W skrócie:

  • Piramida kierowana przez Jacoba Sz. vel Piotra Wojciechowskiego działała w Polsce i Austrii, a liczba poszkodowanych rośnie
  • Oszukani stracili łącznie nawet ponad 100 mln zł, a proceder polegał na sprzedaży luksusowych aut po atrakcyjnych cenach. Samochody nie trafiły do kupujących
  • W sprawie pojawia się kilku pośredników, którzy twierdzą, że sami padli ofiarą oszustwa
  • Śledztwo prowadzi policja w Polsce i Austrii. Sprawą może zająć się także Centralne Biuro Śledcze Policji

Paweł (imię zmienione) nie ukrywa, że jeszcze tydzień temu był bliski, by targnąć się na swoje życie. Uratowały go żona i córki, które w porę zdążyły go przekonać, że przez pieniądze nie warto umierać.

Kto jest poszukiwanym przez policję 'Piotrusiem’?

Jakie straty ponieśli oszukani w oszustwie?

Czy Jacob Sz. działał sam czy miał wspólników?

Jakie działania prowadzą policje w Polsce i Austrii w tej sprawie?

— Jestem z Podhala. Od 18 lat pracuję w Austrii. Zjeżdżam do kraju co drugi weekend. Tu mam żonę i dwie córki. Widuję je tylko w te weekendy — mówi mężczyzna. — Przez blisko dwie dekady harowałem „u Austriaka” jak wół i odkładałem każdy wolny grosz. Jestem stolarzem. Wieczorami dorabiałem też jako złota rączka. W zeszłym roku podjąłem decyzję, by wrócić do Polski. Za odłożone pieniądze chciałem otworzyć w kraju biznes. Pieniądze te straciłem. Ku***, ale ja byłem głupi. Za tą naiwność to najchętniej sam bym siebie pobił — mówi i wybucha płaczem.

Paweł kilka miesięcy temu dał swojemu znajomemu, zaoszczędzone przez lata pracy na saksach pieniądze. To było łącznie 813 tys. euro (ponad 3,4 mln zł). Znajomy miał mu sprowadzić do kraju 30 używanych luksusowych samochodów. Paweł chciał na ich bazie zbudować komis samochodowy.

— Tym znajomym był Jacob Sz. To ten sku*****n mnie oszukał i zniknął z moimi pieniędzmi — mówi Paweł.

Zgłoszenia o oszustwie są w całej Polsce. Sprawę przejmie CBŚ?

Jacob Sz. to bohater naszego tekstu z poniedziałku. 40-latek podaje się za Holendra mieszkającego w Wiedniu. Po tym, jak przed rokiem ożenił się z góralką ze wsi Piekielnik (pow. nowotarski), nawiązał świetne relacje z wiedeńską Polonią.

Jak napisaliśmy w poniedziałek 26 stycznia, w tekście: „Nabici w samochody od »Piotrusia«. »To może być podhalańskie Amber Gold«”, jest jednak bardzo prawdopodobne, że Jacob Sz. to tak naprawdę tożsamość zmyślona. Niezwykłe wręcz podobieństwo obu mężczyzn każe sądzić, że Jacob Sz. to naprawdę Piotr Wojciechowski pseudonim „Piotruś” — poszukiwany przez dolnośląską policję recydywista z Lubina.

Policja z Dolnego Śląska od 2021 r. poszukuje Piotra Wojciechowskiego

Policja z Dolnego Śląska od 2021 r. poszukuje Piotra WojciechowskiegoKWP Wrocław;

Mężczyzna miał oferować swoim „klientom” kupno luksusowych samochodów po cenach niższych niż rynkowe. Deklarował, że ma dostęp do pojazdów, które nie zostały wykupione po leasingu. Budował swoją „markę”, prezentując się wraz z żoną w mediach społecznościowych jako bogaty człowiek, podróżujący po całym świecie. Początkowo wielu osobom zamówione samochody faktycznie dostarczył. Były to pojazdy legalne, niepochodzące z kradzieży. Dziś wydaje się niemal pewne, że Jacob Sz. vel Piotr Wojciechowski „Piotruś” w ten sposób budował swoją legendę. Za pieniądze, które z góry pobierał za auta, wystawnie żył i kupował samochody dla innych „klientów”. Gdy na przełomie 2025 i 2026 r. zadatków na poczet aut miał już wystarczająco dużo by, się za nie ustawić, zniknął wraz z tymi środkami.

