W Legii Warszawa efekt „nowej miotły” nie zadziałał. Tydzień temu drużyna pod wodzą Marka Papszuna przegrała 1:2 z Koroną Kielce. W minioną sobotę stołeczny zespół udał się do Gdyni, gdzie tylko zremisował 2:2 z Arką po dwóch golach Antonio Colaka w samej końcówce.
Grupa kibiców Legii po ostatnim gwizdku na stadionie Arki dała wyraz swojej frustracji, jednak przekroczyła pewną granicę. – Jak spadniemy, to wszystkich was zaj***my – usłyszeli „Wojskowi” pod sektorem gości (więcej TUTAJ). O komentarz poprosiliśmy Romana Koseckiego.
– Nie są miłe tego typu rozmowy z kibicami. Ale według mnie to nie była nawet rozmowa, tylko zastraszanie chłopaków. Wiadomo, że w takiej sytuacji nic nie pomoże grożenie komuś. To nie jest pomoc dla drużyny. Pomiędzy kibicami a drużyną powinien być też pewien dystans – mówił były napastnik warszawskiej Legii.
ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: nie wytrzymał po porażce ukochanego klubu
„Ostra jazda, każdy robi co chce”
Kosecki ma nadzieję, że mimo wszystko fani będą wspierać zespół. – Rozumiem rozgoryczenie kibiców, też jestem rozgoryczony. Sam mogę czasami coś powiedzieć w ostrych słowach, ale grałem w piłkę i wiem, że podczas meczu trzeba dopingować i być do końca. Jednak tak pewnie będzie, że ludzie będą mimo wszystko wypełniać stadion. Pokrzyczeli, powiedzieli chłopakom, żeby się wziąć do roboty. Piłkarze muszą to dźwignąć, bo to oni grają na boisku. Jest trener, który organizuje to, ale na boisku grają piłkarze – wyjaśnił.
I dodał: – Z drugiej strony nie może być też tak, że na końcu tylko piłkarze dostali joby od kibiców. A dlaczego nie dostał trener Papszun, dyrektor sportowy, prezes i inni? Wierzę, że trener wydźwignie tę drużynę, ma do tego narzędzia. Zrobił mistrzostwo z Rakowem i wierzę, że tak będzie też w Legii. Tylko traktujmy wszystkich równo, a nie że ten jest piękny, a wszyscy inni są „be”. Już taki gościu był w Legii – nazywał się Goncalo Feio. Był najlepszy, a wszyscy wokół byli źli. Nie chciałbym powtórki z rozrywki.
Zawodnicy Legii zawodzą na całej linii, aczkolwiek zachowanie chuliganów identyfikujących się z drużyną było wręcz skandaliczne. Roman Kosecki sądzi, że klub nie powinien był dopuścić do takiej sytuacji.
– Mogę zrozumieć różne rzeczy, ale stać i wysłuchiwać na swój temat, że cię zarąbią czy może jeszcze coś o rodzinie… To jest chore. W tym klubie chyba naprawdę nie ma człowieka, który by powiedział, że dochodzimy do szesnastki, dziękujemy kibicom i idziemy do szatni, a nie stoimy i wysłuchujemy. Jest ostra jazda, każdy robi co chce. Nie mogę się z tym zgodzić. Jak ci zawodnicy mają się dźwignąć, kiedy słyszą takie rzeczy? Kogo miało to zmotywować? Myślałem, że te czasy już dawno minęły. Niestety, żyjemy w takim kraju, którego dewiza brzmi: jak jest dobrze, to jest źle, a jak jest źle, to jest dobrze. Niektórzy chyba czerpią jakieś korzyści i się cieszą z tego, że akurat Legia jest w takiej sytuacji – spostrzegł były reprezentant Polski.
Aktualnie kadra ekipy z Łazienkowskiej jest w dużym stopniu złożona z obcokrajowców. Zdaniem eksperta stacji Polsat Sport, Legia powinna odważniej postawić na młodzież, która osiąga bardzo dobre wyniki zarówno w kraju, jak i w Europie.
