Więcej takich artykułów znajdziesz na stronie głównej Onetu
Jakie są główne problemy polskiego rolnictwa?
Jakie korzyści płyną z transformacji polskiego systemu żywnościowego?
Dlaczego Polacy wydają na żywność więcej, ale z małą ilością produktów ekologicznych?
Co może poprawić jakość żywności w Polsce?
W skrócie:
- W Polsce dominuje intensywny system produkcji żywności. Ma on dwa filary: uprawy monokulturowe i fermy przemysłowe. Średnie zużycie nawozów sztucznych i pestycydów jest w naszym kraju wyższe niż na świecie
- Polacy wydają na żywność około 240 mld zł rocznie, z czego na produkty ekologiczne przypada około 1,5 mld zł
- Rozmówca Onetu alarmuje, że nie mamy spójnej kontroli jakości. — Jeśli mówimy o żywności ekologicznej, to nie dość, że mamy jej mało, to jeszcze nie wiemy, co kupujemy — zaznacza
- Jak przebudować polskie rolnictwo, by Polacy zaczęli mieć dostęp do zdrowej żywności? Ekspert przywołuje przykład Austrii, który można spróbować u nas skopiować. Jak zaznacza dr hab. inż. Tadeusz Pomianek, taka transformacja wcale nie byłaby kosztowna
- Umowa UE z Mercosur? Jak mówi naukowiec, jest ona dla nas niezbędna, ale jej obecna konstrukcja pozostawia wiele do życzenia
Jak to jest z tą naszą żywnością? Czy jakość jedzenia na stołach przeciętnego konsumenta jest wysoka, czy mogłaby być lepsza?
Przede wszystkim trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, w jakim systemie technologicznym ta żywność powstaje? I tu nie mam dobrych informacji, ponieważ w Polsce dominuje przemysłowy, czyli intensywny system produkcji żywności. Dwa filary tego systemu to intensywne uprawy monokulturowe wspomagane przez nawozy sztuczne i pestycydy oraz fermy przemysłowe zasilane przez antybiotyki i hormony wzrostu. W Polsce średnie zużycie nawozów sztucznych i pestycydów na hektar jest odpowiednio trzykrotnie i dwukrotnie wyższe niż średnia światowa.
I taka produkcja ma wpływ na jakość?
To powoduje, że płody rolne z upraw monokulturowych są ubogie w ważne dla zdrowia ludzi i zwierząt składniki odżywcze, jak np. mikroelementy, witaminy i antyoksydanty, ale zasobne w chemiczne środki produkcji. Z kolei chów klatkowy, oparty na ubogiej paszy z upraw monokulturowych, wymaga stosowania antybiotyków i hormonów wzrostu, aby zapewnić szybki przyrost masy mięsnej, a także ze względu na częste występowanie chorób. Pozostałe w mięsie antybiotyki powodują lekooporność i zdaniem wielu naukowców za 25 lat przestaną być skuteczne w leczeniu ludzi. W Polsce, w hodowli zwierząt rocznie zużywa się 800 t antybiotyków, czyli 200 mg /kg mięsa, tj. 6 razy więcej niż we Francji i 5 razy więcej niż w Czechach.
Surowiec z tych dwóch źródeł trafia do przetwórstwa, gdzie wykorzystuje się cały arsenał środków chemicznych, takich jak: syntetyczne barwniki, sztuczne aromaty, wzmacniacze smaku, utwardzone tłuszcze, konserwanty i inne dodatki. Szacuje się, że konsument spożywa rocznie nawet 7 kg tych szkodliwych substancji. Następnie żywność pakowana jest w tworzywa sztuczne, z których do produktów przenikają m.in. mikro— i nanoplastiki oraz ftalany. Tak powstała żywność wysokoprzetworzona, bogata w cukier, sól, tłuszcze trans i sztuczne dodatki, a uboga w błonnik, stała się podstawą diety Polaków. Wg NIK-u konsumujemy ponad 70 proc. takiej żywności a średnia w UE to prawie 50 proc.
Nie brzmi to jak przepis na zdrowe społeczeństwo.
Bardzo liczne publikacje dowodzą, że taka dieta jest źródłem coraz gorszej kondycji zdrowotnej ludzi, co powoduje między innymi bardzo duże wzrosty wydatków na ochronę zdrowia. Żywność wysoko przetworzona i duża konsumpcja mięsa z ferm przemysłowych, która wynosi w Polsce 75 kg /za osobę/rok, a WHO zaleca 25 kg, powodują otyłość, nowotwory, choroby psychiczne, choroby przewodu pokarmowego, układu krążenia, cukrzycę, choroby odzwierzęce, itd. Szczególnie niepokojący jest bardzo szkodliwy wpływ takiej diety na rozwój psychofizyczny dzieci, w tym na rozwój mózgu.
„W kraju nie ma spójnej kontroli jakości”
A skąd człowiek, który nie ma własnego pola może kupić żywność, która tych wspomnianych wspomagaczy nie zawiera?