Jeszcze w poniedziałek 26 stycznia, gdy w Onecie publikowaliśmy pierwszy tekst o „Piotrusiu”, wydawało się, że łączna skala jego oszustwa to 2-2,5 mln zł w Polsce i mniej więcej tyle w Austrii. Dziś bardziej prawdopodobne jest, że oszukani mogli łącznie stracić nawet ponad 100 mln zł.

Reporter Onetu rozmawiał z osobami, które zostały oszukane w tym procederze. Rozmówcy deklarują, że przekazywali Jacobowi Sz. bardzo duże kwoty: 130 tys. euro; 250 tys. zł; 1 mln zł; 30 tys. euro; 18 tys. euro oraz wspomniane już 813 tys. euro. To pieniądze przekazane Sz. przez mieszkańców Podtatrza. Okazuje się jednak, że oszukani zostali ludzie w innych częściach kraju.

— Od państwa publikacji na ten temat codziennie przyjmujemy nowe zgłoszenia od poszkodowanych — mówi asp.szt. Łukasz Burek, oficer pracowy KPP Nowy Targ. — Do tego mamy sygnały z innych komend w całej Polsce, że tam ludzie też zgłaszają identyczny proceder i fakt, że tracili duże kwoty pieniędzy. Sam mam telefony od osób z innych części Polski, które są poszkodowane i pytają, czy mają przyjechać to zgłosić do nas, do Nowego Targu, czy u siebie na miejscu. Doradzamy im to drugie. Sprawa jest bardzo rozwojowa. Obecnie sprawdzamy, czy śledztwo prowadzi już jakaś prokuratura w Polsce. Jeśli tak to, do niej będziemy kierować wszystkie zawiadomienia. Jeżeli nie, to taką prokuraturę, która to przejmie, trzeba będzie znaleźć. Możliwe, że samo śledztwo przejmie też Centralne Biuro Śledcze Policji. Też mamy takie sygnały — dodaje Burek.

Oszust był jeden? W sprawie pojawiają się kolejni mężczyźni

Według naszych ustaleń jest już niemal pewne, że Jacob Sz. vel Piotr Wojciechowski „Piotruś” nie działał sam. Część osób, które zgłosiły się do Onetu, przekonuje, że padły ofiarą tego samego oszustwa, ale nie przekazywały pieniędzy Jacobowi Sz. tylko innym mężczyznom. Niektórzy poszkodowani kojarzyli nazwisko Jacoba Sz., bo ci, którzy brali od nich pieniądze, opisywali go jako swojego „szefa” bądź „wspólnika”. Inni rozmówcy przekonują, że o Jacobie Sz. dowiedzieli się z publikacji Onetu.

W obu przypadkach w rozmowach pojawiają się jednak te same imiona i nazwiska „pośredników”, działających zarówno w Polsce, jak i okolicach Wiednia. Najczęściej poszkodowani mówią o Bartłomieju, Michale, Andrzeju. Wszystkich tych mężczyzn udało nam się towarzysko połączyć z Jacobem Sz. W mediach społecznościowych tego ostatniego są informacje, że wymienieni wyżej mężczyźni byli gośćmi na ślubie Sz. i jego żony Agaty. Domniemany Holender miał być także ojcem chrzestnym dziecka jednego z nich.

Dzisiaj trudno jednak stwierdzić, czy wspomniani mężczyźni wiedzieli o tym, że biorą udział w oszustwie, czy też może sami padli jego ofiarą. Nasi rozmówcy przekonują bowiem, że wymienieni wyżej „pośrednicy” w przeciwieństwie do domniemanego „Piotrusia” nigdzie nie zniknęli. Ludzie ci są dalej w kontakcie z poszkodowanymi, ale zapewniają, że z oszustwa nie zdawali sobie sprawy, sami stracili sporo pieniędzy i nie czują się w obowiązku „nikomu nic z własnej kieszeni oddawać”.

Takie podejście ma zgodnie z naszymi ustaleniami prezentować wspomniany Michał. To rodowity góral z jednej z wiosek w powiecie tatrzańskim. Od lat mieszka jednak w Wiedniu. Onet próbował z nim porozmawiać. Mężczyzna nie odbierał jednak naszych połączeń. Nie odpisał też na wysłane w środę wiadomości.

W Gliwicach znaleziono ciało martwego mężczyzny. Czy te sprawy coś łączy?

Tu sprawa robi się jeszcze bardziej tajemnicza. Od kilku dni po Podhalu krąży bowiem informacja, że z oszukańczym procederem handlu samochodami związany był nie tylko Michał, ale i jego brat Andrzej. Ten ostatni miał jednak w ostatnich dniach zginąć w nieustalonych okolicznościach.

