy kawałek. Czasem zdaje mi się, że większą część nawet. I myśli się cały czas o tym. Od rana do zaśnięcia. I w nocy się śni.
Jerzy: Nie czytaliśmy raportu z prokuratury wojskowej. Był taki na kilka stron.
Urszula: Zaczęliśmy, ale się nie da. Ręka oderwana, noga oderwana… Co oni mogli zrobić, jak syn był w kawałkach? Wiem od tych chłopców, co z nim byli, że krzyczeli: „Robert, otwórz oczy! Robert, nie śpij!”.
Jerzy: Z jego strony ta mina wybuchła. Całe drzwi były pogniecione. Miał w kieszeni taki scyzoryk wieloczynnościowy, to też był cały pogięty.
Macie go państwo?
Urszula: Nie, Gosia, nasza synowa ma. Ma też zegarek. Nie zatrzymał się, dalej chodzi.
Jerzy: Ja też po synu zegarek noszę. Nie chcę nowego. Dopóki będzie chodził, będę go nosił. Czterech rannych chłopców było wtedy.
Urszula: Spotkaliśmy się z nimi. Po rękach ich całowałam za to, że mojego syna próbowali ratować. Jeden na wózku, Włodek. Cieszę się, że przeżył. Syna w nim widzę. Dwie córeczki siedziały mu na kolanach. Opowiadał o Robercie, o tym, jakim był dowódcą. Tu mam taką dziesiątkę różańca. Koronkę odmawiam, jak się kładę.
Za co, za kogo się pani modli?
Za spokój naszej rodziny, żeby się już nic złego nie stało. Jak ze mną jest Dorian, to razem odmawiamy „Wieczne odpoczywanie” za jego tatusia, za mojego synka. Jesteśmy ludźmi wierzącymi i lepiej nam jak się pomodlimy. To jest lepiej dla nas, bardziej zgodni jesteśmy, szanujemy się bardziej.
„Ciężko opowiadać przed obcymi ludźmi”
Kochacie się, widzę.
Urszula: Spróbowałby mnie nie kochać.
Jerzy: Spróbowałaby mnie nie kochać.
Urszula: Jurek miał takiego przyjaciela, który powtarzał: „Wy zawsze razem”.
Jerzy: Bo my zawsze razem.
Urszula: Poszłabym do tego szpitala na terapię, ale nie zostawię go tu samego. A on ze mną nie chce pójść. Mówi, że będzie mu ciężko opowiadać przed obcymi ludźmi.
Jerzy: Czasu nie ma…
Urszula: Ale strach też jest. Jest, jest. Dobrze, że on jest obok mnie. Sama to bym oszalała. Przez te 40 lat małżeństwa w zasadzie się nie rozstawaliśmy. Tylko ten Kijów, jakiś poligon jeszcze… Nigdy się na siebie nie gniewaliśmy dłużej niż kilka godzin, zawsze w zgodzie kładliśmy się spać.
Pani Urszula gładzi męża po ręce. Patrzy, uśmiecha się niemal niezauważalnie. Jest w tym miłość.
Tylu z Afganistanu nie wróciło… A ile rodzin takich, co drżały, co się bały, co straciły. Pamięta pani, jak pięciu naraz tuż przed Bożym Narodzeniem zginęło? Płakałam po nich jak po swoim synu.
Jerzy: Robert ledwo się mieścił do tego samochodu, do tego hummera… Kawał chłopa był. Nie taki znowu wysoki, bo 178 cm, ale szeroki w barach. Od małego sporty uprawiał. Razem z bratem, z Mariuszem. Skakał ze spadochronem, wspinał się. Teraz jeden syn został. Mamy zdjęcia z całego jego życia. Tyle. Powinien jechać w rosomaku. Te rosomaki wówczas jeszcze były niezniszczalne. Gdyby nie jechał hummerem, to by żył.
„Chciał być jak ojciec”
Urszula: Ale kto inny by zginął. Przy Mariuszu nie mówimy o śmierci Roberta. Czasem on tylko powie: „Czym więcej lat mija, tym ciężej”. Taką panią spotkałam na cmentarzu. Mówi do mnie: „Córkę dwadzieścia lat temu pochowałam i wciąż się z tym nie pogodziłam”. Jakbym mogła, tobym była codziennie u niego. Jeździmy raz na tydzień. Czasem się budzę w nocy i o dzieciach myślę, o Mariuszu, o Gosi, o Robercie. Kto tego nie przeżył, ten nie rozumie. Ale można z tym żyć, bo ja żyję. Były chwile, że nie mogłam słowa powiedzieć, wielki ból ściskał gardło, coś w głowie szumiało, zatykało. Zawsze będę cierpiała.
Jerzy: Ja jestem żołnierzem. I jak on mi się śni, to zawsze ze mną. Obaj w mundurach. Pamiętam, jak w 1981 r. byłem na szkoleniu w Kijowie.
