Oficjalnie o wykształceniu Roberta Lewandowskiego wiadomo było tyle, ile znany piłkarz i sztab jego pijarowców sami ujawnili. W 2017 r. media relacjonowały, że po około dziesięciu latach studiowania obronił licencjat z wychowania fizycznego na Wyższej Szkole Edukacji w Sporcie w Warszawie. Wówczas pisał pracę sam o sobie, a tytuł licencjatu brzmiał „RL9. Droga do sławy”. Trzy lata później do swojego dorobku dorzucił magisterkę na tej samej uczelni, tym razem broniąc pracy o analizie składu ciała. Media ponownie informowały, że kapitan polskiej kadry piłkarskiej skończył studia, tym razem magisterskie.
W 2020 r. było więc publicznie wiadomo, że ukończył wychowanie fizyczne na warszawskiej prywatnej uczelni, na której studiowali także inni znani sportowcy i gdzie przed laty poznał swoją żonę Annę (na obozie przygotowawczym przed pierwszym rokiem studiów).
Tymczasem latem 2021 r. ujawniliśmy w Onecie, że w tajemnicy przed światem Robert Lewandowski miał uzyskać wcześniej jeszcze dwa inne dyplomy ukończenia studiów, tyle że w Łodzi, i to na dodatek z pedagogiki.
„Tajny” licencjat i magisterkę miał obronić w momencie, gdy dłużyła się jego edukacja w Warszawie rozpoczęta w 2007 r. Te nieznane światu łódzkie dyplomy miałby zdobyć na uczelniach związanych z podejrzanym naukowcem i działaczem sportowym Zbigniewem D., który obecnie ma 46 zarzutów w śledztwie dotyczącym handlu „lewymi” dyplomami.
Od 2021 r. piłkarz nie odpowiada na pytania Onetu, jak to się stało, że policja znalazła u naukowca dyplom magistra z jego zdjęciem i podpisem. Z daty na dyplomie wynika, że magisterkę z 2018 r., zdobytą rzekomo na łódzkiej Uczelni Nauk Społecznych, Lewandowski miałby obronić w trakcie zgrupowania kadry reprezentacji Polski. Obrona pracy miała się odbyć w przerwie pomiędzy dwoma meczami zespołu Adama Nawałki. Był to dyplom magistra pedagogiki, specjalność „Przedsiębiorczość i zarządzanie w usługach społecznych i edukacyjnych”.
Zeznania za zamkniętymi drzwiami. „Skończyłem tylko wychowanie fizyczne”
Jak dowiedział się Onet, w sprawie wykształcenie kapitana kadry pojawiły się nowe okoliczności. Nieoczekiwanie temat jego dyplomów wypłynął podczas głośnego procesu jego byłego menedżera Cezarego Kucharskiego, oskarżonego o szantażowanie „Lewego” w związku z ich rozliczeniami finansowymi.
Podczas procesu prowadzonego za zamkniętymi drzwiami, jak wynika ustaleń Onetu, Lewandowski został zapytany o swoje wykształcenie. W ubiegłym roku, zeznając w charakterze świadka, miał powiedzieć:
— Wychowanie fizyczne to jedyny kierunek, jaki skończyłem. Żadnych innych studiów nie mam — tak zeznał w sądzie Robert Lewandowski podczas procesu prowadzonego przeciwko Kucharskiemu.
Oznacza to, że choć nie wprost, to zaprzeczył, aby kiedykolwiek zdobył dyplomy w Łodzi. Tam miał przecież zostać magistrem pedagogiki.
11 czerwca 2025 r., dzień po meczu w Helsinkach, na który Robert Lewandowski nie pojechał z powodu zmęczenia sezonem, piłkarz złożył zeznania w sądzie WarszawieMarcin Obara / PAP
O nowe zeznania złożone przez Lewandowskiego pytamy osoby, które tamtego dnia były w sądzie w Warszawie i słyszały słowa piłkarza podczas rozprawy przeciwko Kucharskiemu.
