Wyniki wyborów w teksańskim okręgu senackim wywołały nerwowość w Waszyngtonie. To, co dzieje się w Teksasie, stanie, który jest „politycznym sejsmografem”, ujawnia bowiem niewygodną prawdę. Potęga Republikanów jest bardziej krucha, niż sami dotychczas sądzili.

Kluczowy okręg wyborczy Trumpa się od niego odwrócił, mimo osobistego zaangażowania prezydenta w kampanię — i nikt nie może tego dłużej ignorować.

W okręgu senackim nr 9 wokół Fort Worth demokratyczny kandydat [kolor Demokratów to niebieski] Taylor Rehmet wygrał wybory uzupełniające z przewagą ok. 14 punktów proc. Republikanie [ich kolor to czerwony] kontrolowali ten region od dziesięcioleci. W ostatnich wyborach prezydenckich Donald Trump triumfował tam z przewagą ok. 17 punktów. Teraz okręg wyborczy odwrócił się od Republikanów.

Republikańska kandydatka Leigh Wambsganss dysponowała znacznie większymi środkami finansowymi, silnymi lokalnymi sieciami kontaktów i pełnym poparciem kierownictwa partii. Donald Trump osobiście zaangażował się w kampanię, publicznie ją chwaląc i wzywając do głosowania. Nie przyniosło to jednak żadnego efektu.

Dlaczego Teksas uważany jest za polityczny sejsmograf

Wynik Republikanów w Teksasie traktowany jest jako polityczny sygnał alarmowy. Wybory są bowiem wskazówką, że partia, która była na fali, zaczyna tracić na popularności.

Nie chodzi wyłącznie o Teksas. W ostatnich miesiącach Republikanie ponieśli całą serię bolesnych porażek. W Wirginii i New Jersey przegrali wybory gubernatorskie. W Pensylwanii okręg wyborczy, który przez dziesięciolecia był zdominowany przez Republikanów, przechylił się na stronę Demokratów w wyborach uzupełniających do Senatu. W Nowym Jorku burmistrzem został lewicowy demokrata Zohran Mamdani.

Burmistrz Nowego Jorku Zohran MamdaniMichael M. Santiago / Staff / Getty Images

Burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani

Wywołuje to niepokój w Waszyngtonie. W listopadzie odbędą się bowiem wybory śródokresowe — polityczna ocena rządzącej partii. Jeśli Republikanie stracą większość w Kongresie, grozi to politycznym impasem. Projekty ustaw utkną w martwym punkcie, komisje śledcze będą dyktować warunki, a druga połowa kadencji będzie miała charakter defensywny, również dlatego, że Trumpowi grozi nowa procedura impeachmentu (o czym sam wspominał).

Prezydent może stać się „kulawą kaczką”, czyli politykiem pozbawionym realnego wpływu, w czasie gdy jego dotychczasowi zwolennicy będą szukali jego następcy.

Właśnie ta perspektywa prowadzi do niepokoju wewnątrz Partii Republikańskiej. Im bliżej końca drugiej kadencji i im bardziej zbliżają się kolejne wybory prezydenckie, tym bardziej zmienia się punkt ciężkości uwagi w Waszyngtonie. Obecny prezydent traci na znaczeniu politycznym, lojalności zmieniają front i nagle mniej ważne staje się to, kto rządzi, a bardziej to, kto wygra w przyszłości. Dla Donalda Trumpa jest to szczególnie delikatna kwestia, ponieważ jego autorytet opiera się prawie wyłącznie na dominacji politycznej.

W związku z tym w Partii Republikańskiej potencjalni kandydaci do wyborów prezydenckich w 2028 r. zajmują miejsca w blokach startowych. Za naturalnego następcę uważa się wiceprezydenta J. D. Vance’a. W kuluarach mówi się jednak także o sekretarzu stanu Marco Rubio, który ma silną pozycję. Ponadto znane postaci, takie jak Ted Cruz czy gubernator Florydy Ron DeSantis, czekają na swoją drugą szansę. Jedno jest pewne: im bardziej Trump zaczyna przypominać „kulawą kaczkę”, tym szybciej rozpocznie się otwarta walka o dominację w Partii Republikańskiej.

Donald Trump nadal kontroluje Republikanów i ma duży autorytet. Jednak jego władza właśnie zaczyna się chwiać. Sondaż przeprowadzony przez instytut badania opinii publicznej AP-NORC pokazuje, że jego poparcie utrzymuje się na poziomie poniżej 45 proc., a w kluczowych kwestiach, takich jak gospodarka, polityka zagraniczna i koszty utrzymania, jest nawet znacznie niższe. Dla urzędującego prezydenta tuż przed wyborami uzupełniającymi jest to niebezpieczny sygnał.

Styl polityczny Trumpa — ciągła konfrontacja, nieustanny kryzys, wojna kulturowa — mobilizuje jego wiernych zwolenników, ale coraz bardziej odstrasza umiarkowanych wyborców. Do tego dochodzi niepewność w sferze gospodarki, którą wielu Amerykanów odczuwa w codziennym życiu. Ci, którzy czują się pominięci, raczej pozostają w domu — lub głosują przeciwko rządowi.

Porażka w Teksasie jest zatem czymś więcej niż lokalną wpadką. Trump zainwestował, zmobilizował się, wykorzystał swoje nazwisko. Fakt, że jego interwencja nie przyniosła skutku, podważa jego najważniejszy kapitał polityczny: wizerunek zwycięzcy. Za kulisami partia zaczyna kalkulować. Gubernatorzy, senatorowie i stratedzy zastanawiają się, jak długo jeszcze muszą pozostać lojalni wobec Trumpa, który stracił impet.