Byli innowacyjni, nowocześni, niepokorni, trochę zbuntowani. No i mieli na siebie pomysł. Niektórzy mówili, że stworzyli swój kościół i znaleźli swoich wyznawców. Grupa Deductor zmieniła polski rynek trenerski, a wszystko o jej skuteczności mówi jedno zdjęcie.

Święta 2020. Biały stół bez obrusu, a na nim kawa, słodycze, laptop i tablet. Wokół stołu, na krzesłach i na sofie, siedzi ośmiu młodych trenerów, którzy zjechali się z całej Polski do wynajętego na jeden dzień mieszkania w Katowicach, by podyskutować o piłce nożnej. To ich własne Stowarzyszenie Umarłych Poetów. Ich grota. Nie czytają poezji, czytają grę. Nie zachwycają się Whitmanem i Tennysonem, ale Guardiolą i De Zerbim. Nie piszą swoich wierszy, ale własne modele gry. Oni też, jak uczniowie z Akademii Weltona, chcą działać inaczej i rozglądają się za swoim Johnem Keatingiem. Pielgrzymują więc wszędzie, gdzie mogą spotkać kogoś, kto ich zainspiruje.

Zobacz wideo Mocne spięcie na linii Kosecki-Skorża. „Ty się, k***a, to przedszkola nadajesz!”

W Portugalii odwiedzają profesora Vitora Frade, ojca tamtejszej szkoły trenerów, tutora Jose Mourinho, Nuno Espirito Santo czy Marco Silvy. Lecą do Luisa Castro, pracującego dziś w Gremio, a wcześniej w Szachtarze, Porto i Rio Ave. Jeden z nich przez dwie godziny zasypuje pytaniami Juliana Nagelsmanna, a później relacjonuje to spotkanie reszcie. Regularnie jeżdżą też na szkolenia do Hiszpanii, prowadzone przez trenerów z akademii FC Barcelony.

Tego dnia umówili się na dyskusję o grze w ataku i stwarzaniu sytuacji pod bramką rywala. Kilku z nich przygotowało prezentacje, mające być fundamentem dyskusji. Zanim je włączą, robią sobie pamiątkowe zdjęcie. Wrzucają je do internetu, ale przechodzi bez echa. Dopiero po pięciu latach, tuż przed Bożym Narodzeniem 2025 roku, gdy Łukasz Tomczyk zostaje trenerem Rakowa Częstochowa, zdjęcie robi drugie okrążenie i tym razem zbiera hurtowe ilości serduszek, udostępnień i komentarzy z gratulacjami. Tomczyk jest bowiem już szóstym trenerem, który siedział przy tamtym stole i trafił do Ekstraklasy.

Święta 2020. W kolejnych latach sześciu z ośmiu trenerów widocznych na zdjęciu pracowało w Ekstraklasie

Święta 2020. W kolejnych latach sześciu z ośmiu trenerów widocznych na zdjęciu pracowało w EkstraklasieX – Deductor

Na zdjęciu są:

  • Dawid Szwarga. Wtedy asystent GKS Katowice w II lidze, a dziś pierwszy trener Arki Gdynia;
  • Łukasz Tomczyk. Wtedy trener Victorii Częstochowa w A Klasie, a dzisiaj trener Rakowa Częstochowa;
  • Mateusz Stolarski. Wtedy asystent trenera w Stali Rzeszów w II lidze, a dziś trener Motoru Lublin;
  • Dawid Kroczek. Zmieniający wówczas Sokół Aleksandrów Łódzki na Resovię Rzeszów i bycie asystentem trenera, a dziś mający za sobą samodzielne prowadzenie Cracovii i pracę w sztabie Marka Papszuna w Rakowie;
  • Karol Zniszczoł. Wtedy trener w akademii Stali Rzeszów, a dziś asystent Daniela Myśliwca w Piaście Gliwice;
  • Jakub Sage. Wtedy trener przygotowania fizycznego współpracujący ze Stalą Rzeszów, Górnikiem Zabrze i Piastem Gliwice, a dziś koordynator sztabu motoryczno-medycznego w Cracovii;
  • Maksymilian Hołownia. Wtedy drugi trener rocznika 2003 w akademii Polonii Warszawa, dziś bez pracy, ale jeszcze do niedawna pracujący jako asystent w Polonii i ŁKS;
  • Łukasz Targiel. Współtwórca grupy Deductor, który nie pracuje już jako trener.

