— Stary porządek rozpada się w zawrotnym tempie — powiedział niemiecki kanclerz Friedrich Merz, przemawiając do wielkich i dobrych w Davos, którzy gorączkowo analizowali liczne burze wywołane przez prezydenta USA Donalda Trumpa. Świat wkroczył w nową erę opartą na brutalnej sile i „nie jest to przytulne miejsce” — oświadczył.

Jeśli chodzi o ogólne wrażenie, przemówienie było całkiem niezłe, wygłoszone niemal bezbłędną angielszczyzną przez człowieka, który spędził wiele lat w amerykańskich instytucjach finansowych. Jednak Merz nadal pozostawał w cieniu kanadyjskiego premiera Marka Carney’a, którego przemówienie na temat „rozłamu” Zachodu zostało okrzyknięte epokowym.

Aby nie zostać w tyle, kilka tygodni później Merz nalegał na organizatorów konferencji bezpieczeństwa w Monachium, że chce zerwać z konwencją i wygłosić przemówienie otwierające (jako pierwszy). W obawie przed powtórką z zeszłorocznych gróźb wiceprezydenta USA J. D. Vance’a, kanclerz postanowił podjąć próbę zmobilizowania uczestników. Jego przesłanie brzmiało: porządek świata się skończył; skończyło się europejskie samozadowolenie, ale jednocześnie Europa nie będzie przepraszać za swoje wartości. Było to przemówienie, które wzmocniło fundamenty pod na to, co miało nadejść.

Nie ma wątpliwości, że Merz nie ma charyzmy innych przywódców. Jednak w miarę zbliżania się pierwszej rocznicy wyborów, które doprowadziły do odejścia anemicznego rządu socjaldemokratycznego Olafa Scholza, może się okazać, że w nowym kanclerzu kraj znalazł przywódcę, którego Europa potrzebuje w tych mrocznych, trudnych czasach.

Merz nie jest Carneyem, ale tych dwóch mężczyzn może mieć więcej wspólnego, niż im się wydaje. Carney, były bankier centralny, z pewnością sprawdził się w nowej roli przywódcy kraju, którym się stał, ale nie zawsze tak było. Na początku 2025 r., stojąc nad przepaścią, kanadyjscy liberałowie postanowili pozbyć się ówczesnego premiera Justina Trudeau. Następnie, zaledwie kilka tygodni po przejęciu władzy, Carney ogłosił wybory powszechne i wbrew wszelkim przewidywaniom pokonał populistycznego konserwatystę Pierre’a Poilievre’a.

Jednak osobą, której naprawdę powinien podziękować, był nowy prezydent zza południowej granicy, który po zaledwie kilku miesiącach urzędowania obiecał włączyć Kanadę jako 51. stan USA. To trudne czasy dla tych, którzy nie chcą podporządkować się Trumpowi, ale Carney’owi wydają się one przynosić korzyści — jego poparcie jest obecnie najwyższe od czasu objęcia urzędu w marcu 2025 r.

Czy to samo może spotkać innego centrystę i sojusznika Merza?

Problemy kanclerza Niemiec

Niestety, wiele czynników działa na niekorzyść niemieckiego przywódcy. Po pierwsze, wyniki jego partii w sondażach pozostają uparcie niskie. Pierwsze sondaże z 2026 r. wykazały, że skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD) zwiększyła swoją przewagę do 27 proc. głosów, podczas gdy Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU) Merza uzyskała 24 proc. Osobista popularność kanclerza również jest w stagnacji, ponieważ tylko 23 proc. respondentów jest z niego zadowolonych, a nawet wśród zwolenników CDU tylko nieco ponad połowa popiera swojego przywódcę.

Ponadto należy pamiętać, że stanowczość w radzeniu sobie z kaprysami Trumpa — nie wspominając już o prezydencie Rosji Władimirze Putinie i przywódcy Chin Xi Jinpingu — niekoniecznie chroni przed rozczarowaniem w kraju. Przekonują się właśnie o tym na własnej skórze brytyjski premier Keir Starmer i prezydent Francji Emmanuel Macron.

Merz z pewnością napotyka na przeszkody: prognozowany wzrost gospodarczy (Niemiec) w 2026 r. wynosi około 1 proc., co jest wynikiem lepszym niż anemiczne 0,2 proc. w 2025 r., ale nadal dalekim od dawnej potęgi gospodarczej. Wydatki konsumentów pozostają na niskim poziomie, a liczba upadłości jest najwyższa od 10 lat.