Polacy wydają na żywność około 240 mld zł rocznie, z czego na bazarach kupują żywność nieprzetworzoną za około 2 mld zł, a na produkty ekologiczne przypada około 1,5 mld zł, choć w tej kwocie jest też tzw. eko-ściema. Owszem, w supermarketach pojawiają się pojedyncze półki z żywnością dobrej jakości, ale co znajduje się na pozostałych? W rezultacie, jeśli konsument chce zmienić dietę na zdrowszą — choćby ze względu na swoje dzieci — często nie ma do niej realnego dostępu albo po prostu nie jest go na nią stać.
No właśnie, jak to jest z tymi bazarami? Czy ja mogę mieć stuprocentową pewność, że to, co tam kupuję to naprawdę jest dobra żywność?
Nasz kłopot polega na tym, że my nie mamy w kraju spójnej kontroli jakości. Obecny system zwyczajnie nie działa. Jeśli więc mówimy o żywności ekologicznej, zdrowej, dobrej jakości, to nie dość, że mamy jej mało, to jeszcze nie wiemy, co kupujemy. Mamy biurokratyczny system certyfikacji gospodarstw ekologicznych, zamiast wiarygodnej kontroli jakości żywności. A mnie jako konsumenta nie interesuje biurokracja, kolejne wizyty urzędnika w gospodarstwie. Chciałbym wiedzieć, czy to, co kupuję, jest naprawdę zdrowe.
Z czego się bierze cały ten problem? No bo często słyszymy, że Polska jest spichlerzem Europy. No a z drugiej strony wiemy, że rolnicy zdają się być coraz bardziej niezadowoleni ze swojej sytuacji. A z trzeciej strony widać, że świadomość konsumentów rośnie, a ludzie po prostu chcą się zdrowo odżywiać, nawet jeśli kosztuje to nieco więcej.
Odpowiedź na to pytanie kryje się w procesie transformacji rolnictwa w Polsce po upadku komunizmu. Niestety pozwoliliśmy na monopolizację całego rynku żywnościowego przez międzynarodowe koncerny spożywcze, środki produkcji rolnej, czy sieci handlowe. Istotny był też udział pośredników. Rok po roku znikała cała infrastruktura, która do tej pory pozwalała produkować, przetwarzać i udostępniać na lokalnych rynkach żywność na mniejszą skalę. Podam przykład: w 1992 r. mieliśmy w Polsce 7,5 tys. masarni. W 2016 r. ledwo przekraczała tysiąc. Znikały małe zakłady przetwórcze, infrastruktura pozwalająca na bezpośredni kontakt rolnika z konsumentem. Jeśli byśmy ją przywrócili, to eliminujemy pośredników. Mamy szansę na żywność nieprzetworzoną, w dodatku tańszą. Zyskuje producent i kupujący. Podkreślmy, że w wielu krajach zachodniej Europy bezpośrednie relacje między rolnikiem i konsumentem są pielęgnowane.
Czyli brak odpowiedniej infrastruktury to główny problem polskiego rolnictwa?
Naprawdę współczuję rolnikom ich obecnego położenia. Kłopot polega na tym, że my z jednej strony rzeczywiście jesteśmy potęgą, jeśli chodzi o produkcję żywności. Proszę zauważyć, że nasz eksport to jest ponad 50 mld euro. My produkujemy rocznie ponad 5 mln ton mięsa, 15 mln ton mleka. Jakby to przeliczyć na hektar użytków rolnych, to jest prawie sześć razy więcej niż średnia światowa, więc intensywność jest duża. Trzeba podkreślić, że głównym producentem tej żywności na rynek są duże gospodarstwa. Krótko mówiąc, 30 proc. ziemi produkuje 80 proc. żywności. A tam dominuje toksyczny duet, czyli uprawy monokulturowe i przemysłowe fermy. Produkcja rolna i hodowlana musi być intensywna, bo takie warunki narzucają wymienieni powyżej monopoliści.
Rolnik czy hodowca zwierząt jest dostarczycielem surowca, jest na końcu tego łańcucha do podziału zysku i ma najmniej do powiedzenia. Dla przykładu, jaka jest relacja między ceną detaliczną a ceną skupu płodów rolnych niewymagających przetwarzania, jak ziemniaki, warzywa, owoce, czy mleko? W sklepie płacimy średnio od 2 do 5 razy więcej niż dostaje rolnik, a tej jesieni w przypadku ziemniaków było to nawet 30 razy więcej! Cały zysk zgarniają: pośrednik, koncerny przetwórcze i sieci handlowe. A rolnik często dostaje ochłapy.
„Polski rolnik nie ma alternatywy”
Przy takich stawkach tak naprawdę rolnicy powinni się zmobilizować do wspólnego działania.