Urszula: Pamiętam, jak się bałam, że coś mu się stanie, że sama z dwójką dzieci zostanę.
Jerzy: Wtedy Związek Radziecki walczył w Afganistanie i ciągle się słyszało o pociągach wracających z martwymi żołnierzami. Wiedziałem, że Robert tam jedzie na wojnę, i bałem się. Wiedziałem, że pole walki wygląda inaczej niż kiedyś, że nie ma linii frontu, przeciwnik może być wszędzie. Wojna dziś jest podstępna. Mówił: „Tato, pojadę i wrócę”. Był w końcu zawodowym żołnierzem, chciał się rozwijać. To było jego życie, jego pasja.
Urszula: Chciał być jak ojciec. Pamiętam, jak go pierwszy raz wieźliśmy do wojska, do jednostki… pamiętam tę drogę. Nie byłam zadowolona. Ale on kochał to, co robił. Oddany był. Nam na początku mówił, że nie wyjeżdża poza bazę. Potem, że jest dowódcą patrolu. Brał pod uwagę, że może nie wrócić, że coś się może wydarzyć. Ale zawsze powtarzał: „Wrócę, mamusiu”. W Dzień Matki zadzwonił. Mówię: „Wróć, synuś”. „Wrócę, mamuś, wrócę”.
Jerzy: I mina pod nim wybuchła.
Twarz pana Jerzego drży. Wstaje, widzę, że ręką wyciera policzek. Wychodzi. Nie chce pokazywać łez.
„Jak się modlę, to przepraszam mamę, że po niej nie płaczę. Nie mam już siły”
Sama pani była w domu, jak przyszli?
Nie, mąż oglądał mecz. To było po pogrzebie mojej mamy. Mama zmarła w niedzielę, Roberta zabili w nocy z piątku na sobotę. W jednym tygodniu dwie śmierci. Byłam zmęczona, wyczerpana, położyłam się i rano w sobotę słyszę dzwonek domofonu. Przyszli. Powiedzieli: „Państwa syn poległ”. Darłam się. Wyleciałam na korytarz. Na całe Cieplice mnie było słychać. Sąsiadka mi później powiedziała, że miała sen — nasze drzwi do domu były wymazane krwią… Przecież ja żyłam tym, że wróci. Jak się modlę, to przepraszam mamę, że po niej nie płaczę. Nie mam już siły.
Jerzy: W tym samym czasie i my, i Gosia się dowiedzieliśmy.
Urszula: Gosia była we Wrocławiu u mamy. Jej mama szła chodnikiem, kiedy minęły ją trzy samochody wojskowe. Weszła do sklepu, a ekspedientka: „Po co te samochody jadą?”. I wtedy odwróciła się i pobiegła. Już wiedziała, że coś się stało z Robertem. Gosia była, nie wiem, jak to powiedzieć… Nie będę mówić. Wszyscy pojechaliśmy do Wrocławia, do drugiego syna. Nie, nie widziałam Roberta po śmierci. Chociaż najpierw to chcieliśmy go zobaczyć. Jeden z wojskowych wszedł na pokład samolotu, którym Roberta przywieźli. Już w Polsce, na lotnisku. Chodziło o identyfikację. Na trumnie była szyba. Zgadzało się. To on — Robert. Ale tę trumnę metalową włożyli w drewnianą.
Jerzy: Wiem, że buzię miał niezdeformowaną, że jakoś mu się ta twarz uchroniła.
Urszula: Nie wyobrażam sobie go w trumnie. Dobrze, że nie poszliśmy go oglądać, bo chyba bym go z tej trumny wyciągnęła, wyszarpała. Nie przeżyłabym tego. Potem na pogrzebie mój ojciec się na trumnę rzucił, płakał, krzyczał. W czasie obiadu upadł na podłogę, pogotowie go zabrało. Przeżył na szczęście.
Jerzy: Kiedyś film oglądałem o Iraku, o rannych, o tych, co zginęli, i myślałem sobie: „Boże, jak ci rodzice mogą żyć, jak sobie dają radę. Gdyby mnie coś takiego spotkało, tobym nie przeżył”. A żyję, widzi pani, żyję, z bolącym sercem, ale żyję.
W sobie pan tłamsi wszystko.
Pewnie tak. Nieraz puści.
Urszula: Wtedy płacze. Wchodzę, patrzę, siedzi przy biurku i płacze. I płacze. Nie taka kolej rzeczy, nie tak powinno być. To syn ojca powinien pochować. Mamy miejsce obok niego w grobowcu. Zawsze mu mówię: „Robuś, ty tu na nas czekaj. Jeszcze trochę poczekaj”.
