12 października 2025 roku na zawsze zmienił życie bliskich Artura Sękowskiego i Macieja Krzysika. Tego dnia w Rajdzie Nyskim doszło do wypadku, w którym Sękowski stracił życie, a jego pilot doznał rozległych oparzeń. Krzysik spędził kilka tygodni w śpiączce, lekarze musieli mu amputować obie dłonie. W ostatnich dniach 41-latek w końcu opuścił szpital w Siemianowicach Śląskich.
– Mam dobrą wydolność oddechową, mogę jeść i mówić. Lekarz powiedział, że mam to doceniać, bo wywinąłem się spod łopaty – mówi Krzysik w szczerej rozmowie z WP SportoweFakty i nie wyklucza powrotu do rajdów. Najpierw musi przejść szereg operacji i kupić specjalistyczne protezy.
ZOBACZ WIDEO: Grand Prix w rękach Polaków? Prezes PZM ma pewne wątpliwości
Łukasz Kuczera, WP SportoweFakty: W ostatnich dniach w końcu wrócił pan do domu. Jak wygląda sytuacja zdrowotna?
Maciej Krzysik, pilot rajdowy, członek zarządu powiatu nyskiego: Czuję się coraz lepiej. Rytm szpitalny jest specyficzny, a w domu jak w domu. Cały czas działam. Tutaj wszystko dzieje się szybciej. Obecnie mam rehabilitację domową, ale planuję udać się ambulatoryjnie albo stacjonarnie na dalsze zabiegi. Na pewno potrzebowałem jednak chwili spokoju po szpitalu, by trochę odżyć.
Jakie są plany na kolejne tygodnie?
Najważniejsze są protezy. W przyszłym tygodniu mam zaplanowane pierwsze spotkanie w tej sprawie. Trzeba będzie sprawdzić, na ile ręce są zagojone, czy nie ma pęcherzy. Patrząc okiem laika, to lewa ręka jest gotowa do protezowania. Ona jest w lepszym stanie. Firma, z którą chciałbym podjąć współpracę, jest z Wrocławia, więc na szczęście nie muszę daleko jeździć.
Czekają pana kolejne operacje?
W tej chwili robię harmonogram tego, co można zrobić. Blizny muszą się wygoić. Nie można ich od razu operować. W przyszłym tygodniu mam wizytę kontrolną w Siemianowicach Śląskich, pod koniec marca kolejną i wtedy będziemy decydować, co można zrobić w zakresie operacji plastycznych. W międzyczasie zbieram dane, bo tych zabiegów będzie mnóstwo, bo taka jest skala obrażeń.
Przed Maciejem Krzysikiem szereg operacji
Mocno ucierpiały pana narządy wewnętrzne. Jest jakieś ryzyko na przykład przeszczepu płuc?
Całe szczęście, że okres śpiączki pozwolił na regenerację od wewnątrz. Płuca, tchawica czy oskrzela były mocno zniszczone. Nie było pewności, czy będę dobrze oddychał, czy będę mówił. Teraz są już wygojone, choć są tam blizny i one pozostaną. Układ oddechowy funkcjonuje normalnie. Mam dobrą wydolność oddechową, mogę jeść i mówić. Lekarz powiedział, że mam to doceniać, bo wywinąłem się spod łopaty.
Gdy rozmawiamy, na koncie zbiórki utworzonej specjalnie dla pana, jest ponad 870 tys. zł. Mobilizacja środowiska rajdowego i mieszkańców Nysy jest budująca przy tym dramacie, który się rozegrał.
Powiem szczerze, że jak ją zakładałem, to bałem się, że nie uzbieram nawet 100 czy 200 tys. zł. Wiemy, że obecnie zbiórek w sieci jest ogrom. Mój dramat nie jest tak duży, jak u 5-letniego dziecka walczącego z białaczką. Jak zobaczyłem, że zbiórka szybko rośnie, to było coś wspaniałego.
Człowiek nigdy nie wie, jak jest odbierany przez społeczeństwo. Tutaj rodzina rajdowa i mieszkańcy całego powiatu nyskiego, a nawet Polski, okazali mi serce. To było budujące i napędza mnie, by wrócić do normalności. Chcę przeżyć to życie najlepiej, jak się da. Wykorzystać każdy dzień, bo wiem, że dostałem drugą szansę. Niewiele brakowało, a mogło jej nie być.
Niektórzy mieszkańcy Nysy wspominali mi, że muszą pomóc, bo pan ratował ich w powodzi w 2024 roku.
Byłem odpowiedzialny zawodowo za powódź jako członek zarządu powiatu. Zarządzanie kryzysowe należało do moich obowiązków. Zawsze miałem charakter społecznika i wrzesień 2024 roku był trudnym momentem. Jak poszedłem w piątek do pracy, to wróciłem w środę. Był ogrom obowiązków przy zagrożeniu powodziowym, ewakuacji mieszkańców, organizowaniu pomocy.
BMW M3 załogi Sękowski-Krzysik po wypadku
Wspomniał pan o chęci jak najszybszego powrotu do normalności. Daje pan sobie jakieś ramy czasowe?