— Został pobity na śmierć. Jego ciało odnaleziono w Gliwicach — donoszą nasze źródła.

Ostatecznie takie doniesienia udało nam się potwierdzić tylko częściowo.

— W poniedziałek 26 stycznia, w godzinach popołudniowych dostaliśmy informacje, że w jednym z hoteli na terenie Gliwic znaleziono martwą osobą — mówi w rozmowie z Onetem nadkomisarz Marzena Szwed, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Gliwicach. — Ciało zostało zabezpieczone, podobnie jak wszystkie ślady w hotelu mogące doprowadzić nas do rozwiązania zagadki śmieci tej osoby. Oczywiście o sprawach takich jak personalia zmarłego nie możemy mówić — dodaje policjantka. Na pytanie o to, czy na ciele zmarłego było widać ślady pobicia, rzeczniczka odsyła do Prokuratury Rejonowej Gliwice-Wschód.

Udało nam się porozmawiać z szefową tej jednostki prok. Katarzyna Preidl. — Mogę tylko potwierdzić, że faktycznie w hotelu znaleziono ciało i trwają czynności, które mają dać nam odpowiedź na pytanie, jak zmarł. Nic więcej powiedzieć nie mogę — mówi śledcza w rozmowie z Onetem.

Sprawa jest o tyle dziwna, że policja z Gliwic nie informowała dotychczas publicznie o makabrycznym odkryciu w hotelu. Nam mundurowi potwierdzili to dopiero w piątek. Na Podhalu o śmierci z Gliwic mówiono już kilka dni wcześniej.

Poszkodowani są nie tylko Polacy. Policja z Wiednia prowadzi „wielowątkową sprawę”

Wiele informacji na temat przestępczej piramidy przynoszą wieści z Austrii. Tu oficjalnych śledztw w sprawie oszustw jest przynajmniej kilka. Jak przekonuje policja z Wiednia, wszystkie postępowania prowadzone są w „stałej współpracy” ze stroną polską.

„Ze względów prawnych nie udostępniamy informacji o konkretnych osobach. Dlatego możemy jedynie potwierdzić, że w Austrii toczy się obecnie kilka postępowań śledczych, dotyczących oszustw i przestępstw związanych z mieniem w związku z handlem pojazdami o wysokiej wartości” — pisze w odpowiedzi na pytania Onetu Heinz Holub-Friedreich z biura prasowego Federalnego Urzędu Policji Kryminalnej w Wiedniu.

Jak dodaje rzecznik, „dotychczas przeprowadzone dochodzenia wskazują na sieć budowaną przez kilka lat i początkowo zdobywającą zaufanie dzięki legalnym transakcjom. Następnie składano potencjalnym nabywcom szczególnie atrakcyjne oferty i wymagano znacznych zaliczek. Jednak w wielu przypadkach obiecane pojazdy nie zostały dostarczone, a kontakt z rzekomo odpowiedzialnymi to został zakończony”.

To jednak nie wszystko, Heinz Holub-Friedreich rzuca bowiem także światło na to, skąd grupa oszustów miała samochody, które początkowo faktycznie dostarczała swoim kontrahentom, by zbudować w nich zaufanie. Okazuje się bowiem, że austriaccy kryminalni podejrzewają, że część z tych aut mogła być „nielegalnie przywłaszczona” lub też „wyłudzona postępem”. Pojazdy były odbierane z odroczonym terminem zapłaty, ale pieniądze nigdy nie zostały wypłacone, a samochody zostały wywiezione za granicę.

„Podsumowując, łącznie podejrzewane szkody obejmują wysokie sumy” — czytamy w e-mailu od wiedeńskiej policji.

„Znałem Sz. osobiście, bo trenowałem z nim brazylijskie jiu-jitsu”

Onet ustalił też, że poszkodowanymi są nie tylko Polacy. Zgłosił się do nas mieszkający w Wiedniu człowiek, pochodzący z jednego z krajów byłej Jugosławii. Twierdzi, że również został oszukany przez Jacoba Sz.

— Jacob Sz. urządził w Austrii cały zorganizowany system handlu samochodami. Znałem go osobiście, bo trenowałem z nim brazylijskie jiu-jitsu przez około 1,5 roku. W tym okresie doszło do incydentów, w wyniku których sam stałem się jedną z jego ofiar — mówi David.