Byłoby dobrze, aby strajkujący rolnicy brali powyższe pod uwagę i nie adresowali swoich pretensji tylko do Unii Europejskiej i rządu. Tym bardziej, że ostatecznie to my, podatnicy płacimy za kolejne kryzysy w rolnictwie. A więc tak, po stronie rolnika też jest problem, bo powinni organizować spółdzielnie, mieliby lepszą pozycję negocjacyjną. W przemyśle mleczarskim tak się zorganizowali i dlatego w przypadku mleka, w sklepie płacimy tylko dwukrotnie więcej niż dostaje za nie rolnik. Z drugiej strony sieci handlowe, czy zakłady przetwórcze mają przewagę monopolistyczną. To są wielkie firmy, gdzie praktycznie nie ma już polskiego kapitału. Cztery największe firmy mięsne to też kapitał zagraniczny. Niezorganizowany polski rolnik nie ma nic do powiedzenia. Produkuje intensywnie, płaci za to coraz gorszą jakością gleby, bo degradują ją środki chemiczne, które stosuje. Płaci swoim zdrowiem, bo według „Atlasu pestycydów”, opublikowanego przez Fundację Heinricha Bölla, 44 proc. rolników ma problemy zdrowotne z powodu pestycydów. Sama UE na ich leczenie wydaje rocznie 155 mld euro. To absurdalny układ. A w „nagrodę” konsument dostaje żywność słabej jakości.
Muszę dodać, że dla rozwoju Polski potrzebny jest obcy kapitał, ale nie taki, który dla maksymalizacji zysku niszczy nasze środowisko i nasze zdrowie. Sami to też potrafimy i to nawet lepiej.
Czyli można powiedzieć, że polskie rolnictwo stało się ofiarą tego wczesnego kapitalizmu i po prostu w pewnym momencie nikt nie zahamował tych procesów, które doprowadziły je do stanu z dziś?
Wpuściliśmy duże koncerny bez żadnego pomysłu, jak się w tym wszystkim ma odnaleźć polski rolnik, jak się ma odnaleźć konsument, jak zabezpieczyć lokalną produkcję i lokalną sprzedaż. To jest filar bezpieczeństwa żywnościowego państwa. Politycy nie dopisali, a społeczeństwo nie było i nie jest w dalszym ciągu zorganizowane. I to mimo, że to jest kluczowy problem dla nich i ich dzieci. Dlaczego partie polityczne nie widzą, że jeśli zaczną dbać o zdrowie swoich wyborców, to jest to wręcz polityczna żyła złota? Jednym z nielicznych dobrych symptomów jest to, że rzeczywiście świadomość konsumenta, jeśli chodzi o jakość żywności, rośnie. Duża to zasługa organizacji ekologicznych. Pozostawieni przez państwo same sobie, robią swoje.
Jak zatem zachęcić polskiego rolnika, żeby przestawił się na produkcję żywności ekologicznej?
Zacznijmy od tego, że rolnik nie ma alternatywy. Dla większości w tym momencie jedyną opcją jest być na usługach przemysłowców, sieci handlowych, koncernów spożywczych. Ale jeśli rynek zdrowej żywności to jest 1,5 mld zł, to tego rynku praktycznie nie ma. Po pierwsze trzeba więc stworzyć alternatywę dla rolnika, żeby on wiedział, że ma długoletnią perspektywę dochodową, jeśli przejdzie na produkcję żywności w symbiozie z przyrodą, a nie poprzez jej dewastację.
I teraz pytanie: kto miałby to zrobić? Czy to powinno być po stronie państwa, czy samorządów, czy może jeszcze jakiś inny system.
Oczywiście początek powinien być po stronie państwa. To muszą być pewne decyzje ustawowe, zorganizowany cały system na poziomie centralnym, wojewódzkim i lokalnym. Proces transformacji trzeba rozpocząć od budowy w dużych miastach sieci eko-bazarów oraz systemu zaopatrzenia w zdrową, nieprzetworzoną żywność przedszkoli, szkół i szpitali. Takie rozwiązania funkcjonują w miastach Europy Zachodniej, np. w Wiedniu. W ten sposób stworzono by rynek dla ekologicznych gospodarstw rolnych. Jest to znakomita oferta dla młodych rodziców, którzy dzisiaj mają poważny problem z zakupem bezpiecznej żywności. Dostawcy żywności byliby certyfikowani, a jej jakość badana. Byłby to pierwszy etap, a później do sieci mogłyby się dołączyć kolejne miasta.
Od strony organizacyjnej to zadanie dla samorządów miast i okolicznych gmin wiejskich wspieranych przez struktury rządowe i organizacje ekologiczne. W ten sposób można uruchomić zespół przyczynowo-skutkowy, który stworzyłby kolejne pozytywne efekty. Sieć bazarów pomogłaby skrócić dystans między rolnikiem a konsumentem z korzyścią dla obu stron. Konsumenci spożywaliby coraz więcej nieprzetworzonej żywności i to w przystępnej cenie. To też skuteczny sposób na zmonopolizowany rynek żywnościowy. Zyskałby nie tylko człowiek, ale też między innymi gleba, środowisko naturalne i klimat.
