Dawid Góra, korespondencja z Mediolanu

– Mogę zobaczyć? – pyta Władimir Semirunnij wskazując telewizor w salce z dziennikarzami. Przychodzi w trakcie startu Czecha Metodeja Jilka.

ZOBACZ WIDEO: Wierzy w kolejne sukcesy Semirunnija. „Ogromny potencjał”

Jeden z dziennikarzy informuje, że rywal zaczyna odrabiać stratę.

– Zobaczymy, na spokojnie – odpowiada Władek. Ale spokoju nie widać w nim ani trochę. Co chwilę zerka na ekran.

– Ciężko mi się jechało ostatnie siedem rund. Lód jest trudny. Aż mnie bolała głowa. Jeśli byłby medal, to będzie znaczyć, że jestem na dobrej drodze. Teraz chcę poczekać, spokojnie – powtarza zdecydowanie niespokojny reprezentant Polski.

– Słyszałem polskich kibiców. To, że przyjechali specjalnie dla mnie, jest naprawdę super. Moja dziewczyna też jest i też jej dziękuję, że przyjechała i zrozumiała, że nie przyszedłem do niej przed startem. Poczekaliśmy na spotkanie. Byłem bardzo nastawiony na swój bieg – to jedyne spójne zdania, jakie wypowiada. Reszta to zrywane myśli przerywane spojrzeniami w kierunku ekranu. Jest rozkojarzony i zmęczony.

– Trudno mi nawet stać na nogach. Po 15 rundach miałem kryzys. Myślałem tylko, żeby postawić lewą i prawą, utrzymać rytm. Walczyłem sam z sobą – tłumaczy Semirunnij.

Dziennikarze dają mu spokój. Jak zawsze niezwykle sympatyczny Władek obiecuje, że jeszcze przyjdzie, jeśli będzie medal.

Ostatnia para. Francuz Timothy Loubineaud jedzie z Norwegiem Sanderem Eitremem. Zaczynają świetnie. Lepiej od Polaka. Ale w trakcie biegu wyraźnie słabną. Zajmują odpowiednio czwarte i siódme miejsce.

Reprezentant Polski ma srebrny medal!

Z miejsca, gdzie Semirunnij wraz z trenerami obserwował ostatni start, słychać podniesione głosy. Wychodzi, a wokół niego mnóstwo gratulujących. Łzy w oczach – nie tylko u Semirunnija. Uściski i odbijający się od ścian dźwięk gwałtownego poklepywania.

Wpada Natalia Czerwonka, czterokrotna polska olimpijka. – To było 45 minut thrillera! Netflix tego nie przebije! Niesamowite – mówi podniesionym z emocji głosem. – Nikt inny nie zasłużył na to tak, jak ten chłopak. Ja wiem, co on przeszedł!

Po ostatnich słowach napływają łzy. Trudno powiedzieć cokolwiek więcej. Ale udaje się: – Bardzo się z tego cieszę. Nie będzie imprezy, bo Władek, kiedy go oblałam szampanem, zdążył powiedzieć, że jeszcze ma jeden dystans do przejechania – 1500 metrów. To jest człowiek skupiony na swoim zadaniu.

Dekoracja, kolejne rozmowy.

Srebrny medalista odpowiada już spokojnie, z ulgą. Zapytany, sporo mówi o tym, ile zawdzięcza Polsce. Zastanawia się nawet, gdzie będzie mieszkał w przyszłości. Może Milanówek? Tam ma przyjaciela. A może Szklarska Poręba – tam są świetne trasy rowerowe. Bo myśląc o miejscu zamieszkania, bierze pod uwagę niemal wyłącznie możliwości treningowe. Szczególnie jazdę na rowerze.

– Nie rzucam słów na wiatr. Jak powiedziałem, tak zrobiłem: zdobyłem medal – cieszy się Semirunnij. Zapytany o dom, odpowiada bez namysłu: Polska.

– Mam paszport, ale to wy możecie powiedzieć, czy jestem wasz. Między innymi dzięki temu, co mówicie, czuję, że tutaj jest mój dom. Śpiewałem już hymn na mistrzostwach Europy, ale chciałbym też na igrzyskach! Trochę trenowałem, czekam na ten moment – uśmiecha się 23-latek.

Pierwsze, co Konrad Niedźwiedzki opublikował na X, to informacja o wyzerowanym liczniku. 12 lat trzeba było czekać na medal dla Polski w łyżwiarstwie szybkim. „Mamy to” – napisał szef Polskiej Misji Olimpijskiej, dyrektor sportowy w Polskim Związku Łyżwiarstwa Szybkiego.

To od niego zaczęła się cała procedura zmiany obywatelstwa Semirunnija. Wtedy Rosjanin napisał właśnie do Niedźwiedzkiego z pytaniem o możliwości. Dziś odpowiada na pytania o hejt pod adresem srebrnego medalisty igrzysk. Niestety zdarza się nie tak rzadko, jakby się mogło wydawać.

– Nie mamy wpływu na to, gdzie się rodzimy. Rodzimy się, dorastamy i robimy wszystko, aby zajmować się tym, co kochamy. On znalazł swoją pasję, to sport. Niestety przez sytuację, o której wszyscy wiemy, szukał normalności. Znalazł ją u nas. Rozumiem, że w paszporcie ma wpisane miejsce urodzenia poza Polską, ale w Polsce mieszka, jest w polskim klubie, ma polską dziewczynę, mówi po polsku, nie musicie mówić do niego po angielsku. Hymn był dziś wyuczony, śpiewał go w Tomaszowie. Są ludzie, którzy mają problem ze sobą i tacy wypisują te rzeczy. Polska zdobyła medal i jesteśmy coraz wyżej w tabeli. Możemy być dumni i na to trzeba patrzeć. Resztą się staramy mniej przejmować – przyznaje Niedźwiedzki.

Nie ukrywa, że do momentu wielkiego osiągnięcia Semirunnija on i ludzie, którzy mu pomogli, przeszli wiele nerwowych chwil. Niektóre były niezwykle stresujące.

– Tym bardziej świetnie, że mamy happy end, że tylu ludzi z ministerstwa i kancelarii prezydenta pomogło, bo dziś Władimir to odpłacił – zaznacza szef Polskiej Misji Olimpijskiej. – To jest człowiek szalenie pracowity i naprawdę dobra osoba. Jest wdzięczny za to, co go spotkało, i za to, gdzie jest. Do pewnego momentu mogliśmy mu pomagać, ale przyszła chwila, kiedy musiał sam wywalczyć medal. I to zrobił. Jest odporny, pracowity, ambitny i bardzo sympatyczny.

Piątek to pierwszy z trzech dni, które mogą przejść do historii polskiego olimpizmu. 14 lutego na 500 metrów wystartują Piotr Michalski, Marek Kania oraz Damian Żurek. Kolejnego dnia do akcji wkroczą panie.

– Sprinterzy są w bardzo dobrej formie i myślę, że w sobotę pójdą w ślady Władka – z pewnością w głosie informuje Niedźwiedzki.