Cezary Kucharski powiedział nam, że zeznań swojego byłego podopiecznego, a obecnie przeciwnika, komentować nie będzie, bo rozprawa toczyła się z wyłączeniem jawności. Nie chce narażać się na zarzut ujawnienia tajemnicy postępowania. Potwierdził jednak, co zresztą wcześniej publicznie mówił, że nie wierzy, aby „Lewy” kiedykolwiek studiował w Łodzi. Wiedziałby o tym, bo będąc jego menedżerem, znał każdy krok swojego klienta podczas jego wizyt w Polsce. Dodaje, że wiedział jedynie o jego studiach w Warszawie, a oficjalny licencjat „Lewego”, ten z 2017 r., znał i zajmował się nawet jego oprawieniem.
Zeznań Lewandowskiego w procesie przeciwko Kucharskiemu oraz jego łódzkiego dyplomu nie chce także komentować adwokat piłkarza, mecenas Tomasz Siemiątkowski. Reprezentuje „Lewego” w sporze z Kucharskim.
„Jak chodzi o przebieg rozprawy w sprawie karnej, w której oskarżonym jest pan Cezary Kucharski, a pokrzywdzonym pan Robert Lewandowski — nie mogę podjąć tego wątku z uwagi na to, że jawność rozprawy została wyłączona przez sąd. Natomiast jak chodzi o tzw. dyplomy Roberta Lewandowskiego, to nie zajmuję się tym. I tak jak już mówiłem panu Redaktorowi podczas rozmowy telefonicznej w kwietniu 2025 r., nie mam w tym zakresie żadnej wiedzy” — przekazał nam Tomasz Siemiątkowski.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Dlaczego „Lewy” nie zagrał z Finlandią? „Wprowadził w błąd opinię publiczną”
Zeznania Lewandowskiego w procesie przeciwko Kucharskiemu mają jeszcze jeden kontekst. Otóż złożył je w środę 11 czerwca 2025 r. w sądzie w Warszawie. Czyli dzień po meczu reprezentacji Polski w Helsinkach, w którym nie wystąpił. Nie wystąpił, bo wcześniej oficjalnie ogłosił, że na kadrę nie przyjedzie, bo jest zmęczony sezonem. W efekcie, przypomnijmy, Michał Probierz pozbawił go opaski kapitana, a w odpowiedzi „Lewy” zrezygnował z gry w kadrze, dopóki Probierz będzie selekcjonerem. Finał znamy: Polska bez swojego kapitana przegrała bardzo ważny mecz w Helsinkach, Probierz odszedł, a „Lewy” wrócił na „białym koniu” do kadry Jana Urbana.
— Nikt tego do tej pory nie wychwycił, ale prawda jest taka, że przesłuchanie Roberta Lewandowskiego w sądzie w Warszawie zostało zaplanowane z dużym wyprzedzeniem właśnie na 11 czerwca 2025 r. na godzinę 10 rano. On sam wskazał taką datę poprzez swoich prawników. Moim zdaniem wprowadził w błąd opinię publiczną, że nie jedzie na kadrę z powodu zmęczenia. Z góry zakładał, że do Helsinek po prostu nie poleci, we wtorek 10 czerwca nie będzie grał tam meczu, bo następnego dnia rano miał zeznawać w sądzie w Warszawie, co wcześniej zaplanował i gdzie zresztą się stawił — przekonuje Cezary Kucharski.
Cezary Kucharski, były piłkarz i były menedżer Lewandowskiego, któremu prokuratura zarzuca szantażPiotr Nowak / PAP
Jak te słowa Kucharskiego komentuje on sam i jego prawnicy? Wysłaliśmy pytania do jego dwóch pełnomocników oraz Jagny Gołębiewskiej, odpowiadającej za wizerunek piłkarza. Odpowiedzi nie dostaliśmy, co nie dziwi o tyle, że otoczeniu Lewandowskiego i jemu samemu od samego początku trudno przychodzi komentowanie tematu dyplomów i towarzyszących temu okoliczności.
Biografia Roberta Lewandowskiego. Trudny temat dyplomów
Szczegółów na temat dyplomów Lewandowskiego próżno szukać także w jego obszernej biografii napisanej przez dziennikarza Sebastiana Staszewskiego. „Lewy” nie od dziś ma wyraźny kłopot z publicznym opowiadaniem, jakie ma dyplomy i jak to się stało, że miałby w tajemnicy zdobywać wykształcenie na uczelni ściśle związanej z podejrzanym naukowcem Zbigniewem D. Dodajmy, że D. stał się podejrzanym nie tylko w gdańskim śledztwie dotyczącym m.in. dyplomów Lewandowskiego, ale także w innym śledztwie w sprawie lewych dyplomów na słynnej uczelni Collegium Humanum.
