Mateusz Puka, WP SportoweFakty: Podczas igrzysk w Mediolanie-Cortinie zakończył pan karierę sportową. Naprawdę uważa pan, że jako 30-latek nie ma już sensu kontynuować walki?
Mateusz Sochowicz, najlepszy polski saneczkarz: Przynosi mi to więcej frustracji i nerwów niż przyjemności. Po prostu jestem wkur…, gdy o tym myślę.
Skąd bierze się ta frustracja?
Nie chodzi mi o pieniądze, bo chodzi mi tylko o to, by normalnie żyć. Jeśli jednak miałbym dalej uprawiać sport, to chcę w końcu ścigać się z najlepszymi na równych zasadach. Chciałbym mieć choćby cień szansy na wygrywanie poszczególnych zawodów. Marzy mi się sytuacja, w której przy doskonałym przejeździe walczyłbym o podium.
ZOBACZ WIDEO: Adam Małysz liczy na więcej talentów na miarę Tomasiaka
Obecnie nie ma na to szans?
Czuję się fatalnie, gdy widzę, że rywale popełniają na trasie dużo więcej błędów, a i tak przyjeżdżają przede mną. To sprawia, że chce się to wszystko rzucić i zająć czymś innym. Zazdroszczę sportowcom, którzy mogą powalczyć z najlepszymi i wszystko mają w swoich rękach. Wkładam w treningi mnóstwo pracy i zaangażowania. Mam jedne z najlepszych startów na świecie, a nawet gdy pojadę znakomicie, to przegrywam, bo mam kilkukrotnie słabszy sprzęt niż rywale.
Już raz w 2024 roku kończył pan karierę, ale wtedy ostatecznie zmienił pan zdanie. Dlaczego?
Wtedy zamydlono mi oczy. Roztoczono przede mną wizję, która nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Byłem naiwny i uwierzyłem w bajkę. Dostałem nowe sanki, ale co z tego, skoro sposób przygotowania płóz w ogóle się nie zmienił? Wciąż nie mamy żadnej wiedzy czy pomocy z zewnątrz. Przed zawodami ścinam je na podstawie tego, co mi się wydaje.
Dlaczego nie współpracujecie z naukowcami?
Nie rozumiem tego. Nagłaśniałem to już dwa lata temu, ale wtedy dyskusja skończyła się na tym, że dostałem nowe sanki. Co do zasady, to nie powinno być moje zmartwienie. Poza trenerem nikt nie interesuje się tym, jaki mam sprzęt. Związek powinien podejmować współpracę z Politechnikami, ulepszać nasz sprzęt i pchać dyscyplinę do przodu. W innych reprezentacjach zawodnik ma być przygotowany fizycznie i psychicznie, a podczas zawodów ma po prostu wsiąść do sanek i zaliczyć jak najlepszy przejazd. Dopiero po igrzyskach coś drgnęło.
To znaczy?
Tuż po swoim starcie na igrzyskach miałem okazję porozmawiać godzinę z doktorem z dziedziny metalurgii, który trochę naświetlił mi temat. Sam zainteresował się sprawą, gdy nasze problemy zostały przedstawione w mediach. Złapał się za głowę, gdy zdał sobie sprawę, że nie mamy żadnych danych, nawet tych zupełnie podstawowych. Zadawał mi pytania, na które nie byłem w stanie odpowiedzieć. Otworzył mi tym trochę oczy.
Jest nadzieja, że będzie wam w stanie pomóc?
Paradoksalnie zerowy stan wiedzy dodał mi nadziei. Gdyby choćby część tych porad udało się wdrożyć w praktyce, byłoby nam znacznie łatwiej. Nauka już dawno zna odpowiedzi na wiele kluczowych dla nas kwestii, ale do tej pory w ogóle z tego nie korzystaliśmy. W zależności od warunków powinniśmy mieć stopy metali o różnej gęstości. Jest mnóstwo badań, które pokazuje, że to naprawdę działa.
Czy to może sprawić, że i tym razem zdecyduje się pan zmienić decyzję i powalczy o udział w kolejnych igrzyskach?
Koniec kariery zbliża się wielkimi krokami, ale na razie faktycznie kontynuuję sezon, a ostateczną decyzję podejmę na spokojnie, gdy wrócę już do domu i przemyślę wszystkie za i przeciw. Jeśli faktycznie coś miałoby się zmienić, mocno to rozważę. Mam już jednak trochę dość tego środowiska.
Dlaczego?
Nasi działacze nie mają żadnego pojęcia o saneczkarstwie. Ich celem jest budowa toru, ale nawet to im nie wychodzi. Gdy przychodzimy, by z nimi porozmawiać, od ośmiu lat słyszymy ciągle tylko jedno: „działamy tak, by wybudować tor”. Dzisiaj chce mi się już tylko z tego śmiać. Wiemy, że nikt z obecnej kadry nie doczeka tego toru. Wolałbym, żeby ktoś zajął się pomocą dyscyplinie tu i teraz, a nie tylko marzył.
Na przestrzeni ostatnich lat zauważył pan choćby minimalny postęp?
To były moje trzecie igrzyska, a przez ten czas nie zmieniło się absolutnie nic. Wciąż jestem karmiony tą samą gadką. Jestem już tym zmęczony. Stąd moje słowa o końcu kariery. Gdyby nie trener, nasza sytuacja byłaby jeszcze gorsza, a dyscyplina cofała by się w rozwoju.
Osobiście nie ma pan sobie nic do zarzucenia? Indywidualnie zajął pan dopiero 21. miejsce na 25 startujących.
Mój występ na igrzyskach to nieporozumienie. Chciałem uzyskać jak najlepszy wynik i pogodziłem się z ryzykiem. Poszedłem na kontakt, a tak naprawdę dopiero przy ostatnim ślizgu poczułem, o co dokładnie chodzi z tym torem. Wydawało mi się, że na sztafetę będę gotowy, ale niestety wtedy akurat rozpieprzyłem się na starcie. Mój występ oceniam bardzo źle i jestem na siebie mocno wkurzony.
Rozmawiał Mateusz Puka, dziennikarz WP SportoweFakty