W ostatnich dniach tzw. otoczenie Roberta Lewandowskiego zwodowało – przez zaprzyjaźnionych dziennikarzy – informację, że na razie nic w kwestii przyszłości „Lewego” się nie wyjaśni. Że trzeba poczekać do kwietnia, bo w marcu FC Barcelonę czekają wybory nowego prezesa, a reprezentację Polski mecze barażowe o awans do mundialu.

Nie do końca to musi być prawda, bo jest to narracja bardzo korzystna dla polskiego napastnika. Tak, jakby to Robert czekał aż się wyklaruje przyszłość klubu i dopiero wtedy miał podjąć kluczową decyzję. Tymczasem jest trochę inaczej.

ZOBACZ WIDEO: Nie zawahał się. Zobacz kapitalnego gola

To Lewandowski czeka na ofertę klubu. Ale zarówno Robert, jak i jego „otoczenie” nie czekają z założonymi rękami. Proszę tylko zwrócić uwagę, że ostatnio bez przerwy pokazują się „newsy” o tym, ile to ofert ma dostawać kapitan reprezentacji Polski. A to czytamy, że szejkowie z Arabii Saudyjskiej zasypią go petrodolarami, a to, że oferta z Chicago Fire to jest konkret, a to, że chcą go też dwa inne klubu z MLS.

Wszystko to ma na celu poprawienie sytuacji negocjacyjnej Lewandowskiego, ale przecież ją najlepiej poprawiłyby gole Polaka. Tymczasem wtorkowego meczu z Albacete Robert nie może uznać za udany. Raczej był to występ bezbarwny, z małym minusem za akcję z 58. minuty.

Przy stanie 2:0 dla Barcelony Robert miał idealną sytuacje do zdobycia gola, ale strzelił zbyt słabo. Bramką na 3:0 kapitan naszej kadry mógł zamknąć ten mecz, a tak gola w końcówce na 1:2 wcisnęli gospodarze i kibice Dumy Katalonii musieli drżeć o losy rywalizacji do ostatniego gwizdka sędziego. Tak więc Robert musi przemawiać na boisku, a nie poprzez „przecieki” w prasie.

Mają one taki sens jak zapowiedź Victora Forta, głównego rywala Joana Laporty w wyborach marcowych wyborach na prezesa FC Barcelony. Działacz ten, w przedwyborczej licytacji, pozwolił sobie na „odrobinę” szaleństwa. Chętnie potwierdził dziennikarzom, że możliwe jest sprowadzenie na Camp Nou… Erlinga Haalanda lub Juliana Alvareza. Wartość pierwszego szacowana jest na 200 mln euro (wg Transfermarkt), a drugiego – „tylko” 100. Pan Fort nie podał szczegółów jak to zrobi.

Aż strach pomyśleć, co na to odpowie Laporta… Ten to dopiero potrafi popłynąć. I trudno sobie wyobrazić, że będzie chciał „kupić” socios hasłem: „A ja wam przedłużę o rok kontrakt z Lewandowskim”. Nie, raczej takim hasłem Laporta szermował nie będzie.

Kontrakt Lewandowskiego będzie przedłużony tylko wówczas, jeśli w najbliższych tygodniach będzie dawał Barcelonie konkrety. Tak bezbarwnych występów, jak we wtorkowy wieczór w Albacete musi unikać. „Lewy” wyglądał, jakby był owinięty czarodziejską peleryną, która czyni go na boisku po prostu niewidzialnym.

Spotkanie z Albacete w ćwierćfinale Pucharu Króla to był dla Barcelony mecz-pułapka. W starciu z niżej notowanym rywalem więcej można stracić niż zyskać, bo przecież obowiązkiem drużyny Hansiego Filcka było wygrać z drugoligowcem.

Pułapka polega na tym, że piłkarze Dumy Katalonii grają tak dużo meczów o wielką stawkę z naprawdę dużymi firmami. Kiedy więc przychodzi mecz z takim Kopciuszkiem, to choć wszyscy zawodnicy Barcy mówią o absolutnej koncentracji, mobilizacji i nielekceważeniu rywala, to gdzieś na ich ramionach przysiada cichutko diabeł i szepce do ucha: „Spokojnie, to są kelnerzy, nic nie grają. Z łatwością ich walniemy”.

Jak zgubne jest takie myślenie przekonali się niecały miesiąc temu, 14 stycznia, piłkarze Realu Madryt. W meczu z tym przeciwnikiem – rundę wcześniej, w 1/8 finału Pucharu Króla – „Królewscy” przeżyli prawdziwy szok. Mecz w Albacete nie układał się od początku do końca. Real co prawda zdołał wówczas – w pierwszej minucie doliczonego czasu gry – wyrównać na 2:2, ale po chwili (gdy zegar wskazywał 94. minutę) gola wbił Jefte Betancor. Tak fatalnego debiutu nowy trener Realu Alvaro Arbeloa nie mógł sobie wyśnić nawet w najgorszym nocnym koszmarze.

Sensacyjnie wyeliminowanie z rozgrywek Copa del Rey samego Realu podkręciły apetyty w ekipie gospodarzy. Piłkarze – plączącego się wówczas w końcówce tabeli Segunda Division – Albacete nagle uwierzyli w siebie. Wygrali trzy kolejne spotkania w drugiej lidze hiszpańskiej, wyrwali się z dna tabeli i zaczęli marzyć o wyeliminowaniu z Puchary Króla także Barcelony.

Pamiętając, że repertuar własnych możliwości mają mocno ograniczony: serce, walka, nieustępliwość. Takich spotkań nie wygrywa się umiejętnościami, a determinacją, wolą walki, nieustępliwością. Czyli prostymi środkami.

A w prostych środkach piłkarze Albacete są specjalistami. Nie bawią się w żadne wyszukane zagrania, wręcz przeciwnie. Grają bezpośrednio. Najchętniej z kontry. I jasne było, że z każdą minutą, gdy wynik będzie nierozstrzygnięty, piłkarze gospodarzy będą się nakręcać nadzieją, że mogą „wykopać” kolejnego giganta z Pucharu Króla.

Gol Lamine’a Yamala, strzelony w 39. minucie gry, nieco ostudził ten nagły przypływ optymizmu graczy Albacete, ale nadziei im całkowicie nie odebrał. Co ciekawe, nawet przy 0:2 (gol Ronalda Araujo), gospodarze się nie poddali. W końcówce zdobyli bramkę na 1:2 i cały mecz rozstrzygnął się na żyletki.

Od „Barcy” można oczekiwać więcej. Czy więcej można oczekiwać także od Roberta? Najbliższe dwa miesiące pokażą nam, czy czeka nas jeszcze jeden wielki taniec starego mistrza, czy może już tylko zmierzch piłkarskiego Boga znad Wisły.

Dariusz Tuzimek, WP SportoweFakty