No i niezbędna jest edukacja ekologiczna rolników, bo technologia upraw czy hodowli jest zupełnie inna. Tylko to musi być prawdziwe doradztwo, nie takie biurokratyczne jak u nas, a merytoryczne. Rolnik musi zdecydować, że słucha doradców, bierze udział w szkoleniach, żeby wspólnymi siłami, biorąc pod uwagę specyfikę gleby, stworzyć wydajne przedsiębiorstwo, które szanuje przyrodę, ale daje dobrej jakości produkt. To jest wszystko do zrobienia.
Polskie rolnictwo wymaga transformacji – mówi rozmówca OnetuIza Procyk-Lewandowska / Onet
Model austriacki wzorem dla Polski?
W PRL-u mieliśmy taką instytucję jak służba rolna. To byli właśnie inżynierowie rolnictwa, którzy mieli kontakt bezpośrednio z rolnikiem i wygląda na to, że w modelu, o którym pan mówi, należałoby przywrócić do życia podobny podmiot.
Tak, oczywiście. Właśnie o to chodzi, że ta sieć doradcza zamieniła się w sieć biurokratyczną. Skupiono się na tym, żeby rolnik połapał się w papierologii dotyczącej dopłat, tego rodzaju wsparcie u nas działa. A praktycznie zniknęła infrastruktura kadrowa, która ma rzeczywiście wiedzę technologiczną i potrafi rolnikowi pomóc w gospodarstwie.
Czy instytucje unijne, patrząc na polski rynek, nie próbują naciskać na zwiększenie produkcji ekologicznej?
W 2023 r. Komisja Europejska zrobiła ruch we właściwą stronę. Teraz jedna czwarta wszystkich dopłat bezpośrednich idzie na gospodarstwa, które produkują żywność w symbiozie z przyrodą. W przypadku Polski to jest ok. 4 mld zł. A produkcja ekologiczna to 1,5 mld zł.
Nie wygląda to jak efektywne wykorzystanie środków.
No właśnie, a jak to wygląda w Unii? Dotacja 9 mld euro. Produkcja żywności ekologicznej 45 mld euro. Czyli tam jest 5 razy więcej, a u nas wartość żywności dobrej jakości jest prawie 3 razy mniejsza niż dotacja. W stosunku do średniej unijnej jest 15-krotna różnica. Cały system dopłat jest biurokratyczny. I te pieniądze po prostu są nieefektywnie wydane. Duża część tej dopłaty idzie u nas na poprawę standardu chowu klatkowego. Przepraszam bardzo, ale to jest kpina. Inaczej tego nazwać się nie da, więc wystarczy, żeby te pieniądze zostały mądrze zaadresowane i już jesteśmy na początku dobrej drogi.
A jak zachęcić większą grupę konsumentów do tego, by zaczęli wydawać więcej pieniędzy na jakość żywności?
Jak już wspomniałem, za żywność konwencjonalną konsumenci płacą 3 do 5 razy więcej niż dostaje rolnik. W przypadku żywności ekologicznej porównałem ceny na eko-bazarach w Wiedniu i w Polsce. W stolicy Austrii, w jednym mieście, jest trzynaście eko-bazarów! Średnia cena żywności ekologicznej jest tam od 10 do 40 proc. wyższa niż żywności konwencjonalnej. W Polsce? Od 140 do 450 proc. droższa. Jadę do Wiednia, kupuję masło i ziemniaki ekologiczne, wracam z tym do kraju i mam dwukrotną przebitkę. W Wiedniu nawet żywność konwencjonalna jest przeważnie tańsza niż w Polsce. Dlaczego tak jest? Bo u nas nie ma produkcji ekologicznej. Te półtora mld na 240 mld wydawanych na żywność po prostu nie tworzy rynku. Możemy edukować od świtu do nocy, ale jak nie stworzymy rynku, nie zwiększymy podaży, to nic się tu nie zmieni.
A jaki kraj postawiłby pan za wzór w tej kwestii, na kogo powinniśmy patrzeć, próbować kopiować rozwiązania?
Dla mnie absolutnym prymusem w Unii Europejskiej jest właśnie Austria. Piętnaście lat temu rząd austriacki przyjął odpowiedni pakiet ustaw. Co więcej, stworzył całą infrastrukturę i na poziomie centralnym, i na poziomie lokalnym. Ustanowili służby, które były odpowiedzialne za rozwój podaży dobrej żywności.