W liście do swojej partii na początku roku Merz napisał, że gospodarka znajduje się w „bardzo krytycznym stanie”. Koalicja, jak stwierdził, „będzie musiała skoncentrować się na podejmowaniu właściwych decyzji politycznych i prawnych, aby radykalnie poprawić warunki gospodarcze”, a koszty pracy, koszty energii, przeszkody biurokratyczne i obciążenia podatkowe są zbyt wysokie. „Będziemy musieli wspólnie nad tym pracować” — podsumował. Jednak jego koalicja ma z tym trudności, przez co tak usilnie reklamowana „jesień reform” okazała się niewypałem.

Co więcej, wiele zmian, które Merz chciałby wprowadzić — jego ostatnimi zmorami są praca w niepełnym wymiarze godzin i skłonność Niemców do zgłaszania zwolnień lekarskich — spotyka się z ostrym sprzeciwem partnerów koalicyjnych: socjaldemokratów (SPD), którzy nadal trzymają się dawnej wizji państwa opiekuńczego.

Nadzieja Friedricha Merza na ratunekW każdym razie problemy Niemiec sięgają jeszcze głębiej: inwazja Putina na Ukrainę ujawniła nadmierną zależność od rosyjskiego gazu, od którego odejście okazało się dość kosztowne. Cła Trumpa zagroziły niemieckiemu modelowi opartemu na eksporcie. A teraz Chiny wyprzedzają Niemcy w kilku sektorach, dla których kiedyś były chętnym rynkiem zbytu — zwłaszcza w branży motoryzacyjnej.

Jest jednak jedna rzecz, która działa na korzyść Merza — to, że w porównaniu z dużo bardziej osaczonymi Starmerem i Macronem, ma on przynajmniej pieniądze do wydania.

Oczywiście nie wszystko jest idealne: statystyki na rok 2025 pokazują, że rząd ma trudności z realizacją planów zainwestowania pół bln euro (2 bln 110 mld zł) w infrastrukturę w perspektywie długoterminowej, a sposób wydatkowania tych środków budzi poważne obawy. Rada Ekspertów Ekonomicznych, która udziela ministrom niezależnych porad, ostrzegła rząd, że istnieje ryzyko „zmarnowania” inwestycji, ponieważ zbyt duża część nowych funduszy jest przeznaczana na emerytury i wydatki socjalne.

Jednak w porównaniu z innymi krajami europejskimi to przyjemny problem.

Wreszcie, jedna data w kalendarzu wywołuje niepokój u Merza — i przywódców innych głównych niemieckich partii — 6 września, kiedy to wyborcy we wschodnim kraju związkowym Saksonia-Anhalt oddadzą swoje głosy.

Jedną z osobliwości niemieckiej polityki jest to, że kraj ten znajduje się w stanie permanentnej kampanii wyborczej, z kilkoma wyborami regionalnymi w ciągu roku. Przed wyborami w Saksonii-Anhalt AfD ma obecnie około 39 proc. poparcia, CDU plasuje się na drugim miejscu z 26 proc., a za nią znajduje się Partia Lewicy z 11-procentowym poparciem. Niegdyś potężna SPD osiągnęła najniższy wynik w historii, uzyskując zaledwie osiem proc. poparcia.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Jeśli ostateczne wyniki będą w dużej mierze odzwierciedlać obecne prognozy, nastąpi jeden z dwóch scenariuszy: albo CDU będzie zmuszona do stworzenia nieefektywnej koalicji z partiami, z którymi nie ma prawie nic wspólnego, albo AfD zapewni sobie bezwzględną większość, a tym samym przejmie kontrolę nad swoim pierwszym parlamentem regionalnym i uzyska miejsce w izbie wyższej Bundesratu. To z kolei ponownie roznieciłoby burzliwą debatę na temat „zapory ogniowej” — tj. odmowy głównych partii włączenia AfD do rządu na jakimkolwiek szczeblu.

Jednak do wyborów pozostało jeszcze siedem miesięcy, a siedem miesięcy chaosu związanego z MAGA to długi czas. Groźby Trumpa dotyczące przejęcia Grenlandii wywołały niepokój wśród skrajnie prawicowych partii w całej Europie, skłaniając niektóre z nich do krytyki prezydenta, a inne do milczenia.

Czy zatem wyborcy mogą zacząć odczuwać zmęczenie tym całym chaosem, gdy gospodarka powoli nabiera tempa? Taka jest jego nadzieja. Jest ona odległa, ale istnieje szansa, że to, co pomogło Carneyowi, pomoże również jemu.