W pewnym momencie prawnicy piłkarza uczepili się tego, że „Lewy” został świadkiem w śledztwie przeciwko naukowcowi z Łodzi i najpierw porozmawiał z prokuraturą. Tyle że tamto jego przesłuchanie, do sprawy karnej Zbigniewa D. prowadzonej w Gdańsku, odbyło się dawno temu. Piłkarz nadal milczy.
Ciekawostką jest fakt, że po naszym pierwszym artykule z 2021 r., gdy ujawniliśmy, że na „Lewego” wystawiono prawdopodobnie fałszywą magisterkę, Uczelnia Nauk Społecznych z Łodzi pozwała Onet o naruszenie dóbr osobistych. Upierała się, że Lewandowski jest jej absolwentem i oprócz dwóch dyplomów z Warszawy, którymi sam się chwalił, potajemnie kończył także uczelnię w Łodzi.
W jednym z naszych artykułów z lipca 2021 r. wypowiadała się żona podejrzanego naukowca — Urszula D. Ona także pracowała na uczelni, przez pewien czas była rektorką łódzkiej uczelni, na której tajną magisterkę miał zdobyć piłkarz Barcelony.
Urszula D., która w śledztwie w Gdańsku po jakimś czasie razem z mężem stała się współpodejrzaną w sprawie obrotu lewymi dyplomami, w 2021 r. przekonywała Onet, że „Lewy” w tym samym czasie studiował na uczelniach w Warszawie i Łodzi. Edukacją z Łodzi z pedagogiki, którą ponoć chciał w przyszłości wykorzystać w zawodzie trenera, postanowił się jednak nie chwalić. Pani Urszula twierdziła nawet, że „Lewy” nie chciał mówić o żadnym swoim dyplomie, ale warszawska uczelnia miała dwukrotnie pobiec z tematem do mediów bez jego wiedzy.
Tej zadziwiającej wersji pani Urszuli stanowczo zaprzeczała uczelnia z Warszawy. Zapewniała, że informowała o dyplomach „Lewego” za jego wiedzą i zgodą. Zresztą sam piłkarz udzielał wywiadów i pozował do zdjęć przy okazji kończenia tej właśnie uczelni.
„Lewandowski kupił dyplom w prywatnej uczelni”
Ostatecznie do procesu pomiędzy Uczelnią Nauk Społecznych i Onetem nie doszło, wiosną 2025 r. uczelnia nagle wycofała pozew. Dlaczego nie chciała w sądzie bronić swoich twierdzeń, że „Lewy” jest jej sekretnym absolwentem?
Oprócz różnych dowodów wskazujących, że na nazwisko piłkarza wystawiono w Łodzi fałszywy dyplom, w 2024 r. głos w sprawie publicznie zabrała Barbara Mrozińska, wykładowczyni z Łodzi. Na platformie X ogłosiła: „Robert Lewandowski kupił dyplom w prywatnej uczelni w Łodzi. Piszę to z całą odpowiedzialnością, bo »zdał« u mnie dwa egzaminy. O wszystkim dowiedziałam się w czasie przesłuchania jako świadek w tej obrzydliwej sprawie”.
Potem mówiła Onetowi, że na przesłuchaniu dowiedziała się, że miała dwukrotnie egzaminować piłkarza, gdy pracowała na uczelni związanej z podejrzanym naukowcem Zbigniewem D. Dwa razy miałaby mu wystawić ocenę dostateczną. Tyle że ona tak słynnego studenta nigdy nie widziała na oczy, a na pewno zapamiętałby, że znany sportowiec zaliczał u niej przedmioty.
Uczelnia swój pozew cofnęła tuż po naszych kolejnych pytaniach wysłanych do „Lewego” i jego otoczenia, ponadto pozew został wycofany tuż przed rozpoczęciem procesu, na którym jako świadkowie mieli zeznawać jego koledzy z reprezentacji Polski.
