To jedna z największych afer na tych igrzyskach olimpijskich. Po swoim występie na skoczni normalnej, gdzie Pola Bełtowska zajęła 50. miejsce, posypała się na nią fala hejtu w mediach społecznościowych. Niektórzy życzyli jej nawet, by następnym razem się połamała na skoczni.

W odpowiedzi na to swoje oświadczenie potępiające zachowanie niektórych kiboli, wydało PZN. Jednocześnie związek wziął w obronę i zapowiedział wsparcie dla zawodniczki. Wkrótce do akcji przyłączyli się dziennikarze, a nawet FIS.

ZOBACZ WIDEO: Sabalenka przegrała w Melbourne, ale z Australii wyjechała z inną nagrodą

Justyna Kowalczyk-Tekieli ma jednak trochę inne podejście do tej sprawy. Uważa, że cała ta sytuacja może być wodą na młyn dla dręczycieli.

„Może jestem w tym odosobniona, ale dla mnie takimi oświadczeniami tylko utwierdza się krzywdzących, że ich działania przynoszą cel. Dajemy im klarowną odpowiedź: tak, sportowcy czytają, co im piszecie! Tak, rozkłada ich to psychicznie na łopatki! Czyli – wygraliście. Czyli – następnym razem pewnie przywalicie jeszcze mocniej. Bo chyba nikt się po hejterach nie spodziewa empatii i poczucia wstydu. Chamstwo jest modne. Internet wydaje się być anonimowy. Oni, krzywdziciele, się nie zatrzymają ani nie znikną” – stwierdziła Justyna Kowalczyk-Tekieli.

Oceniła, że zabrakło kogoś, kto powiedziałby, że kategorycznie nie wolno jej korzystać po zawodach z mediów społecznościowych. Jednocześnie wyznała, dlaczego sama wyłączyła komentarze.

„Kijem Wisły nie zawrócę, ale by chronić swoje emocje mam od prawie trzech lat wyłączoną możliwość komentowania na swoich kanałach. To, co działo się po śmierci mojego męża, przekroczyło wszystkie granice. Wyłączyłam też w większości możliwość wysyłania wiadomości, a tam gdzie można, powiadomienia są wyciszone. Czytam te wiadomości tylko, gdy muszę, i gdy jestem w odpowiednim nastroju” – oceniła dwukrotna mistrzyni olimpijska.