– Moim zdaniem w Legii kompletnie leży zarządzanie klubem. Niestety, muszę w to mocno uderzyć. Drużyna U-19 gra mecz z Ajaksem Amsterdam o 14 przy 500 osobach na stadionie, wygrała i wchodzi do następnej rundy w Lidze Młodzieżowej, a w tym samym czasie trener pierwszego zespołu zarządza trening zamiast iść na mecz i kibicować chłopakom. W tych samych rozgrywkach FC Koeln grało z Interem Mediolan i 50 tysięcy ludzi na stadionie dopingowało 19-latków. Cały stadion przyszedł kibicować, na Żylinie było 21 tysięcy – przypomniał.
– U nas mówi się, że nie ma młodych, że trzeba kupować i kupować. To teraz jesteś w takiej sytuacji – nakupowałeś sobie, bronisz się przed spadkiem, a młodzi zagrają w 1/8 finału Ligi Młodzieżowej z Villarrealem. To jest pomieszanie z poplątaniem. Nie wiem, kto rządzi w tym klubie. Tam każdy chowa głowę w piasek i najlepiej uciekłby z tego tonącego okrętu. Wierzę, że Legia wydobędzie się z tego kryzysu, ale tylko jeśli każdy zajmie się swoją robotą i twardą ręką będzie prowadził swoje obowiązki – nadmienił.
Legia coraz bliżej dna
Po 20 rozegranych kolejkach Legia znajduje się na 16. pozycji w ekstraklasowej tabeli. Warszawianie mają tyle samo punktów, co 17. Widzew Łódź i 18. Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Widmo spadku coraz głębiej zagląda im w oczy.
– Sytuacja będzie ciężka do końca. Trzeba zdobywać punkty. W sobotę udało się zdobyć punkt w końcówce. Myślę, że po kolejnej porażce atmosfera byłaby jeszcze słabsza. Następny mecz jest w Katowicach i to też będzie ciężkie spotkanie. Szkoda, że Wszołek znowu doznał kontuzji, to jest niedobry znak. Legia jako zespół musi ciężko pracować, grać mecz po meczu i spróbować zdobywać punkty – kontynuował Kosecki.
– Ktoś mówi czasami, że liga jest spłaszczona, wszystko się może zdarzyć. Nie rozumiem, jak można mówić o mistrzostwie czy europejskich pucharach, jeśli jesteś na przedostatnim miejscu. Oczywiście, jako Legionista bardzo trzymam kciuki i chciałbym tego, ale ty się skoncentruj na tym, żeby zdobywać punkty, wygrywać, a jak będziesz miał ostatni mecz w kolejce decydujący o grze w pucharach, to wtedy możesz mówić. Trzeba po prostu zejść na ziemię. Nie ma lepszego lekarstwa niż bardzo ciężka praca – wskazał były wiceprezes PZPN.
Roman Kosecki zaznaczył, że zwłaszcza w trudnym momencie piłkarze potrzebują wsparcia ze strony swoich kibiców. W najbliższy piątek o godz. 20:30 Legia rozegra spotkanie wyjazdowe z GKS-em Katowice.
– Ja wiem, że na Legię się wszyscy sprężają. Wiem, że jest ciężko, grasz pod dużą presją. Wiem, że na wyjeździe na każdym stadionie jesteś wyzywany itd. Ale musisz to wytrzymać. W różnych czasach były rozmowy kibiców z piłkarzami, ale nie w tym czasie, nie teraz. Uważam, że teraz trzeba się zjednoczyć i pomóc Legii. Przychodzimy na każdy mecz i pomagamy, a takie rzeczy to już sobie darujmy. Niektórym może jest fajnie w tłumie sobie pokrzyczeć i się wyżyć, jednak później trzeba pewne rzeczy samemu dźwigać – powiedział Roman Kosecki.
Rafał Szymański, WP SportoweFakty