Sześciu z ośmiu trenerów, którzy spotkali się wtedy w Katowicach, trafiło do Ekstraklasy. Czterech z nich zostało pierwszymi trenerami. Hołownia, najmłodszy w całym gronie, mający 32 lata, pracował już w I lidze, ale na Ekstraklasę jeszcze czeka. Targiel jako jedyny odszedł od piłki i zajął się biznesem.

– Byliśmy głodni wiedzy, zafascynowani piłką, pełni pasji. To nas połączyło – mówi Dawid Szwarga. – Na takich spotkaniach, jak tamto w święta, przedstawialiśmy sobie prezentacje, analizowaliśmy mecze swoich zespołów, pokazywaliśmy swoje treningi i dzieliliśmy się uwagami. Chodziło o to, by wzajemnie się doszkalać i przekazywać sobie wiedzę. Chcieliśmy się inspirować i dzielić wnioskami. Po takich spotkaniach wychodziliśmy naładowani energią, z przekonaniem, że jesteśmy lepszymi trenerami niż parę godzin wcześniej. Głowy buzowały od nowych pomysłów. Wreszcie czuliśmy, że znaleźliśmy środowisko, w którym się rozwijamy – tłumaczy.

A nawet nie tyle to środowisko znaleźli, co sami je stworzyli.

Tak zmienił się rynek trenerski w Polsce. Karuzela trenerska przestała się kręcić

Takich spotkań było więcej. Odbywały się nieregularnie, co kilka miesięcy. Skład się zmieniał – czasem wpadał na nie jeszcze Dawid Szulczek, będący dziś asystentem w Rakowie Częstochowa, a wcześniej pracujący jako pierwszy trener w Warcie Poznań i Ruchu Chorzów; czasem pojawiał się Maciej Szymański, który zaczynał jako trener młodzieży, a dzisiaj jest wiceprezesem Jagiellonii Białystok; bywał na nich również Mateusz Maciejewski, aktualny dyrektor akademii Rakowa Częstochowa. Trzon stanowili jednak trenerzy należący do grupy trenerskiej Deductor. To oni – Dawid Szwarga, bracia Łukasz i Tomasz Włodarek, Dariusz Klacza i Łukasz Tomczyk – organizowali większość tych spotkań. To oni skupiali wokół siebie kolejnych młodych, zdolnych trenerów, którzy – tak, jak oni – chcieli zmieniać świat. Pojawiał się ktoś ciekawy? Ktoś wrócił z zagranicy z interesującego stażu? Po chwili już u niego byli.

DLOCZ

DLOCZFot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl

W 2016 r. rynek trenerski w Polsce wyglądał inaczej niż dzisiaj. Najmłodsi trenerzy w Ekstraklasie – Mariusz Rumak i Robert Podoliński – mieli 39 i 41 lat. Mówiliśmy o „karuzeli trenerskiej”, na której wciąż kręciły się te same osoby i przeskakiwały z klubu do klubu. Najczęściej trenerami zostawali byli piłkarze – w szesnastozespołowej Ekstraklasie było zaledwie trzech trenerów bez piłkarskiego doświadczenia. Całe sztaby trenerskie z ekstraklasowych zespołów zwykle mieściły się w jednej osobówce. Szkolenia, konferencje, webinary, nawet kursy organizowane przez PZPN – to wszystko dopiero się rozkręcało. Staże? Doświadczeni trenerzy najcenniejszą wiedzę najczęściej i tak trzymali za drzwiami.

W takich właśnie okolicznościach – dziesięć lat temu, na Górnym Śląsku – powstawał Deductor. Wyrósł z  przekonania, że futbol w najbliższych latach pójdzie w zupełnie innym kierunku. Dawid Szwarga i bracia Włodarek chcieli połączyć trenerów, którzy – podobnie, jak oni – byli zafascynowani złożonością futbolu, dorastali z komputerami w pokojach, podróżowali po świecie, by czerpać wiedzę i mieli dość skostniałego systemu w Polsce. Byli odważni, pewni siebie, według niektórych – niepokorni. Chcieli inaczej rozmawiać o piłce i uciekać od banałów. Zamierzali zmienić środowisko piłkarskie w Polsce i czuli, że wiatr wieje im pod narty – na Zachodzie praca trenerów skręcała już w stronę bardzo szczegółowych analiz i bazowania na twardych danych. Młodziutki Julian Nagelsmann dostał pierwszą pracę w Bundeslidze, a Niemcy zakochiwali się w „laptopowych trenerach”. Rozkwitały blogi o taktyce, a galopujący rozwój technologii sprawiał, że niedostępna jeszcze chwilę wcześniej wiedza, była już na wyciągnięcie ręki. Trzy kliknięcia i mogłeś zobaczyć fragment treningu Pepa Guardioli. Trzy kolejne – i miałeś dostęp do ćwiczeń stosowanych przez Diego Simeone.