Uczelnia, cofając pozew nadal upierała się jednak, że „Lewy” jest jej absolwentem. Przekonywała, że ma rację, ale cofa pozew, bo sprawa ciągnie się już cztery lata i nie wiadomo, kiedy się zakończy.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Niejasna rola żony Roberta Lewandowskiego
Dlaczego uczelnia w Łodzi miała wystawić dyplom na ikonę polskiej piłki nożnej? Z naszych informacji wynika, że mniej więcej dekadę temu w środowisku polskich sportowców gruchnęła wieść, że szybko można się dokształcić na uczelniach Zbigniewa D., naukowca i swego czasu działacza ŁKS-u Łódź. Gdy w 2019 r. policja zatrzymała Zbigniewa D. na gorącym uczynku, jak próbował sprzedać dyplom pewnej kobiecie. Okazało się, że niewielka aferka ma tak naprawdę olbrzymią siłę rażenia.
U Zbigniewa D. znaleziono bowiem dyplomy znanych sportowców: nie tylko dyplom „Lewego”, ale m.in. także maturę Arkadiusza Milika przetłumaczoną na język włoski (gra we włoskich klubach) oraz licencjat z teologii adwentystycznej wystawionej na piłkarza Jacka Góralskiego.
Ponadto w telefonie i korespondencji Zbigniewa D. znaleziono dowody, z których wynikało, że utrzymywał kontakt z Anną Lewandowską, spotykał się z nią, w 2018 r. umawiali się na przekazanie teczki o nieznanej nam zawartości. Z kolei wcześniej, bo w 2016 r., oboje umawiali wizytę Roberta na uczelni w Łodzi. Do takiej wizyty zapewne doszło, bo Onet widział zdjęcie piłkarza z jednym z synów tego naukowca.
Anna Lewandowska jest byłą sportsmenką, trenerką personalną i żoną Robera LewandowskiegoJakub Kaczmarczyk / PAP
W materiałach znalezionych u podejrzanego naukowca przewijało się także nazwisko kolegi Roberta Lewandowskiego, lekarza Emila Jędrzejewskiego.
Do niego właśnie podejrzany naukowiec pisał w 2017 r. na komunikatorze internetowym. Gdy właśnie okazało się, że Robert obronił oficjalny licencjat w Warszawie, naukowiec wskazywał, że trzeba zmienić strategię. Prosił Jędrzejewskiego o zmianę aplikacji, żeby tam „porozmawiać o naszym podopiecznym”. Prosił ponadto lekarza o dostarczenie dokumentów Lewandowskiego, ich wydrukowanie oraz podpisanie. Następnie, po kilku miesiącach, Zbigniew D. poinformował Jędrzejewskiego, że „RL9 ukończył studia ze świetnym wynikiem”. Ten wpis zbiega się w czasie z datą wystawienia podejrzanej łódzkiej magisterki Roberta Lewandowskiego.
W 2021 r. Onet rozmawiał z Jędrzejewskim i pytał go o jego rozmowy z podejrzanym naukowcem Zbigniewem D. Okazało się, że ich znajomość nie jest przypadkowa — brat naukowca jest ojcem chrzestnym Jędrzejewskiego.
Emil Jędrzejewski zapewniał nas wówczas, co przeczy naszym ustaleniom i niedawnym zeznaniom piłkarza, że Robert studiował w Łodzi, a jego dyplom nie jest podrobiony. Jędrzejewski stwierdził nawet, że na łódzką uczelnię osobiście dostarczał dokumenty piłkarza. Dopytywany przez nas o szczegóły, lekarz stwierdził, że wszystkiego nie pamięta, że może on coś dostarczył, a może Anna Lewandowska.
Źródło Onetu: to historia pychy i leczenia kompleksów
Sam piłkarz i jego bliscy unikają tematu dyplomów. Tymczasem osoba z otoczenia napastnika Barcelony niedawno przekazała nam, co jest zresztą zbieżne z wypowiedziami innych naszych źródeł, że aktywność w sprawie łódzkich dyplomów wykazywał nie tyle Robert Lewandowski, co jego żona i lekarz Emil Jędrzejewski. Słyszymy, że żonie miało zależeć na tym, aby jej słynny mąż, któremu opornie szło ukończenie studiów zaczętych w Warszawie w 2007 r., miał dyplom ukończenia wyższej uczelni. Zresztą z korespondencji między Zbigniewem D. i Anną Lewandowską wynikało, że proponował jej i jej słynnemu mężowi zrobienie także dyplomów MBA.
