Osiem lat temu, podczas schodzenia z Nanga Parbat stan Tomasza Mackiewicza pogorszył się na tyle, że jego wspinaczkowa partnerka Elisabeth Revol musiała kontynuować drogę sama. Mackiewicz został w jamie śnieżnej na górze, która przez lata była jego niespełnionym marzeniem. O tym, czy polsko-francuski duet stanął na szczycie ośmiotysięcznika do dziś pojawiają się wątpliwości w środowisku, ale historia Mackiewicza nieustannie inspiruje. Krystiana Durmana – aktora, pasjonata gór zafascynowanego postacią zmarłego „Czapkinsa” zainspirowała do stworzenia monodramu, który wyreżyserował Beniamin Bukowski.

Edyta Kowalczyk: Pamiętasz, co robiłeś 25 stycznia 2018 r., gdy doszło do tragedii pod Nanga Parbat?

Krystian Durman (aktor, odtwórca roli Tomasza Mackiewicza) : Byłem w podróży na Maderę. Jadąc na lotnisko w Warszawie, usłyszałem w radio informację o tym, że Elisabeth Revol i Tomasz Mackiewicz mają problemy przy zejściu z wierzchołka. Obsesyjnie szukałem kolejnych wiadomości. Gdy dotarłem na lotnisko, od razu zacząłem szukać kawiarni, w której byłby telewizor z włączonym kanałem informacyjnym. W międzyczasie niecierpliwie scrollowałem internet.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Jak Tomasz Mackiewicz zginął na Nanga Parbat?

Jakie emocje towarzyszyły Krystianowi Durmanowi podczas przedstawienia?

Co to jest monodram 'Hibernacja’?

Jakie zachowania Tomasza Mackiewicza przypominał Krystian Durman?

A później wsiadłeś do samolotu i przez kilka godzin nie wiedziałeś, co się dzieje.

O przerwanej akcji ratunkowej dowiedziałem się, gdy dotarłem już do hotelu w Funchal. Usiadłem na balkonie, z którego rozpościerał się fantastyczny widok: ocean, palmy, słońce. Niby wszystko pięknie. A jednak nie mogłem uwierzyć, że gdzieś tam rozegrał się dramat i Tomek został na Nandze. Pomyślałem: „No, ku**a mać. Jak to możliwe?”. Mimo to tliła się nadzieja, że Adamowi Bieleckiemu i Denisowi Urubce [spod K2 ruszyli z akcją ratunkową] uda się bezpiecznie sprowadzić Eli. I tak się stało. W tamtym czasie nie pomyślałbym, że kiedyś będzie nam z Adamem dane się poznać, że przyjdzie zobaczyć mój spektakl, ale życiowe ścieżki krzyżują się w niespodziewany sposób.

Twoje zbiegły się kiedyś z Mackiewiczem?

Nie. Był dla mnie bardzo ważną postacią, choć nigdy się nie spotkaliśmy, nie dotarłem na żadne z jego spotkań czy prelekcji. A mimo to mam wrażenie, że znamy się bardzo dobrze. Tak bardzo urzekło mnie w nim poszukiwanie wolności, nieznanego w górach, że poświęciłem jego historii kilka lat życia.

Elisabeth Revol i Tomasz Mackiewicz. Zdjęcie powstało dwa dni przed atakiem szczytowym na Nanga Parbat.

Elisabeth Revol i Tomasz Mackiewicz. Zdjęcie powstało dwa dni przed atakiem szczytowym na Nanga Parbat.Archiwum prywatne

Po raz pierwszy pojechałeś w Himalaje w 2018 r., ponad pół roku po tragedii pod Nanga Parbat. I to myśl o Tomaszu Mackiewiczu pomogła ci w momencie kryzysu, prawda?

Robiłem wtedy trekking do bazy pod Mount Everestem (8848 m n.p.m.) na lodowcu Khumbu (5300 m n.p.m.), a ponieważ poleciałem tam na miesiąc, nie wybrałem najkrótszej trasy. Moja droga prowadziła przez bazę pod Ama Dablam (6812 m n.p.m.) czy tę pod Lhotse (8516 m n.pn.m.). Ciągłe podchodzenie i schodzenie nie dość, że kosztowało mnie dużo sił fizycznych, to zaczęła mi też siadać psychika. Byłem pośrodku totalnej dzikości, mając wokół siebie największe góry świata. Ani przede mną, ani za mną nie było nikogo.