– Byliśmy pochłonięci piłką i samorozwojem. Szukaliśmy miejsc, w których moglibyśmy zdobywać wiedzę i stawać się coraz lepszymi trenerami. Te 8-10 lat temu nie było ich w Polsce zbyt wiele – mówi Szwarga i podaje przykład. – W Portugalii mogłeś pójść na studia trenerskie i przez pięć lat w detalach poznać piłkę nożną od najróżniejszych stron: prowadzenia treningu, metodologii, coachingu, zarządzania drużyną. Tam wiedza była przekazywana odgórnie. U nas nie było czegoś podobnego, dlatego jeździliśmy po Europie, pozyskiwaliśmy wiedzę i wracaliśmy z nią do Polski. Inni trenerzy robili tak samo. Nie czuliśmy się od nikogo gorsi, ale widzieliśmy, że musimy gonić resztę Europy. Postanowiliśmy, że sami zorganizujemy sobie takie środowisko do rozwoju, jakiego nam brakowało – opowiada.

„Wiedza piłkarzy, którzy grali w latach 90. i wcześniejszych, była już nieaktualna. Niewystarczająca, bo świat poszedł już w kierunku analityki i detali”

– Poznawaliśmy kolejne głodne osoby. Maćka Szymańskiego spotkaliśmy na szkoleniach hiszpańskiej organizacji Soccer Services, na które regularnie jeździliśmy. Przez Maćka poznaliśmy Dawida Kroczka. Od dawna znaliśmy się z Łukaszem Tomczykiem, bo rywalizowaliśmy w lidze juniorów z rocznikiem 2003. Mateusza Stolarskiego też poznaliśmy w ten sposób, że pracował w Wiśle Kraków z rocznikiem 2004, więc graliśmy ze sobą sparingi i spotykaliśmy się w lidze – wymienia Szwarga. – My wszyscy byliśmy znikąd. Ani Stolarski, ani Kroczek, ani Tomczyk, ani ja nie zrobiliśmy karier piłkarskich. Nie zeszliśmy z boiska prosto do sztabów. Nie mieliśmy znajomości, by od razu załapać się gdzieś na centralnym poziomie – mówi.

– Szukaliśmy swoich mentorów. Na przykład profesor Tadeusz Huciński był taką osobą, od której czerpaliśmy wiedzę i doświadczanie w zakresie inteligencji emocjonalnej i budowania wewnętrznej motywacji u młodych zawodników. Profesor wywodził się z koszykówki, napisał kapitalną książkę „Imopeksis”, którą bez problemu dało się odnieść do piłki nożnej. Kolejną taką osobą był profesor Frade, u którego byliśmy w Porto z Łukaszem Targielem bodaj w 2019 r. i rozmawialiśmy z nim przez prawie trzy godziny. Chcieliśmy docierać do takich autorytetów, pozyskiwać wiedzę, przekazywać ją dalej i w ten sposób budować wokół siebie społeczność złożoną z ludzi mających otwarte głowy – wspomina trener Arki Gdynia.

– Byliśmy rozczarowani wieloma elementami polskiej piłki. Choćby stażami w klubach. Organizacją tych klubów. Wiedzieliśmy, że one mogą być znacznie lepiej poukładane. Wiedza piłkarzy, którzy grali w latach 90. i wcześniejszych, była już nieaktualna, niewystarczająca, bo świat poszedł już w kierunku analityki i detali. Pamiętam to zderzenie światów, jak byliśmy na stażu u trenera Luisa Castro w Rio Ave i tam pierwszy raz zobaczyliśmy w praktyce, na seniorskim poziomie, jak można rozwijać zespół poprzez koncepty taktyczne i rozumienie gry, a później nie umieliśmy znaleźć w Polsce ludzi, którzy pracowaliby w podobny sposób. Dopiero później do podobnych wniosków jako jedni z pierwszych dochodzili Marek Papszun i Rafał Górak. Ale takich ludzi było u nas mało.