W zeszłym roku prawie 30 proc. gruntów rolnych w Austrii było już przeznaczonych pod produkcję ekologiczną, W Polsce to jest 3,5 proc., a średnia unijna to jest 8,5 proc. Co więcej, Austriacy mają zaplanowane, że za 4 lata będzie to 55 proc. Niesamowite tempo wzrostu. Nawet w podrzędnych hotelikach jest oferta dań z żywności ekologicznej za niewiele wyższą cenę. No i zamówienia publiczne: kryterium decyzyjnym jest jakość. A nie tak idiotycznie jak u nas, gdzie decyduje najniższa cena. Oni zrozumieli prostą prawdę, że jeśli zadbasz o jakość, obojętnie czego, na przykład żywności, to w sumie zapłacisz mniej, niż jeśli kierujesz się ceną. Dostaniesz oczywiście tańszą żywność, ale ta tańsza żywność uderzy w twoje zdrowie i później wydasz znacznie więcej. W ramach programu ÖkoKauf Wien powstała grupa robocza do spraw żywności, której zadaniem jest dostarczanie wysokiej jakości żywności przy jednoczesnym uwzględnieniu czynników środowiskowych i ekonomicznych. Grupa ta wypracowała poniższe kryteria:
- żywność musi pochodzić z gospodarstw ekologicznych, najlepiej regionalnych
- sezonowość i świeżość, produkty bez GMO
- redukcja produktów zwierzęcych, minimalne przetwarzanie żywności.
Uczmy się zatem od Austriaków a nie opowiadajmy, że UE nam przeszkadza i jest wszystkiemu winna.
Ukryte koszty współczesnego systemu? „Mięso powinno kosztować 7 razy więcej”
A ja od lat mam wrażenie, że wszelkie dane pokazujące realne finansowe koszty, jakie ponosimy jako społeczeństwo z powodu czynników takich jak niezdrowa żywność, nałogi czy brak ruchu, wciąż traktujemy tylko jako ciekawostkę, nie problem, z którym możemy realnie walczyć.
Oczywiście. Niedawno przecież mieliśmy obszerną dyskusję, bo ciągle jest za mało pieniędzy na zdrowie, są olbrzymie kolejki do specjalistów. Nie zauważyłem, żebyśmy się skoncentrowali na diagnozie i odpowiedzieli na pytanie, dlaczego tak jest. Że problem jest z kondycją człowieka, która jest coraz gorsza, szczególnie młodego pokolenia. Dlatego właśnie w pierwszej kolejności powinniśmy się zająć dostarczaniem eko żywności do szkół. Bo na etapie dorastania ta żywność przetworzona, chemizowana, fatalnie wpływa na rozwój organizmu dziecka, ogranicza rozwój umysłowy. Jakim prawem my dopuszczamy, żeby kolejne pokolenie w takich warunkach dorastało? Przecież z góry wiadomo, jakie będą tego konsekwencje.
Zrobiłem też taką analizę: porównałem wydatki na ochronę zdrowia z wydatkami na żywność. Kraje, które stosują dietę śródziemnomorską, wydają na żywność mniej więcej tyle samo, co na ochronę zdrowia. Kto jest tym negatywnym liderem? Stany Zjednoczone. Tam na ochronę zdrowia wydaje się 3,7 razy więcej niż na żywność. Oni wydają na ochronę zdrowia rocznie prawie 5 bln dol. Czyli 40 proc. tego, co wydaje świat na zdrowie. A Amerykanie to 4,5 proc. światowej populacji. 75 proc. Amerykanów ma nadwagę, w tym 40 proc.jest otyłych. To 5 razy więcej niż średnia światowa. Na leki wydają 30 proc. tego, co świat. Gdyby USA skopiowała na przykład włoski styl jedzenia, przeszła na dietę śródziemnomorską, rocznie w stanie docelowym oszczędziłaby 3,5 bln dol. 4 razy mniej wydają na siły zbrojne, a dysponując takimi oszczędnościami rozwiązaliby problem narastającego zadłużenia USA. Jeśli mówimy o finansach, to trzeba zwrócić uwagę na tak zwane koszty ukryte. Otóż w przypadku produkcji żywności przemysłowej w rachunku ekonomicznym konsekwentnie pomija się koszty emisji gazów cieplarnianych, dewastacji środowiska i utraty bioróżnorodności, a także degradacji gleby, utraty zdrowia ludzi i złych nawyków żywieniowych. I dlatego nazywamy je kosztami ukrytymi. Płacimy za to coraz większą cenę jakością życia, szybko rosnącymi kosztami ochrony zdrowia i przekazujemy kolejnym pokoleniom spuściznę, która zagraża ich egzystencji.
O jakich kwotach w skali globu mówimy?