W pewnym momencie, podchodząc pod główną przełęcz Kongma La (5535 m n.p.m.), rzuciłem plecakiem o ziemię i się rozpłakałem. „Co ty sobie zrobiłeś?” — mówiłem sam do siebie. Wtedy pomyślałem o Tomku. O tym, że jest tam gdzieś pod szczytem Nangi i skoro przetrwał tak wiele kryzysów w swoim życiu, to i ja jestem w stanie się podnieść.

On też walczył ze swoimi demonami. „Leżałem na kanapie z potężnym kacem”

Co mieści się w słowie „hibernacja”, które jest jednocześnie tytułem twojego monodramu o Mackiewiczu?

Pomysł na tytuł powstał w bardzo trudnym momencie mojego życia. Określenie „hibernacja” przyszło do mnie, kiedy leżałem na sofie z potężnym kacem. Miałem totalny zjazd. To były lata, kiedy bardzo mocno przyjaźniłem się z alkoholem. Miałem wtedy przed oczami Tomka skulonego w szczelinie pod Nangą, zabezpieczonego czekanami przez Eli. Pomyślałem, że został tam na 7300 m n.p.m. zahibernowany. Uznałem, że nie jest to śmierć, a pewne zatrzymanie, oczekiwanie na lepszy czas. I ja też wtedy, skulony w embrion na jednym z najgorszych kaców w życiu, mając w głowie ten obraz, pomyślałem, że trzeba się podnieść. Tomek jest dla mnie symbolem walki z nałogiem. Od tamtej pory słowo „hibernacja” stało się dla mnie wielowymiarowe.

Wiesz zatem, jak to jest walczyć z własnymi demonami. Tych podobieństw między tobą a Mackiewiczem jest więcej, chociażby tych fizycznych.

Każdy z nas ma jakiegoś klona i widocznie w naszym przypadku mamy wspólne cechy z Tomkiem. Kiedy ukazała się biografia Tomka [autorstwa Dominika Szczepańskiego pt. „Czapkins”] z tym charakterystycznym zdjęciem na okładce, wielu moich znajomych widząc ją na półce w księgarni, myślało, że to moja twarz. Rzeczywiście jest trochę podobieństwa w naszym spojrzeniu, gestach, zmarszczkach, ale chyba co ważniejsze, łączy nas podobne poczucie wrażliwości, niezależność, autentyczność i szczerość.

Książka "Czapkins" autorstwa Dominika Szczepańskiego.

Książka „Czapkins” autorstwa Dominika Szczepańskiego.Materiały prasowe

Plakat zapowiadający ubiegłoroczną premierę "Hibernacji" nawiązywał do okładki książki o Mackiewiczu.

Plakat zapowiadający ubiegłoroczną premierę „Hibernacji” nawiązywał do okładki książki o Mackiewiczu.Maciej Malinowski / Materiały prasowe

Tych gestów jest sporo w twoim monodramie. W pewnym momencie na telebimie pojawia się nagranie spod ścianki wspinaczkowej, gdy jako Tomek udzielasz wywiadu. To odniesienie do istniejącego nagrania dla Polskiego Radia. Co jakiś czas łapiesz się tam za koszulkę i ciągniesz za nią w charakterystyczny sposób. Mackiewicz też tak robił?

Tak. Jego żona Ania opowiadała mi, że Tomek wykonywał taki gest, gdy zaczynał się czymś denerwować. Zresztą na zdjęciach i nagraniach widać, że większość jego koszulek jest rozciągnięta pod szyją. Mam wrażenie, że jest w tym jeszcze jeden symbol. Ten gest mógł oznaczać, że on się dusił. W tym jego ciągłym poszukiwaniu wolności, walki z oczekiwaniami jakie stawiali przed nim bliscy i przyjaciele.

