W ostatnich dniach rozgorzała dyskusja na temat puli nagród finansowych za turnieje Grand Prix. Zawodnicy, którzy w 2026 roku będą rywalizować o mistrzostwo świata zarobią znacznie mniej za poszczególne rundy. Cięcia są widoczne gołym okiem, bo stawki zmalały o prawie 30 procent! (więcej na ten temat piszemy TUTAJ).

Zwycięzca rundy w ramach zawodów Speedway Grand Prix w porównaniu z ubiegłym sezonem otrzyma aż pięć tysięcy euro mniej. Nie na wszystkich to wpływa. Michael Jepsen Jensen nie ukrywa, że nie przywiązuje do tego większej uwagi. – Grand Prix nigdy nie było finansową żyłą złota. Trzeba mieć trochę szczęścia, żeby w ogóle wyjść na zero – przyznał w rozmowie z mediami Vojens Speedway Center.

ZOBACZ WIDEO: „Wierutna bzdura”. Piotr Żyto odpowiada Krzysztofowi Mrozkowi

Duńczyk ma na swoim koncie trzy turnieje zakończone na podium – wszystkie w ojczyźnie. W czołowej trójce plasował się w 2012 roku (1. miejsce), 2015 roku (3. miejsce) i w 2025 roku (3. miejsce).

– Mistrzostwa świata mają jednak szczególne znaczenie dla większości sportowców na najwyższym poziomie. Dlatego mój powrót w tym roku to przede wszystkim walka o zwycięstwa i mam nadzieję – medale dla Danii – podkreślał.

– Żużel nie dysponuje takimi pieniędzmi jak supercross czy wyścigi drogowe, gdzie mocno zaangażowani są wielcy producenci motocykli. Jako zawodnicy nie mamy żadnego wpływu na ekonomię cyklu Grand Prix i musimy brać to, co jest dostępne. Nie wiemy też, czy mistrzostwa świata były dobrym biznesem dla poprzednich właścicieli praw, takich jak BSI/IMG czy Discovery. Gdyby ktoś zarabiał na nas ogromne pieniądze, naturalnie chcielibyśmy wyższych nagród, ale wszystko wskazuje na to, że tak nie było – skomentował Jepsen Jensen.

Żużlowiec ma nadzieję, że dobrymi wynikami może uczynić siebie samego atrakcyjnym partnerem dla duńskich firm, które zechcą go wspierać na dalszym etapie kariery. Podkreśla, że pieniądze to jedno, ale Grand Prix to przede wszystkim ściganie o medale.