— To historia pychy i lekkomyślności otoczenia „Lewego”, a także leczenia kompleksów związanych z ówczesnymi brakami w jego wykształceniu. On też wykazał się brakiem wyobraźni, wręcz odklejeniem od rzeczywistości. Zakładam, że niespecjalnie sprawdził, co się za tym wszystkim kryje. Teraz milczy w sprawie dyplomów, bo musiałby pogrążyć żonę albo inną bliską mu osobę, która rozmawiała z łódzką uczelnią — mówi nam osoba z otoczenia Lewandowskiego.
— Przypuszczam, że było tak, że Robert usłyszał od swojego otoczenia, że można załatwić szybsze wykształcenie, niespecjalnie wnikał w szczegóły i się zgodził. Miało być szybko i bezboleśnie. To trochę tak, jak ze sprawą przeciwko Cezaremu Kucharskiemu. Złożył na niego doniesienie o szantaż za namową swojego otoczenia, też miało pójść sprawnie, tymczasem sprawa się ciągnie i wcale nie wiadomo, jak się zakończy — komentuje osoba z otoczenia Roberta Lewandowskiego.
Śledztwo trwa, znani piłkarze są świadkami
Tymczasem gdańska prokuratura od 2019 r. wciąż prowadzi swoje śledztwo. Przekazała nam, że podejrzany naukowiec Zbigniew D. usłyszał 46 zarzutów związanych m.in. z fałszowaniem dokumentów. Status podejrzanej ma także jego żona Urszula D., swego czasu rektor łódzkiej uczelni, gdzie tajną magisterkę miał uzyskać Lewandowski.
„Podejrzany Zbigniew D. skorzystał z prawa do odmowy składania wyjaśnień, natomiast podejrzana Urszula D. złożyła obszerne wyjaśnienia” — przekazał nam prokurator Mariusz Duszyński, rzecznik gdańskiej Prokuratury Okręgowej.
„Ponadto informuję, że w toku śledztwa uzyskano wiele opinii biegłego z zakresu badania pisma ręcznego i dokumentów, w tym także w zakresie dotyczących autentyczności podpisów Roberta Lewandowskiego. Robert Lewandowski został przesłuchany w charakterze świadka. Z uwagi na to, że śledztwo pozostaje w toku oraz że przeprowadzane są kolejne czynności procesowe, mając na uwadze dobro śledztwa, nie możemy informować o treści zeznań świadków i wyjaśnień podejrzanych ani bardziej szczegółowo informować o poczynionych ustaleniach, jak też o planowanych czynnościach procesowych”.
Łącznie zarzutami objęto 23 osoby.
Przesłuchani zostali także inni piłkarze oprócz „Lewego”, w tym Jacek Góralski oraz Arkadiusz Milik. Oboje zaprzeczyli, by wiedzieli, że ktoś wystawił na ich nazwiska fałszywe dyplomy. Wszyscy występują jako świadkowie.
Gdańska prokuratura, o czym informowała nas już w 2021 r., stanęła na stanowisku, że przestępstwem nie jest posiadanie fałszywego dyplomu i trzymanie go np. w szufladzie. Jej zdaniem, nawet jeśli któryś ze sportowców wiedział, co dostaje, to nie złamał prawa, dopóki nie pokazywał dyplomu np. w trakcie starań o jakieś stanowisko. Przestępstwem byłoby dopiero posłużenie się takim dokumentem, o którym wiedziało się, że jest podrobiony. Przestępstwem byłoby także podrobienie dyplomu, podpisów na nim. Śledczy uznali przy tym, że nie można piłkarzom stawiać zarzutów podżegania kogokolwiek do sfałszowania dyplomów, które wystawiono na ich nazwiska.
Nadal nie wiadomo jednak, po cóż ktoś miałby bez wiedzy sportowców fałszować ich dokumenty. Prokuratura tego publicznie nie wyjaśnia, a sam Zbigniew D. nigdy nie wytłumaczył Onetowi, jak to się stało, że posiadał dyplom wystawiony m.in. najsłynniejszego polskiego piłkarza i korespondował z jego żoną w sprawie odbioru teczki.