A ten wywiad, o którym wspominasz, można odszukać w internecie. Tomek siedzi pod ścianką wspinaczkową w koszulce w czarno-białe paski, na kolanach trzyma swoje dzieci. W spektaklu przywołujemy tę scenę.

W pewnym momencie na naszym nagraniu słychać w tle płacz dziecka, co nie jest wyreżyserowane. Po prostu dziecko, które było akurat wtedy w obiekcie zaczęło płakać. U mnie zadziałał impuls odpowiedziałem: „Już do ciebie idę, kochanie”. Pamiętam, że zawiesiłem się na chwilę i miałem wrażenie, że powiedział to Tomek, a nie ja. On czasami do mnie przychodzi w różnych momentach, czasem na ułamek sekundy, w codziennym życiu, ale przede wszystkim podczas „Hibernacji”.

Nazywali go amatorem. Te słowa bolały

W tamtej scenie wywiadu jest bardzo mocny moment, gdy nawiązujesz do krytyki i komentarzy wobec Mackiewicza. Wcielając się w rolę Tomka, krzyczysz: „Czy oni myślą, że ja tego nie czytam, nie czuję?!”. To jest krzyk niezgody na to, co spotyka człowieka realizującego swoje ambicje i spotykającego się z brakiem zrozumienia przez otoczenie?

On czytał te wszystkie komentarze na swój temat i wiem, jak wiele go to kosztowało. Wiem to dzięki opowieściom Ani, jego partnerki.

Wydaje mi się, że po prostu cierpiał, kiedy w środowisku nazywany był amatorem, a nie himalaistą. Pewnie dlatego zaczął mówić o sobie: „włóczykij”. Dzisiaj tego hejtu pojawia się tyle, że jako ludzie musieliśmy się nauczyć, aby spływał po nas jak po kaczce. Inaczej byśmy zwariowali.

Krystian Durman w monodramie "Hibernacja"

Krystian Durman w monodramie „Hibernacja”Agnieszka Mazur / Materiały prasowe

Tomek był normalnym gościem, który poprzez swoje przejścia nauczył się doceniać najmniejsze rzeczy, wychodził do ludzi, dzielił się z nimi swoją historią. Jednocześnie szedł pod wiatr, nie raniąc nikogo po drodze, a mimo to sam otrzymywał ciosy. Starał się, był czysty, chciał się zmienić dla siebie, dla dzieci. Zmienił się z narkomana w człowieka, który dzięki swoim trudnym doświadczeniom, wciąż ma coś do przekazania innym.

Monodram „Hibernacja” zaczyna się od twojej medytacji. Kiedy widzowie zaczynają wypełniać salę, widzą cię już siedzącego na scenie. Twoja poza i strój sprawiają, że wyglądasz jak buddyjski mnich podczas modlitwy. Monolog rozpoczynasz dopiero po pewnym czasie.

Ja wtedy naprawdę medytuję. Trwa to 15, czasem 20 minut. Staram się wtedy kompletnie wyciszyć, choć oczywiście chłonę to, co dzieje się wokół. Szmer ludzi wchodzących do sali, głosy, zapach. Z tego skupienia budzę się na jakiś pierwszy bodziec, gdy poczuję, że to już. Wtedy rozpoczynam monolog. W jednej z recenzji nazwano moją grę „aktorstwem z trzewi”. I coś w tym jest. „Hibernacja” kosztuje mnóstwo energii, ale uwielbiam takie role, które dotykają widza, zostają z nim na długo. Im bardziej jesteś zmęczony tym bardziej prawdziwy. Dlatego zostałem aktorem. Żyję życiem podwójnym — jednocześnie swoim własnym i tym drugim, gdy wcielam się w mojego bohatera.

Dynamika tego monodramu cały czas się zmienia. Zaczyna się od medytacji, są momenty bardzo metaforyczne, walka z samym sobą, wspomniana wcześniej scena wywiadu i emocjonalny krzyk. Jest też moment, w którym widzimy ciebie, jako Tomka podczas prelekcji. Wtedy dosłownie przełamujesz dystans między tobą a publicznością. Podchodzisz bliżej, zapraszasz widownię do robienia sobie z tobą zdjęć.