– Powiem może nieco górnolotnie, ale naprawdę czuliśmy misję, żeby rozwijać polską piłkę i świadomość ludzi w tym środowisku – przyznaje Szwarga.

Marek Papszun i Dawid Szwarga

Marek Papszun i Dawid SzwargaFot. Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl

„We współpracy z Deductorem żałuję tylko jednego”

Deductor działał wielotorowo. Zaczynał od organizowania odpłatnych szkoleń dla trenerów. Jednocześnie jego członkowie – Szwarga, bracia Włodarek, Dariusz Klacza i Łukasz Tomczyk – pracowali jako trenerzy w niższych ligach lub asystenci w sztabach drużyn z centralnego poziomu. Z czasem zaczęli też współpracować indywidualnie z piłkarzami z różnych klubów. Jeśli zawodnik chciał, mógł umawiać się na indywidualne treningi, konsultacje i otrzymywać przygotowane przez trenerów Deductora analizy swojej gry. Wciąż też, raz na kilka miesięcy, spotykali się w zaufanym gronie – w składzie zbliżonym do tego ze zdjęcia pokazanego na początku artykułu. Byli też aktywni w mediach społecznościowych, gdzie potrafili choćby punktować komentatorów meczów i dziennikarzy piszących artykuły, wskazując na powierzchowność ich opinii i niezbyt merytoryczne tezy. Uknuli chociażby stwierdzenie: „Statystyki w rękach dziennikarzy mogą być niebezpieczne”.

– Na wiele rzeczy otworzyli mi oczy – mówi Daniel Tanżyna, mający ponad 200 występów w I lidze. – Od nich nie słyszałeś żadnych ogólników, tylko same konkrety, które później pomagały ci w meczu. To nie były wielkie rzeczy. Bardziej drobnostki, dopracowanie szczegółów. Ale dzięki tym szczegółom czułeś różnicę na boisku. Bartek Pawłowski, który grał w Maladze, opowiadał, że hiszpańscy piłkarze zawsze szybciej myśleli. Zanim dostali piłkę, to już wiedzieli, co z nią zrobią. I w tym samym kierunku szedł Deductor – twierdzi Tanżyna, który jako jeden z pierwszych piłkarzy zaczął współpracę z grupą.

– Z Dawidem Szwargą graliśmy razem na środku obrony w młodej ekstraklasie Odry Wodzisław i już wtedy czułem, że kiedyś zostanie trenerem, bo interesował się taktyką, dużo widział na boisku, dawał celne wskazówki. Jak z Tomkiem Włodarkiem startowali z Deductorem, to zadzwonił po koleżeńsku zapytać, czy chciałbym przychodzić na takie treningi i popracować z nimi indywidualnie. Od początku byłem przekonany. Wiedziałem, że mi pomogą, bo mieli bardzo dużą wiedzę. Jeździli na kursy, na staże. Latali po całej Europie. Szukali nawet jakichś książek niedostępnych w Polsce i sobie je tłumaczyli – opowiada.

– Na pierwszych treningach byłem ja i Dawid Abramowicz, z którym graliśmy wtedy w Tychach. Na treningach z Deductorem ćwiczyliśmy akcję, która później jeden do jednego przenosiliśmy na mecze. Działało. Od chłopaków po każdym meczu dostawaliśmy też analizę swojej gry. Co można było zrobić lepiej, co mi wyszło, nad czym teraz trzeba pracować itd. Wtedy nikt tak szczegółowych, indywidualnych wskazówek nie dawał. To się zmieniło dopiero w ostatnich latach, a Deductor był prekursorem – wspomina. 

– Żałuję tylko jednego – że zacząłem z nimi pracować tak późno, jak miałem już 27 lat. Gdybym zaczął 10 lat wcześniej, jak byłem młody i perspektywiczny, to kariera mogłaby się potoczyć inaczej – uśmiecha się były piłkarz m.in. Widzewa Łódź, GKS Katowice i Miedzi Legnica.

