Wołodymyr Zełenski wielokrotnie mówił o dużej liczbie rosyjskich ofiar na froncie i poprosił nowego ministra obrony, aby uznał tę sprawę za jeden z najważniejszych celów.

Ukraiński prezydent twierdzi, że tylko w grudniu zginęło lub zostało ciężko rannych ponad 35 tysięcy rosyjskich żołnierzy. Jego zdaniem ta liczba powinna wzrosnąć do 50 tysięcy miesięcznie.

Jak powiedział dziennikarzom Mychajło Fiodorow podczas swojego pierwszego briefingu jako minister obrony, zadaniem jest „sprawić, by Rosja ponosiła takie koszty wojny, których nie będzie w stanie wytrzymać, i w ten sposób zmusić ją do pokoju”.

Informacje o dużych stratach Rosji nie są niczym nowym. W raporcie opublikowanym w zeszłym tygodniu oszacowano, że od rozpoczęcia pełnej inwazji na Ukrainę, prawie cztery lata temu, 1,2 miliona Rosjan zginęło, zostało rannych lub uznano ich za zaginionych.

To największa liczba ofiar poniesiona przez duże państwo od czasów II wojny światowej. W tym samym raporcie straty Ukrainy oceniono na 500–600 tysięcy osób.

Z jednej strony skupienie się na przyciągających uwagę liczbach pozwala spojrzeć na sprawę z perspektywy odmowy Ukrainy rezygnacji z Doniecka w ramach jakiegokolwiek „pokojowego” porozumienia z Rosją.

Stanowisko Kijowa opiera się na prostym założeniu: niewielu Ukraińców wierzy, że Władimir Putin chce czegokolwiek innego niż pełnej kontroli nad ich krajem. Skoro tak, to oddawanie terytorium nie ma sensu, zwłaszcza że Rosja płaci za ofensywę ogromną cenę w postaci setek tysięcy zabitych i rannych żołnierzy, próbując siłą zdobyć Donieck.

Ukraińskie wojsko nadal kontroluje około 20 proc. wschodniego regionu, w tym silnie ufortyfikowane miasta, takie jak Kramatorsk i Słowiańsk. Według najnowszych szacunków Instytutu Badań nad Wojną Rosja może potrzebować jeszcze około 18 miesięcy, by przejąć ten obszar w całości.

W Ukrainie niewielu ludzi wierzy, że Władimir Putin zrezygnuje ze swoich roszczeń terytorialnych. Coraz mniej osób liczy też na to, że prezydent USA Donald Trump będzie w stanie wywrzeć na niego wystarczającą presję, by zmienił swoje stanowisko.

Jak podkreśla CNN, w wojnie, w której drony – a nie piechota – liczą się najbardziej, to właśnie braki w załogach dronów na Ukrainie są najbardziej palące, zwłaszcza w kluczowej bitwie o głębię operacyjną – niszczenie celów oddalonych nawet o 40 kilometrów za linią frontu. Pojawia się także problem z żołnierzami.