Ten monodram jest tak zbudowany aby był bardzo kameralny. I taki jest, gdy gram go w Teatrze Małym w Tychach. Wtedy na widowni zasiada około stu osób. Dotąd moja największa publiczność — mocno ponad czterysta osób — zgromadził spektakl grany podczas grudniowego Krakowskiego Festiwalu Górskiego. Ta scena z wyjściem do publiczności wzięła się z pewnej sytuacji, którą Tomek miał podczas swojej prelekcji. Spóźniony biegł na spotkanie. Odbywało się bodajże w Nysie Kłodzkiej. Biegnąc przez korytarz, minął siedzącą na parapecie dziewczynę, która zaczepiła go, bo chciała zrobić sobie z nim zdjęcie. Odpowiedział, że będzie mógł dopiero po prelekcji. I ja też mówię w tej scenie: „Czy jest ta dziewczyna, która prosiła mnie o zdjęcie?”. Wtedy pierwsza osoba z publiczności podchodzi, a później kolejne. W ten sposób nawiązać relację z widzem, aby i on poczuł te emocje Tomka. Poznał go takim, jakim był — pełnym ciepła, humoru, sucharów.

Krystian Durman w scenie nawiązującej do prelekcji Mackiewicza.

Krystian Durman w scenie nawiązującej do prelekcji Mackiewicza.Agnieszka Seidel-Kożuch / Materiały prasowe

Grudniowy pokaz podczas Krakowskiego Festiwalu Górskiego oglądały córki Tomasza Mackiewicza, a także jego żona. Na koniec utonęliście w swoich objęciach. Ten emocjonalny moment dopełnił wszystko to, co zobaczyliśmy wcześniej na scenie.

Córki Tomka mają pełną świadomość tego, jaką historię opowiada monodram i jakie życiowe doświadczenie miał ich ojciec. Jaką zostawił po sobie historie i jak bardzo cenna jest dla ludzi. jak bardzo potrafi zmienić życie ludzkie na lepsze. Nie chce i nie nam prawa wypowiadać się w ich imieniu, ale mam wrażenie, że nie mają poczucia, że ojciec zostawił je na pastwę losu. Są dumne ze swojego taty, bardzo go kochają i to jest najważniejsze.

Tomka nie poznałeś, ale dzięki wspólnej znajomej już po jego śmierci dotarłeś do Anny Solskiej-Mackiewicz. Już wtedy wiedziałeś, że chcesz stworzyć monodram?

Ta myśl towarzyszyła mi przez sześć lat, zanim poznałem się z Anią. Udało się do niej dotrzeć przez naszą wspólną znajomą Ewę, która pracuje w branży filmowej. Z Ewą i Anią spotkaliśmy się w Warszawie w lutym 2022 r. zaraz po wybuchu wojny w Ukrainie. To był trudny czas dla całego społeczeństwa, więc nie wiedzieliśmy, czy mój plan uda się zrealizować. Ewa odezwała się do Ani, bo znały się z czasów studenckich. Przekazała jej, że zna takiego Krystiana, który dużo opowiada o Tomku, żyje górami i bardzo chciałby się z nią spotkać. Ania dopiero niedawno przyznała mi się, co pomyślała wtedy: „Znowu ktoś czegoś ode mnie chce”.

Wcale mnie to nie zdziwiło i mam do tego pełne zrozumienie, bo od czasu tragedii pod Nanga miała wiele podobnych próśb, ale spotkaliśmy się i z tego zrodziła się przyjaźń.

Tomasz Mackiewicz i Anna Solska-Mackiewicz.

Tomasz Mackiewicz i Anna Solska-Mackiewicz.Archiwum prywatne Anny Solskiej-Mackiewicz / omówienie

Gratulują osiągnięcia i myślą: „I tak tam nie wszedłeś”

Książka „Czapkins” Dominika Szczepańskiego, którą wspominaliśmy wcześniej, zaczyna się od pewnej wymownej sceny. Anna Solska-Mackiewicz jedzie do Francji i puka do drzwi Elisabeth Revol. Gdy ta otwiera, obie kobiety nie mówią nic, tylko padają sobie w ramiona. Ta scena mocno działa na wyobraźnię i choć nie ma w niej słów, to emocje mówią zdecydowanie najwięcej. Jak ty poznawałeś Tomka oczami jego żony?