Daniel Tanżyna

Daniel TanżynaJAN KOWALSKI

„Powiedzieć szczerze, dosadnie? Oni tych bardziej doświadczonych trenerów po prostu wkur****””

– Pierwsze skojarzenie z Deductorem? Odwaga. Jak tylko panowie się pojawili, od razu byli bardzo odważni. Choćby terminologia, której używali, budziła, i do dziś budzi, kontrowersje. To dość trudny język, pełen różnych nowych określeń, które w tamtym czasie wręcz szokowały. Niektóre brzmiały dość dziwnie czy śmiesznie, jak np. „spacer lunatyka”, którego używali, by opisać dane zachowanie na boisku. Wtedy o piłce mówiło się inaczej, więc wielu uważało ich język za przeintelektualizowany. Część trenerów twierdziła, że niepotrzebnie komplikują, gdy zamiast powiedzieć, że piłkarz się rozgląda, mówili, że skanuje przestrzeń. Ale oni nic sobie z tego nie robili. I trzeba po latach przyznać, że udało im się wprowadzić dyskusję o szkoleniu na wyższy poziom – twierdzi Marcin Papierz, redaktor naczelny magazynu „Asystent Trenera”.

W 2018 r., dwa lata po narodzinach Deductora, Szwarga i bracia Włodarek napisali artykuł do „Asystenta Trenera”. Daje to wgląd, jak wtedy działali i na czym się skupiali. Zaczęli od przedstawienia się: „Zjednoczona grupa przyjaciół chcąca podnosić poziom wiedzy trenerów i zawodników”. Tytuł był bardzo spójny z ich ówczesnym podejściem: „Patrzeć nie znaczy widzieć”. Tekst zaczęli od serii pytań: „Jaka jest największa różnica między zawodnikiem na poziomie Ligi Mistrzów a zawodnikiem z polskiej Ekstraklasy? Co odróżnia czwartoligowego zawodnika od piłkarza występującego na najwyższym poziomie w Polsce?”. Odpowiedź zawarli już dwa zdania dalej: „Wierzymy, że największą różnicę stanowi umiejętność obserwacji i podejmowania słusznych decyzji na bazie zebranych informacji”. W ramach ciekawostki wspomnieli, że Xavi Hernandez, wówczas jeden z najlepszych środkowych pomocników na świecie, obraca głowę nawet sześć razy w ciągu trzech sekund, a na koniec rozpisali konkretne ćwiczenia, które powinny rozwinąć u zawodników umiejętność obserwacji.

– W „Asystencie Trenera” pokazujemy wszelkiego rodzaju inicjatywy i nowości, które pojawiają się na rynku, a czytelnicy sami je oceniają. Nie ingerujemy w merytorykę treści. Dajemy przestrzeń, żeby trenerzy mogli przedstawić siebie i swój pomysł czy inicjatywę. Gdy pokazaliśmy Deductora, pojawiły się w komentarzach pytania, czy to jeszcze piłka, czy fizyka kwantowa. „Kosmos jakiś”. Od razu zaczęły się ścierać dwie szkoły. Jedna – że to niepotrzebne komplikowanie sprawy i popisywanie się. Druga – że dyskusja o piłce jest w Polsce zbyt prostacka, więc trzeba wprowadzać nowe określenia i rozbudowywać język, by zacząć rozmawiać w bardziej szczegółowy sposób – wspomina Papierz.

– Uchodzili za heretyków – mówi nam o założycielach Deductora jeden z doświadczonych trenerów. – Przede wszystkim starszym trenerom nie podobało się, że przychodzą młodzi, bez doświadczenia, nie poprowadzili jeszcze meczu w Ekstraklasie, a biorą się za uczenie innych. Różnie ich nazywali. „Filozofowie”, „teoretycy”, „destruktorzy”. Było trochę tych złośliwości – wymienia. Skoro na szkoleniach Deductora powtarzało się stwierdzenie, że piłka jest otwarta, to ich przeciwnicy drwili, że dotychczas myśleli, że jest okrągła. – Powiedzieć szczerze, dosadnie? Oni tych bardziej doświadczonych trenerów po prostu wkur***li – dodaje ze śmiechem w głosie.

– Na początku byliśmy wyśmiewani. Pojawiały się komentarze, że piłka to prosta gra, więc po co wymyślać. Ale właśnie nie! My uważaliśmy, że piłka wcale nie jest prostą grą, tylko bardzo złożoną, więc wymaga od trenera zdobycia dużej wiedzy teoretycznej, by później przeprowadził na boisku dobry trening i dobrze interweniował. Uśmiechaliśmy się, że nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria. Cały czas robiliśmy swoje i powoli zmienialiśmy opinię o sobie – mówi Szwarga.