Raporty FAO, IPCC, OECD czy WHO pozwalają określić wielkość tych ukrytych kosztów. Wynoszą one 19 do 23 bln dol. rocznie, czyli około 20 proc. PKB świata. Na żywność świat wydaje 2 razy mniej. W oparciu o te dane obliczyłem jaka powinna być cena 1kg mięsa z systemu przemysłowego po uwzględnieniu ukrytych kosztów. Otóż nie jest to 28 zł, które płacimy w sklepie, lecz aż 201 zł, czyli 7,2 razy więcej. Oznacza to, że pokrywamy jedynie niewielką część rzeczywistej ceny. W rzeczywistości pozostałą jej część i tak płacimy poza sklepem: poprzez rosnące wydatki na ochronę zdrowia, ponoszenie kosztów katastrof klimatycznych i degradacji środowiska oraz coraz gorszą jakość życia. Co więcej, obliczona w oparciu o powyższe dane cena 1 kg mięsa ekologicznego jest 4 razy niższa niż przemysłowego z uwagi na radykalny spadek kosztów ukrytych.
Dodajmy, że średnia cena za eksport 1 kg mięsa wynosi 13 zł za kg, czyli 2 razy mniej niż płacimy w sklepie i 15 razy mniej niż wynoszą rzeczywiste koszty. Natomiast eksport mięsa ekologicznego ma swoje uzasadnienie, ponieważ jego produkcji towarzyszy wytwarzanie naturalnego nawozu. To prowadzi do wniosku, że przy rzetelnej kalkulacji kosztów eksport żywności wyprodukowanej systemem przemysłowym jest nie tylko szkodliwy dla środowiska naturalnego, ale również jest nieuzasadniony ekonomicznie!
Podkreślmy, że Polska produkując ponad 5 mln ton mięsa zużywa rocznie aż 30 do 40 mld t wody. Tymczasem zasoby wody w naszym kraju są 3 razy niższe niż średnia unijna w przeliczeniu na mieszkańca. Co więcej, susza jest coraz bardziej dokuczliwa, szczególnie w środkowej części kraju.
Na przykład w Wielkopolsce i na Mazowszu.
A ile tam się produkuje mięsa? Pięćdziesiąt kilka procent krajowej produkcji. Czyli oni dodatkowo wskutek tej intensywnej produkcji mięsa zużywają ok.15 mld ton wody. Czy to jest odpowiedzialna polityka? W miejscu, gdzie jest tak głęboka susza, urządza się na taką skalę produkcję, która na niebywałą skalę chłonie właśnie wodę.
Popatrzmy teraz na glebę. Wskutek intensywnego rolnictwa w UE, także i w Polsce, już 60 proc. gleb jest zdegradowanych. Niektórzy twierdzą, że za 15-20 lat ziemia przestanie rodzić. Już w historii tak było. Tak upadały cywilizacje. Ale możemy wyjść na prostą, jest to do ogarnięcia i technologicznie i finansowo. A idziemy w horror, niebywały horror. Jedna osoba powinna konsumować 25 kg mięsa na rok, by było to zdrowe dla człowieka. Spożywamy trzy razy więcej. Gdybyśmy zeszli do takich wartości, oszczędzilibyśmy do 30 mld ton wody. Z jednego hektara otrzymujemy od 6 do 20 razy więcej białka roślinnego niż zwierzęcego, przy użyciu 10 razy mniejszej ilości wody i przy kilkadziesiąt razy mniejszej emisji gazów cieplarnianych. Ta lawina faktów pokazuje, jak druzgocąca powinna być ocena obecnego systemu rolnego.
„Transformacja polskiego rolnictwa nie byłaby kosztowna”
Co więc zrobić, by polskie rolnictwo przestało być kulą u nogi kolejnych rządów? Od lat tak jest, rolnicy są słusznie sfrustrowani, politycy nie palą się, by działać na poważnie w tej materii. Da się w ogóle zrobić coś, by to się zmieniło?
Na początek musimy uzmysłowić sobie jedną rzecz. Dotacje, które idą z Unii Europejskiej i z naszych podatków rocznie na wieś to jest 80 mld zł. Nawet jeśli odliczymy z tego ubezpieczenia, czyli KRUS, to wciąż jest ponad 50 mld zł. A jaka jest wartość żywności, którą konsumujemy jako Polacy, na poziomie rolnika czy hodowcy? To około 60 mld zł. To wystarcza, by zrozumieć, jak bezsensowny jest obecny stan rzeczy.
Ale możemy się z tego wyrwać. Uczmy się od krajów, którym udało się stworzyć z tego rentowny biznes, ale z poszanowaniem ziemi i zdrowia człowieka. Skopiujmy systemy z krajów, gdzie to działa. Jeśli są pieniądze tak olbrzymie, to wreszcie pora, żeby zasilały one tych, którzy w sposób odpowiedzialny produkują żywność. To jest bardzo ważne. I to jest podstawowa zasada. Nie wolno nam w dalszym ciągu wydawać takich środków tam, gdzie wiadomo, że wszyscy tracą i rolnik, i konsument. A zyskują monopoliści.
A gdzie jeszcze system działa na tyle dobrze, by można było go kopiować?