Nigdy nie pytałem wprost, zawsze zostawiałem Ani przestrzeń, aby to ona zaczęła temat. Dzięki temu otwierała się i rysowała przede mną obraz Tomka. Jedną z takich rozmów odbyliśmy w samochodzie, jadąc w góry. Podczas naszej pierwszej wspólnej wyprawy w Tatry Słowackie razem z Anią i jej córką Zoją, zapaliliśmy kadziło dla Tomka i po prostu milczeliśmy, byliśmy razem.

Tomek był bardzo mocnym charakterem, często też kompulsywnym. Ale kto z nas taki nie jest. Niektórym ludziom zaufał za bardzo, sparzył się na pewnych relacjach. Miałem w swoim życiu podobnie.

W pewnym sensie był też karany za swój sukces. Cały czas jest mu zarzucane, że razem z Revol nie stanęli na szczycie Nanga Parbat, bo brakuje wystarczających dowodów. A ja wiem, że on miał najlepszą wiedzę na temat tej góry. Znał ją doskonale i był na wierzchołku. Chyba tak już jest w środowisku himalaistów, że z jednej strony ktoś poklepie cię po plecach i pogratuluje, a za chwilę za plecami rzuci: „I tak tam nie wszedłeś”. W środowisku aktorskim też nie brakuje takiej dwulicowości, egoizmu. Co niestety jest mroczną stroną tego zawodu. Co do gór, to dzisiaj Himalaje stały się parkami linowymi. Nie ma już wspinania na ośmiotysięczniki z prawdziwego zdarzenia. Dlatego potrzebne nam są takie historie, jak Tomka, żeby przypomnieć sobie, że te góry nie należą do nas, że jesteśmy w nich tylko gośćmi.

Cecylia Kukuczka, wdowa po Jerzym, który zginął po Lhotse, w swojej książce „Listy z pionowego świata” pisała: „Tak, jak wszystkie żony himalaistów, którzy zginęli w górach, chciałam wierzyć, że skoro mówił, że do nas wróci, to wróci”. A jednak jej mąż nie wrócił, tak jak wielu innych. Jak odnosisz się do opinii o tym, że wspinacze to egoiści, którzy podejmując ryzyko, nie myślą o swoich bliskich?

Najłatwiej jest oceniać. Ktoś powie: „ja też chodzę po górach, wybieram bezpieczniejsze drogi i mam radochę”. Dopóki nie postawisz swojej nogi w Himalajach i nie znajdziesz się między tymi lodowymi ścianami, nie zrozumiesz ich fenomenu. Te obrazy wracają później do ciebie, przyciągają. Tomek był człowiekiem, który zakochał się w tej jednej górze. Nie atakował żadnego innego ośmiotysięcznika. On zakochał się w tej wróżce, która do niego mówiła. Ja też słyszałem głosy będąc pośród tych lodowych szczytów.

Jak one brzmią?

To jakiś dziwny język — coś pomiędzy buddyjską mantrą, a szmerem. Nie jest to całe zdanie, one trwają zaledwie kilka sekund. Bardziej niż na poziomie słów, odczuwasz je na takim poziomie metafizycznym, energetycznym. Himalaje to święte miejsce, w którym zaklęci są bogowie, którzy budzą w tobie respekt i szacunek.

Wyjątkowe znajomości tysiące kilometrów od domu. To spotkanie zapamiętali na długo

Co ciebie przyciąga w Himalajach?

Dla mnie to nie tylko góry, a przede wszystkim żyjący tam ludzie. Europejczycy ciągle gdzieś pędzą, chcą więcej i więcej. Tam życie jest prostsze. Kiedy szliśmy z moją żoną do bazy pod Manaslu, zeszliśmy do małej wioski z dala od zgiełku turystów. Na małym przydomowym straganie kupiliśmy dzwoneczki, które co roku zaczepiamy do naszego świątecznego wianka na drzwi. Jedno spotkanie totalnie nas poruszyło.