Wie pani, my z innymi rodzicami staramy się, żeby jakieś upamiętnienie tych naszych dzieci zrobić, ja-kiś kamień postawić, na którym będą nazwiska wszystkich zabitych na misjach od 1953 roku. Przecież to jest historia. Jak się razem przechodzi śmierć bliskiej osoby, to łatwiej. Ma się wsparcie, jest się komu wyżalić, wypłakać, pokrzyczeć. Czasem Jurek mówi: „Daj już spokój, już nie wspominaj, nie rozdrapuj”. Łatwo powiedzieć, jak w głowie siedzi. Te spotkania z rodzinami, z rannymi na ciele i duszy chłopakami, to dla nas taka grupa wsparcia. To są dla mnie najszczęśliwsze wakacje. Tydzień razem spędzamy. Nie wyobrażam sobie, żeby nie jechać. Ale jak się godzisz jechać, to musisz brać udział w zajęciach. Terapia to jest po prostu.
„Wcześniej widziałem tylko siebie i tragedię”
Jerzy: Ktoś zaczyna mówić o sobie, są pytania, rozmowa, potem następna osoba. Na początku to wszyscy płakali jak bobry.
Urszula: Jak pierwszy raz weszłam, to po kilku minutach wybiegłam. I długo nie mogłam się uspokoić. Tak mną targało. A to było dopiero spotkanie organizacyjne. Powiedzieli: „Wyjedziesz, będzie lepiej”. Mieli rację. Było lepiej. Oni mnie tam pootwierali, różne rzeczy uzmysłowili.
Co uzmysłowili?
Urszula: Że nie jestem sama, że mam rodzinę, że mam drugiego syna, którego kocham nad życie, o którego muszę dbać i kochać ich wszystkich. Tam „muszę” — chcę kochać.
Panu też to uświadomili?
Po tym wszystkim nie zajmuję się tym, na co nie mam wpływu, nie drobnostkami. Jak jest zupa zimna, to wiem, że mogę ją podgrzać i tyle. Żartuję, na pewno mi pomogli. Wcześniej widziałem tylko siebie i tragedię, która nam się wydarzyła. A życie toczy się dalej. Mam nadzieję.
Urszula: Kiedyś, jak rozmawiałam przez telefon z Krysią Ambrozińską, mamą żołnierza, który też zginął w Afganistanie rok po naszym synu, to płakałyśmy. Przez łzy mówiłyśmy. Teraz potrafimy spokojnie rozmawiać. Wie pani, że ostatnio nawet potańczyłam? Z innymi rodzicami. Mąż nie był w stanie, a ja tak. Króciutko, ale zatańczyłam. To jest dla mnie wielkie wydarzenie, bo po śmierci Roberta zerwaliśmy życie towarzyskie. Zamknęliśmy się, odcięliśmy.
Ludzie się państwa boją.
Trochę się boją. Myślą sobie: „Stracili syna, to jak z nimi rozmawiać?”. Mam taką sąsiadkę, która co jakiś czas przychodzi do mnie. Siada w kuchni, nie odzywa się, tylko jest. Za rękę mnie potrzyma. Ja płaczę. Nie mówi, że mam nie płakać, wyciszyć się. Jurek pracuje w ubezpieczeniach, musi być pogodny, uśmiechnięty, ludzie go powinni lubić. I chyba lubią.
Jerzy: Basia Pastusiak, była siatkarka, medalistka, syna straciła. Tak jak my straciła. Ją jeszcze trenował Hubert Wagner, legendarny „Kat”. Jej syn miał na imię Marcin. Niesamowita kobieta. Żywotna strasznie. Nie usiądzie na chwilę. Tu, w górach, w Łomnicy, niedaleko nas, postawiła drewniany dom, taki żywy pomnik syna. Dla kolegów Marcina go postawiła. Nazwała „Marcinkowo”.
Urszula: Mogą przyjeżdżać odpocząć ze swoimi rodzinami albo sami. Klucze są w podanym miejscu. Dom trzeba zostawić czysty i tyle. Jak się ostatnio widzieliśmy z Basią, to dzwonił któryś z chłopców, że następnego dnia będzie w Łomnicy z żoną i dzieckiem. Tu mam ją na zdjęciu, proszę zobaczyć.
Nad zdjęciem jest napisane: „Warsztaty integracyjne dla rodzin poległych żołnierzy”
Tak się nazywają te nasze spotkania.
Aż ciarki przechodzą.
Jerzy: Mnie też przechodzą. Być może u Basi odbędzie się kolejne spotkanie z terapeutami. Tu jest o niej artykuł.
Urszula: Pretensji do Boga nie mam. On go tylko przyjął, a źli ludzie go zabili. I wiem, że jest mu tam dobrze. Gdybym myślała, że mu się krzywda dzieje, tobym oszalała. A i tak płaczę. Codziennie płaczę.