Wspominałem o Austrii, ale bardzo dużo możemy nauczyć się też od Brytyjczyków. W tej jednej kwestii zmądrzeli oni po wyjściu z UE i u nich ten system też działa dobrze. Popatrzmy też w zupełnie inną stronę świata, na Hindusów. U nich zielona rewolucja sprawiła, że przestali umierać z głodu, ale jakim kosztem? Znowu, międzynarodowe koncerny i sieci handlowe usadowili się tam, żeby wycisnąć z tej ziemi jak najwięcej. I znów chemizacja, pestycydy, intensywne uprawy. Coraz bardziej jałowa gleba wymagała zwiększania chemicznych środków produkcji, rolnicy zadłużali się i podupadali na zdrowiu. W efekcie 50 proc. rolników jest zadłużonych a 15 tys. z nich popełniło samobójstwo. Wybuchła epidemia otyłości i chorób nowotworowych, mówi się o „pasie raka” w stanie Pendżab. Ponad 20 proc. mieszkańców Indii jest otyłych. I wreszcie powiedzieli basta. W 2018 r. rząd dużego stanu Andhra Pradesh uruchomił projekt transformacji 6 mln gospodarstw rolnych (w Unii Europejskiej jest 10 mln gospodarstw) na rolnictwo naturalne, agroekologiczne. W 2024 r. zostały całkowicie uwolnione od chemikaliów. Stopniowo zaczęła się poprawiać jakość żywności, stan środowiska i kondycja ekonomiczna rolników.
Na co czekamy? Nie jesteśmy w lepszej sytuacji niż Hindusi. 60 proc. Polaków ma nadwagę, a 25 proc. jest otyłych, gdzie średnio w świecie to odpowiednio 25 proc. i 8 proc.! W ciągu 4 lat (2021 do 2025 r.) przy inflacji 42 proc., wydatki na ochronę zdrowia wzrosły dwukrotnie i wraz z wydatkami prywatnymi przekroczyły one 300 mld zł. Polscy rolnicy nie są tak zadłużeni jak hinduscy, ale to dzięki hojności UE i rządu polskiego.
Ale czy taka transformacja jest do udźwignięcia finansowo w wielkiej skali?
To naprawdę nie jest duży koszt. Unia nam pęka, popełnia błędy, co wykorzystują populiści i nacjonaliści. A transformacja rolnictwa to szansa na większą spójność UE, na mniej podziałów, których w tym dzisiejszym nieobliczalnym świecie najmniej nam potrzeba. Scenariusz dla Polski przedstawiliśmy w ostatniej monografii „Program przebudowy wsi i rolnictwa w kierunku zmian strukturalnych i zasad zrównoważonego rozwoju”. Koszt całego okresu transformacyjnego szacujemy poniżej 60 mld zł. W ciągu kilku lat, a roczna dotacja na wieś to 80 mld zł. Z kolei międzynarodowy zespół naukowców w Poczdamie opublikował raport (FSEC, 2024 r.), w którym prezentuje transformację światowego systemu żywnościowego. Szacują, że koszty transformacji wyniosą 200 — 500 mld Udol. na rok.
Tymczasem korzyści gospodarcze szacuje się na 5 — 10 bln dol. rocznie (do 8 proc. światowego PKB), czyli nawet 20 razy więcej niż koszty transformacji! Źródłem tych korzyści jest w dużej mierze stopniowa redukcja emisji gazów cieplarnianych, odrodzenie się bioróżnorodności, poprawa stanu gleby i kondycji człowieka. Trudno o bardziej rentowną inwestycję. Przeciwnicy transformacji systemu żywnościowego straszą nas wysokimi cenami, ponieważ spadnie wydajność z hektara, i głodem. Tymczasem wydajność, jeśli będzie niższa, to nie więcej niż o 30 proc., a tyle właśnie marnujemy żywności.
A czy taka transformacja pomoże w walce z kryzysem klimatycznym?
Amerykańscy naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego Berkley i z Uniwersytetu Stanforda dowodzą, że jeśli zrezygnujemy z konsumpcji mięsa i zaoszczędzone 75 proc. gruntów rolnych pokryją lasy, to pochłoną one aż 25 mld t CO2e, czyli blisko połowę całej emisji. Twierdzą, że pozostałe 25 proc. gruntów rolnych wystarczy, żeby wyżywić ludzkość, stosując dietę roślinną. We wspomnianej monografii dowodzę, że nie musimy rezygnować z mięsa. Wystarczy ograniczyć konsumpcję do 25 kg na osobę rocznie. Dietę uzupełnimy o białko roślinne.
Jeszcze jedna uwaga. Polski rząd rozważa zakup sieci handlowej Carrefour, żeby ułatwić rolnikom sprzedaż po dobrej cenie płodów rolnych. Taki powrót do socjalizmu to marnowanie naszych podatków. Zdecydowanie lepiej rokuje zainwestowanie tych pieniędzy w odbudowę lokalnych zakładów przetwórczych czy bazarów.