Pewna staruszka, Nepalka podeszła do nas, pogłaskała moją Agnieszkę po policzku, a po chwili złapała za rękę i zaczęła prowadzić za sobą. Weszliśmy za nią do jej chatki. Żeby dostać się do „mieszkania” tej kobiety trzeba było wejść po drabinie na piętro. Staruszka wskazała nam miejsce, gdzie możemy usiąść, podała nam herbatę, uśmiechała się. Mówiła coś w swoim języku. W teorii nie rozumieliśmy, co do nas mówi, ale poczuliśmy jakieś takie niezwykłe połączenie. Spędziliśmy u niej godzinę, a na pożegnanie wszyscy się przytuliliśmy. Było w tym coś niezwykłego. Tysiące kilometrów od Polski, staruszka mieszkająca na wysokości 4000 m n.p.m. otworzyła przed nami swój dom, miała czyste intencje, chciała po prostu podzielić się swoim czasem, tym, co miała. Kiedy wyszliśmy od niej, moja żona powiedziała, że miała poczucie, jakby już wcześniej gdzieś się spotkały. Jakby ta kobieta była jej babcią. Dla mnie takie spotkania są większą wartością niż zdobycie ośmiotysięcznika.

Miałeś w Himalajach więcej takich spotkań?

W 2018 r. poznałem szerpę, z którym mam kontakt do teraz. Dzwonimy do siebie na Messengerze, widzę, jak zmienia się on i jego dzieci. Jeśli moi znajomi wybierają się w Himalaje, mówię, żeby nie spali w Lukli, gdzie jest lotnisko, a przeszli dwugodzinny trekking i zatrzymali się u tego mojego przyjaciela w wiosce Tok Tok. „Powiedzcie tylko, że jesteście od Krystiana z Polski i on się wami zajmie”— mówię. I rzeczywiście tak jest. W moim mieszkaniu do dziś wiszą tybetańskie flagi modlitewne, które mi podarował, oraz zdjęcie które wykonałem jego dzieciom. On ma u siebie pocztówki i pamiątki z Polski.

Czym była dla ciebie pierwsza wyprawa w Himalaje?

Ucieczką od odpowiedzialności. Próbą poznania i akceptacji siebie, poszukiwania odpowiedzi na wiele nurtujących mnie wtedy pytań. To były trudne kilometry i towarzyszące im myśli, ale też przełom dla mnie. Chyba tak naprawdę właśnie tam zacząłem do siebie docierać, rozmawiać ze sobą, uświadamiać sobie, że czasem lepiej jest odpuścić, pójść w swoją stronę. W górach stajemy się innymi ludźmi, odważniejszymi względem samych siebie, wobec swoich słabości. Paradoksalnie im wyżej się wspinam, tym więcej tlenu czuję w sobie. Tym tlenem staje się przestrzeń i wolność.

Otarł się o śmierć. Widział miejsce, gdzie pali się ciała

Ci, którzy giną w górach najczęściej pozostają w nich na zawsze, a ich zamarznięte zwłoki stają się nieraz drogowskazem i zarazem przestrogą dla kolejnych wspinaczy. Przez to, że zamarzają gdzieś na wysokości wyglądają jakby nie byli martwi, a po prostu pogrążeni we śnie. To każe nam w inny sposób postrzegać odchodzenie i śmierć, która tutaj na nizinach wiąże się ze złożeniem ciała do grobu, takim bardziej namacalnym odejściem. Według ciebie śmierć w naszej kulturze nadal pozostaje tematem tabu?

On wciąż pozostaje trudny, często napiętnowany złymi emocjami. Podczas mojej ponad dwumiesięcznej podróży po Indiach, doświadczyłem tego, że śmierci nie trzeba się bać.

Widziałeś palone ciała.