Zdjęcie dołączone do artykułu z 2018 r., którym Deductor debiutował na łamach 'Asystenta Trenera'

Zdjęcie dołączone do artykułu z 2018 r., którym Deductor debiutował na łamach 'Asystenta Trenera’magazyn 'Asystent Trenera’

Zawód, w którym nie ma przypadku

Deductor, rok po opublikowaniu tekstu w „Asystencie Trenera”, prowadził już na zlecenie magazynu szkolenia trenerskie. Przybywało im piłkarzy na indywidualnych treningach. Zdarzyło się nawet, że na niepozornym boisku w Wodzisławiu Śląskim, w jednym momencie, ćwiczyło kilkunastu piłkarzy z różnych klubów Ekstraklasy. – Czasami musieliśmy się chować po krzakach, bo zawodnicy ukrywali współpracę przed swoimi trenerami – uśmiecha się Szwarga. Ale to były wyjątki. Większość piłkarzy wspominała w swoich klubach o dodatkowej współpracy z Deductorem i opowiadała o tym w wywiadach. Zainteresowanie rosło. Pod koniec 2019 r. miejsca na prowadzone przez niech kursy wyprzedawały się w kilka-kilkanaście godzin.

– Byli innowacyjni, nowocześni. Trochę niepokorni, może trochę zbuntowani. Na pewno chcieli coś zmienić i wprowadzić dyskusję o piłce na wyższy poziom. No i mieli na siebie pomysł. W ostatnich latach ciekawie dzieje się na trenerskim rynku. Deductor to rozpoczął. Zainteresował sobą ludzi. My czasami mówiliśmy wręcz, że Deductor miał swój kościół. Byli ludzie, którzy dosłownie stali się ich wyznawcami. Wchodzili w to cali. Chłonęli wszystko, co oni mówili, a przy tym odrzucali inne pomysły – opowiada Papierz.

– Przypominam sobie sytuację po jednym z ich szkoleń. Wychodzi z sali mój kolega, bardzo świadomy trener. Pytam go, jak ocenia. Był zmieszany. „Wiesz, trudne słownictwo. Nie do końca wiadomo, o co im chodzi”. Po czym zagaduję kolejnych uczestników i oni są zachwyceni. Młodzi ludzie byli nimi wręcz odurzeni. Mogli nie rozumieć wszystkiego, ale sam język, spojrzenie i poziom szczegółowości ich fascynowały. Chcieli więcej i więcej – dodaje.

Przy okazji Papierz zwraca uwagę, że w ostatnich latach na rynku trenerów zapanował niesamowity ścisk. Kluby otworzyły się na trenerów, którzy nie mają za sobą kariery piłkarskiej. PZPN ułatwia z kolei – poprzez przyspieszone kursy – zdobycie licencji trenerskich zawodnikom, którzy mają doświadczenie na najwyższym poziomie rozgrywkowym i zbliżają się do końca kariery. Rozwinął się też skauting w klubach, więc łatwiej znaleźć ciekawego trenera za granicą. W Polsce mnożną się kolejne kursy, konferencje i szkolenia. Drogą Deductora próbują podążać kolejni młodzi trenerzy – często znacznie młodsi niż wówczas Szwarga i bracia Włodarek – więc starają się zwrócić na siebie uwagę w mediach społecznościowych. Zakładają trenerskie start-upy, wybierają coraz węższe specjalizacje, jeszcze wyraźniej oddają się liczbom i nauce. Organizują webinary i szkolenia – najczęściej darmowe – byle tylko ktoś ich dostrzegł i po nich sięgnął. Może takie szkolenie obejrzy dyrektor jakiegoś klubu? Może trener, który ma wolne miejsce w sztabie? Może uda im się zaimponować?

Ale wiele z tych projektów znika równie szybko, jak się pojawia. Nazwisk większości trenerów, którzy kreślą właśnie plany podboju świata, nigdy nie poznamy. Dlaczego więc udało się Deductorowi? Dlaczego trzech trenerów powiązanych z tym projektem prowadzi dziś zespoły w Ekstraklasie, a kilku kolejnych spełnia się w roli asystentów?