Protest rolników w BłaszkachMarian Zubrzycki / PAP
Umowa z Mercosur do poprawy, czyli „Unia podwójnych standardów”
Wspomnieliśmy wcześniej o pękającej Unii, nasuwa się więc kolejne pytanie: jak umowa z Mercosurem może wpłynąć na jakość tego, co trafia na nasz stół? Bo, jak wiemy, normy pestycydów w Unii Europejskiej są i tak inne, bezpieczniejsze, niż te w innych częściach świata, na przykład w Ameryce Południowej.
To jest właśnie unia podwójnych standardów, czyli jesteśmy jako UE czołowym producentem pestycydów, w tym tych, których nie można u nas stosować, ale innym sprzedawać możemy. Czy to jest przyzwoite? Teraz drugi przykład. Państwa Unii Europejskiej produkują 42 mln ton mięsa. Eksportują kilkanaście milionów ton. Tylko jakim kosztem? Ściągają z globalnego Południa paszę na olbrzymią skalę, przede wszystkim z Mercosuru. Wycinamy połacie Puszczy Amazońskiej, żeby uruchamiać kolejne plantacje. Sama Brazylia produkuje soję GMO, która idzie w większości na paszę, na powierzchni 35 mln hektarów. To jest powierzchnia Niemiec. Na hektar używają tam 10-12 kg pestycydów, w UE to są 2 kg. A potem karmimy tym nasze zwierzęta i pozostałości trafiają do naszego organizmu. Zauważmy, że Polska jest liderem w UE, jeśli chodzi o import śruty kukurydzianej GMO z Ameryki Południowej a polski rząd zgodził się, żeby hodowcy importowali także śrutę sojową GMO do 2030 roku. Jak to parlamentarnie skomentować?
Jeśli więc protestujący rolnicy mówią, że z Mercosur jest gorsza jakość żywności, paszy, to mają rację. To jest prawda. Są zapisy w umowie z UE, że ma to być kontrolowane, ale czy skutecznie? Ale gdy rolnicy mówią, że dodatkowo ok 1 proc. mięsa i przetworów mięsnych, która będzie importowany z Mercosuru rozwali rynek europejski, to nie mają racji. Natomiast ta umowa będzie korzystna dla innych dziedzin gospodarki. Jest też niezbędna z uwagi na szybko postępującą zmianę porządku globalnego. Chiny i USA dzielą świat na nowo, więc UE też musi dbać o nasze interesy. Z tej perspektywy umowy gospodarcze z Indiami czy z grupą Mercosur są niezbędne.
To jak tę umowę skonstruować, żeby pozytywne skutki przeważyły nad negatywnymi?
Jeśli chodzi o produkcję żywności, warto zadać pytanie: dlaczego nie skonstruować takiej umowy, w której my, Europejczycy, pomagalibyśmy transformować rolnictwo w Ameryce Południowej — z monokulturowych upraw na systemy produkcji funkcjonujące w symbiozie z przyrodą? Przestaniecie wycinać lasy amazońskie, które są płucami ziemi, zaczniecie poprawiać klimat. I przede wszystkim żywność będzie zdrowsza. Przecież w okolicach tych wszystkich plantacji dzieci chorują masowo. Oczywiście głównie wskutek stosowania pestycydów.
I to jest konstruktywne rozwiązanie. Mercosur tak, ale standardy są dla obu stron takie same. Rozszerzamy współpracę, ale idziemy w tę stronę, gdzie ratujemy nasze środowisko i człowieka, a nie odwrotnie w imię zysku, chciwości.
***
Dr hab. inż. Tadeusz Pomianek, absolwent AGH, to pomysłodawca, twórca, wieloletni Rektor Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, obecnie jej Prezydent. Wieloletni pracownik Instytutu Metali Nieżelaznych w Gliwicach, a także Politechniki Rzeszowskiej, w której pełnił funkcję Prorektora. Autor ponad 100 artykułów, ponad 100 ekspertyz, 25 raportów i 7 patentów.
Jego działalność naukowa i ekspercka obejmowała badania w obszarze inżynierii materiałowej, tworzenie infrastruktury szkoleniowo-doradczej wspierającej gospodarkę rynkową oraz działania na rzecz reformy szkolnictwa wyższego w Polsce.
Obecnie w swojej działalności koncentruje się na wyzwaniach związanych z zagrożeniami klimatycznymi i cywilizacyjnymi oraz na wypracowywaniu rozwiązań kluczowych dla bezpiecznej przyszłości człowieka. Uważa, że jednym z niezbędnych warunków ochrony cywilizacji jest m.in. odejście od rolnictwa przemysłowego. Obok rozwoju odnawialnych źródeł energii za priorytet uznaje troskę o zdrowie, która może powstrzymać dewastację planety i uruchomić pozytywny łańcuch zmian prowadzących do poprawy stanu środowiska, klimatu oraz jakości życia.
Dr hab. inż. Tadeusz Pomianek, profesor WSIiZWSIiZ