To było w Vanaranasi, świętym mieście Indii, gdzie znajduje się największa świątynia kremacji. Fragmenty ludzkich ciał pływają w rzece Ganges, w której dwieście metrów dalej oczyszczającej z grzechów kąpieli zażywają Hindusi. Ciała zmarłych są tam zwożone z całych Indii. Nieraz przybywają po prostu wiezione na dachu jeepa czy w przedziale pociągu. Tam, gdzie palone są ciała mogą wejść tylko mężczyźni. Zwłoki leżą na stosach, a ogień nie gaśnie od tysięcy lat. Chodziłem pomiędzy nimi nocą, z chustą naciągniętą na nos. A i tak przedostawał się odór będący mieszanką smrodu palonego ciała, drewna i olejków, którymi zmarli są namaszczani. To było mroczne, ale niebudzące strachu doświadczenie.

Jakie emocje ci wtedy towarzyszyły?

Z jednej strony czułem się totalnie uziemiony, będąc tu i teraz, widząc te stosy ciał. Z drugiej — wszystko to wydawało się ulotne, jakbym był na jakimś haju, w innej przestrzeni, gdzie życie przenika się ze śmiercią.

Zresztą już jako dziecko miałem pierwsze takie doświadczenie, po którym można powiedzieć, że żyję swoim kolejnym życiem.

W jaki sposób?

Miałem wtedy 11 lat. Długo bolał mnie brzuch i wydawało się, że powodem są jakieś problemy z żołądkiem. Aż dosłownie w ostatniej chwili trafiłem na salę operacyjną, bo nie wiadomo, jak by to się skończyło. Okazało się, że pękł mi wyrostek robaczkowy. Dwa miesiące spędziłem w szpitalu. Z okna mojej sali był widok na wejście do kostnicy. Długie godziny spędzałem na parapecie, patrząc na zielone drzewa, a jednocześnie obserwując to wejście.

Wiesz, że wtedy zagrałem też swoją pierwszą rolę? W szpitalnej szkole na powitanie wiosny topiliśmy Marzannę w wannie. Ubrali mnie wtedy takiego wychudzonego w czerwone rajstopy, białą bluzę z kapturem i papierowy czerwony dziób. Zagrałem wtedy bociana. Pamiętam to był bardzo trudny czas dla całej mojej rodziny, ale wyciągam z niego te dobre chwile. Cieszę się, że mogę tu teraz z tobą siedzieć, bo sytuacja była wtedy naprawdę nieciekawa.

Czy to marzenie o górach wysokich, o podróży w Himalaje kiełkowało w tobie od dzieciństwa?

Tak. Elisabeth Revol, jako dziecko, miała w swoim pokoju nad łóżkiem zdjęcie Mount Everestu, na które patrzyła codziennie i marzyła o zdobyciu szczytu. We mnie to pragnienie zobaczenia tych potężnych ścian rozbudzały książki i filmy i książki, Jako dziecko oglądałem nałogowo National Geographic. Moje pierwsze wspomnienie z górskiej wycieczki wiąże się z pobytem Szklarskiej Porębie i wyprawami do schroniska Samotnia czy na Szrenicę. Wtedy też pierwszy raz zobaczyłem ratownika górskiego i byłem zafascynowany tym zawodem. Ale z drugiej strony od zawsze wiedziałem, że chcę być aktorem. Jeśli to by mi nie wyszło, wówczas plan B zakładał zostanie ratownikiem górskim. Chciałem latać śmigłowcem, by pomagać ludziom. Przez pewien czas pracowałem przy Woodstocku, dzięki czemu poznałem GOPR-owców z Wałbrzycha. Spędzałem mnóstwo czasu u nich na dyżurce, gdy za pierwszym razem nie dostałem się do szkoły teatralnej we Wrocławiu, poszedłem na turystykę i rekreację. A studiowałem wtedy właśnie w Wałbrzychu. To tam poznałem historię GOPR-owców i góry od podszewki.

Środowisko jest podzielone. „Wiąże się to z pewnego rodzaju wykluczeniem”

Przed laty poznałeś ratowników górskich, ale później nawiązałeś także znajomości z himalaistami, których dotąd podziwiałeś.