– Mój podstawowy wniosek jest taki, że w tym zawodzie nie ma przypadków. Ci ludzie od bardzo wczesnego etapu wykazywali bardzo duży potencjał. Mieli też zdecydowanie ponadprzeciętne chęci do nauki i dzielenia się wiedzą. Dam przykład. W „Asystencie Trenera” pierwszy tekst o Łukaszu Tomczyku mamy z czasów, gdy trenował w A Klasie. Zacząłem się szczerze zastanawiać, jak ja w ogóle do niego trafiłem. I przypomniałem sobie, że polecił mi go Dawid Kroczek, który był wtedy trenerem w Aleksandrowie Łódzkim. A jak trafiłem na niego? Nawet nie pamiętam. Dążę do tego, że już wtedy mówiło się w środowisku, że to ciekawi trenerzy – mówi Papierz.

– Pewnie Deductorowi pomogło też to, że był pierwszy. To trochę jak w biznesie. Kto pierwszy na coś wpadnie, ten zyskuje przewagę. Poza tym pojawiła się wtedy moda na młodych trenerów. Niemcy zachwycili się Nagelsmannem i nagle każdy klub szukał takiego Nagelsmanna u siebie – dodaje.

– Ten nasz pęd do wiedzy, codzienna sumienność i pracowitość sprawiły, że z czasem staliśmy się atrakcyjni na rynku – opowiada Szwarga. – Zaczęło się od tego, że trenerzy szukali do swoich sztabów osób, które mogłyby rozwinąć zawodników indywidualnie, a my byliśmy organizacją, która już pracowała w ten sposób z piłkarzami. Mieliśmy coraz więcej zawodników pod opieką, więc działał marketing szeptany. Ci zawodnicy mówili o nas swoim kolegom, trenerom i agentom, a oni przyprowadzali do nas kolejnych piłkarzy. Dzisiaj odprawy indywidualne są standardem, ale wtedy były jeszcze rzadkością. I to był taki moment, że środowisko zaczęło się zastanawiać: skoro pomogli jednemu, drugiemu, trzeciemu zawodnikowi, wszyscy ci zawodnicy mieli pozytywne odczucia, to może warto mieć któregoś z tych trenerów u siebie? Pierwszą osobą od nas, która trafiła na poziom centralny, był Tomek Włodarek, który zaczął pracować w Termalice w sztabie Macieja Bartoszka. To był początek tej kuli śnieżnej, która wtedy zaczęła się toczyć, a dzisiaj widzimy tego efekty – wspomina Szwarga.

Tak zmienił się polski futbol. Młodsi trenerzy, bez piłkarskiego doświadczenia, szersze sztaby, bardziej merytoryczne konferencje prasowe i inny komentarz meczów

Nie da się zmierzyć wpływu Deductora na trenerski rynek w Polsce. Błędem byłoby przypisanie mu wszystkich zasług. Ale takim samym błędem byłoby pominięcie jego udziału we wprowadzaniu zmian. A tych jest sporo.

Obecnie w Ekstraklasie pracuje pięciu trenerów będących przed czterdziestką, a najmłodsi – Mateusz Stolarski i Adrian Siemieniec, który zdążył już nawet zdobyć mistrzostwo – mają 33 i 34 lata. Są więc wyraźnie młodsi niż Podoliński i Rumak w 2016. Kluby nie boją się stawiać na trenerów bez piłkarskiego doświadczenia – dzisiaj w Ekstraklasie pracuje aż dziewięciu szkoleniowców, którzy nie byli piłkarzami na profesjonalnym poziomie. Znacznie wzrosła też liczebność sztabów – Marek Papszun w Legii Warszawa ma trzech asystentów, dwóch trenerów bramkarzy, dwóch trenerów przygotowania fizycznego, trenera przygotowania mentalnego, a także trzech analityków, z czego jednego wyspecjalizowanego konkretnie w analizie danych. Na konferencjach prasowych trenerzy stawiają na bardziej merytoryczny przekaz, by poprawiać świadomość taktyczną kibiców. Nawet do komentarza meczowego na dobre weszły „półprzestrzenie”, „tercje boiska”, „progresywne podania”, „reaktywny styl gry”, a także podawanie bardziej wyszukanych statystyk, jak choćby „xG” – czyli liczba goli oczekiwanych, pozwalająca stwierdzić, jak dogodne były sytuacje do zdobycia bramki – czy „PPDA”, parametr mierzący intensywność pressingu danej drużyny.

– Swoją cegiełkę na pewno do tego dołożyliśmy. Przez dziesięć lat przeszkoliliśmy ponad 5 tys. trenerów. Przyspieszyliśmy podczas pandemii, gdy mocno postawiliśmy na szkolenia online, by trenerzy nie nudzili się w domach. Później projekt trochę wyhamował, odkąd trafiliśmy do Ekstraklasy i skupiliśmy się na pracy w swoich klubach, przez co nie byliśmy w stanie organizować szkoleń w tak dużym wymiarze. Ale nadal chcemy dzielić się wiedzą. Sama nazwa o tym świadczy. Deductor to ten, kto prowadzi. Nam brakowało miejsc, gdzie mogliśmy się rozwinąć i stawać lepszymi trenerami, więc dzisiaj chcemy takie miejsca tworzyć w klubach, w których pracujemy. Dlatego bardzo chętnie przyjmujemy ludzi na staże. Przez Arkę, a wcześniej w Raków czy Polonię Bytom Łukasza Tomczyka przewinęło się wielu trenerów – mówi Szwarga.

– I szczerze? Nie wiem, czy jest Europie drugi kraj, który w ostatnich latach wykonał taki przeskok w zakresie rozwoju trenerów. Gdy dzisiaj przyjeżdżają do nas trenerzy z zagranicy, są pod wrażeniem, jaka jest etyka pracy i wiedza polskich trenerów. Nie mam na myśli tylko pierwszych trenerów, ale też analityków i asystentów – dodaje.

Co zmieni się w najbliższych latach? Do głosu znów dojdą byli piłkarze

– Żeby poczuć wpływ i zasięg Deductora, najlepiej pójść na trening dziesięciolatków i posłuchać wskazówek trenera. „Skanuj przestrzeń”, „szukaj linii podania”, „otwórz pozycję” – to poszło bardzo daleko. Nie wiem, czy w tym przypadku to dobrze. Na poziomie profesjonalnym, gdzie jest inna świadomość zawodników, można tak mówić. Ale do dzieci? To często są bardzo młodzi trenerzy, zafascynowani m.in. Deductorem, którzy pracują na poziomie „grassroots”, ale już chcą wykorzystywać zdobytą wiedzę. Nie dostosowują jednak przekazu do odbiorcy. To dość powszechny problem. I tutaj wracamy do tematu tej olbrzymiej konkurencji wśród trenerów. Ci trenerzy mają marzenia, chcą jak najszybciej awansować, być jak najwyżej. Grają więc na siebie. Prowadzą trening dla dzieci tak, jakby już trenowali starsze zespoły. Chłoną bardzo dużo wiedzy i przekazują ją dzieciakom. Czasami ze szkodą dla nich – mówi Papierz.

– Organizowaliśmy kiedyś szkolenie o taktyce Nagelsmanna. Nie pamiętam dokładnego tytułu, ale była to bardzo szczegółowa analiza gry jego zespołów. Prowadzący zapytał uczestników, z jakimi grupami na co dzień pracują. Większość była z kategorii wiekowych U-8 i U-10, więc treść kompletnie nie mogła im się przydać w obecnej pracy. Ale może oni już przyszli doszkalać się na przyszłość? – zastanawia się.

Szwargę pytamy, co będzie dalej. Czy w kolejce ustawia się już kolejne pokolenie trenerów, którzy popchną ten zawód w jeszcze innym kierunku. Trener Arki przewiduje, że w następnych latach znów mocniej do głosu mogą dojść trenerzy mający piłkarskie doświadczenie.

– Żeby było jasne: my nigdzie nie mówiliśmy, że byli piłkarze nie mogą być trenerami. Wręcz przeciwnie. Oni grali jednak w czasach, gdy sztaby trenerskie nie były jeszcze tak rozbudowane, więc nie mogli czerpać aż tak dużo merytorycznej wiedzy od swoich trenerów. Niedługo na rynek wejdzie pokolenie piłkarzy, którzy pracowali już w zupełnie inny sposób, na wyższym poziomie. Ci piłkarze mają większą wiedzę, są bardziej świadomi i lepiej rozumieją grę. W samym Rakowie widziałem wielu zawodników, którzy mają potencjał, by zostać trenerami. W GKS Katowice takim zawodnikiem jest na pewno Adrian Błąd. W moim sztabie pracuje już Rafał Figiel. W Polonii Bytom jest Jakub Arak. Oni będą mieli dużą przewagę względem starszych kolegów-piłkarzy – przewiduje Szwarga.

I w tym też będzie można doszukać się wpływu Deductora.