Z niektórymi osobami spotykam się po latach. Piotra Pustelnika czy Krzysia Wielickiego zapraszałem na prelekcję, jako uczeń mojego liceum, a dziś spotykamy się na festiwalach górskich. Wędrując po górach spotykałem Ryszarda Pawłowskiego czy nieżyjącą już Annę Czerwińską. Zawsze podziwiałem Adama Bieleckiego, a dziś mogę powiedzieć, że jest moim kolegą. To ważna postać łącząca dwa pokolenia wspinaczy — to starsze, od których wszystkiego się uczył i wchodzące młodsze.

Wojciech Kurtyka także jest w kontrze do swojego środowiska, co wiąże się z wieloma niemiłymi komentarzami i pewnego rodzaju wykluczeniem. To trudne pasje wiążące się z ego. Sam czasem czuję się w kontrze do tego, co widzę w moim środowisku. Wiem, jakie rzeczy dzieją się w polskich teatrach i ze smutkiem patrzę na tę patologię. Zadaję sobie pytanie, jak długo jeszcze będę w stanie unieść te sytuacje i rozczarowania.

Krystian Durman

Krystian DurmanMaciej Malinowski / Materiały prasowe

Pewnie wiele osób dziwi się, że skoro jesteś etatowym aktorem Narodowego Teatru Starego w Krakowie, to „Hibernacja” znalazła swoje miejsce na afiszu tyskiego Teatru Małego. Wiem, że to nie ty stoisz za tą decyzją, ale Kraków byłby pewnie bardziej naturalnym miejscem dla monodramu o takiej tematyce, jako miejsce bardziej zbliżone środowisku górskiemu.

To już pytanie do dyrektorów krakowskich instytucji, a zwłaszcza jednej. „Hibernacja” jest spektaklem uniwersalnym i jednocześnie wielowymiarowym, trafia nie tylko do środowiska górskiego.

To że powstała w Tychach nie jest przypadkowe. Wyobraź sobie, że wyglądając z okna garderoby teatru, widzę rodzinne mieszkanie Adama Bieleckiego. Niedaleko mieszkają też Renata i Artur Małkowie. W Tychach jest też liceum, którego uczniowie zginęli w lawinie pod Rysami w 2003 r. W końcu w Teatrze Małym co roku odbywa się festiwal monodramu MOTyF dzięki, któremu wielu młodych ludzi ma szansę pokazać swój talent i rozpocząć pracę w teatralnych instytucjach.

W ostatni weekend zagraliśmy dwa spektakle w Tychach [24 i 25 stycznia]. Będziemy też wystawiać monodram 6 marca w Centrum Kultury i Sztuki w Kaliszu oraz 29 marca na Festiwalu Monodramów w Toruniu. Cieszy mnie tak ciepły odbiór „Hibernacji”, po której dostaję zawsze wiele wyjątkowych wiadomości.

Wiem, że mocno poruszyła cię reakcja chociażby Adama Bieleckiego, prawda?

Po jednym ze spektakli podszedł do mnie wzruszony, z zaszklonymi oczami i powiedział mi, że dobrze znał Tomka, doskonale go pamięta i że właśnie dziś znowu go spotkał, na scenie. Przytuliliśmy się i obaj mocno wzruszyliśmy. Żona Tomka — Ania też mówi, że on przychodzi w tym monodramie. Dla mnie to jest bardzo cenne. Kiedy wystawialiśmy „Hibernację” w grudniu podczas KFG, podeszła do mnie dziewczyna. Po raz czwarty widziała spektakl. Miała ze sobą jedną z czapek, które Mackiewicz wysyłał osobom wspierającym jego zbiórki na wyprawy. Historia Tomka nadal porusza ludzi i jest nam potrzebna. Mam nadzieję, że uda nam się opowiedzieć ją także w formie filmu lub serialu.

Na koniec zapytam cię o jeszcze jedną rzecz — czego ciebie nauczył Tomasz Mackiewicz?

Pokory. Tej do życia i do gór. Mam ją także do roli i całej historii Tomka. Dla wielu z nas ona może być na swój sposób terapeutyczna.