Słowo lekarzy jest dla mnie najważniejsze. Dali mi drugie życie. Do życia zawodowego i funkcjonowania w społeczeństwie chcę wrócić tak szybko, jak to będzie możliwe. To mnie napędza i to też jest forma terapii. Ze względów psychologicznych ważne jest, abym wrócił do tego, co robiłem. Nie wiem, kiedy to będzie możliwe. Moje myślenie życzeniowe to kwiecień-maj, ale zobaczymy, co lekarze powiedzą.
Po wybudzeniu ze śpiączki budził się pan i zasypiał z psychologiem przy łóżku. Czy nadal jest potrzebna ta pomoc?
Psychicznie jest ze mną w porządku. Mam kontakt ze specjalistami, cały czas. Takie były zalecenia po wyjściu ze szpitala. Może nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że pod względem mentalnym już wszystko jest OK.
Bierze pan pod uwagę powrót do rajdów?
Tak. Postrzegam to w formie podziękowania i oddania hołdu Arturowi Sękowskiemu, z którym się już nigdy nie spotkam. Chcę też podziękować rajdowej rodzinie za wsparcie, bo codziennie otrzymuję wyrazy wsparcia od kibiców w różnej formie. Czy powrót do rajdów będzie możliwy? Nie wiem, ale chciałbym.
To miałby być powrót na jedną rundę czy w pełnym wydaniu?
Zobaczymy. Mógłbym na przykład pojawić się na Polskim Rajdzie Legend, który organizowany jest w Kłodzku. To byłoby bardzo dobre dla mojej psychiki. Rajdy zawsze były dla mnie odskocznią od codzienności, formą resetu od życia zawodowego. To było to, co kocham. Może nie robiłem tego zawodowo, ale zawsze byłem profesjonalistą i profesjonalnie szykowałem się do kolejnych występów.
Wróćmy do 12 października. Co pan pamięta z momentu wypadku?
W zasadzie wszystko oprócz uderzenia w drzewo. To była duża prędkość, ok. 150-170 km/h. W pierwszej chwili mnie odcięło, ocknąłem się i samochód już leżał na boku. Pamiętam to, co działo się później, aż do przyjazdu zespołów medycznych.
„Ratujcie Artura”. To pan krzyczał do kibiców, którzy panu pomagali.
To były trudne momenty. Byłem przytomny na tyle, żeby samemu wyjść z wraku rajdówki. To był cud. W pojeździe był ogień. Na tyle dużo, że nie widziałem Artura. Odpiąłem pasy, zamknąłem oczy i po ciemku wyszedłem przez boczne okno kierowcy. Przeturlałem się po ziemi i krzyczałem do kibiców, by zajęli się Arturem. Niestety, żar był na tyle duży, że nie udało się.
Potem był transport śmigłowcem do Opola, a następnie Siemianowic Śląskich. Co pan z tego pamięta?
Jak patrzę wstecz, po moim wyjściu z płonącej rajdówki, to w tej tragedii było dużo rzeczy pozytywnych, choć to może brzmieć absurdalnie. W karetce, która akurat zabezpieczała ten odcinek specjalny, była lekarz anestezjolog. To była pierwsza załoga, która mnie opatrywała. Ze względu na dużą skalę obrażeń, był problem z wydolnością krążeniową i oddechową. Uśpili mnie, aby móc dokonać intubacji. Tyle że był problem z włożeniem rurki w ciało. Zabezpieczanie mnie, aby włożyć do helikoptera, trwało półtorej godziny.
Gdy był pan w śpiączce, bliscy dwukrotnie otrzymali telefon, że mają szykować się na najgorsze.
Ja spałem, a rodzina przeżywała tragedię. Wiadomości ze szpitala nie napawały optymizmem. Momentami było tragicznie. Teraz bliscy czują ulgę. Przede wszystkim żyję i jestem w stanie w miarę funkcjonować. Nie mam paraliżu, mogę normalnie jeść, choć oczywiście z pomocą drugiej osoby, ale to minie. Wierzę, że po otrzymaniu protez będę w 98 proc. samodzielny. Życie będzie inne, ale będzie, a mogło go nie być.
Mój przypadek może być dla kogoś motywacją, żeby się nie poddawać. Tak to sobie poukładałem w głowie, że muszę wrócić i żyć. Dla Artura, dla wspierających mnie kibiców. Chcę im wszystkim za to jeszcze raz podziękować. Zrobię wszystko, aby wykorzystać drugą szansę, jaką dostałem od losu.
Kiedy dowiedział się pan o śmierci Artura?
Potwierdzenia w 100 proc. nie miałem aż do momentu wybudzenia ze śpiączki w szpitalu. Jednak każdy logicznie myślący człowiek wie, że jak ktoś został w środku płonącego auta, to nie mógł przeżyć. Prosiłem kibiców, by go ratowali, ale mówili, że nie dadzą rady. Już w tych pierwszych chwilach miałem w głowie, że Artur zginął. Rozum to podpowiadał, a z drugiej strony człowiek zawsze liczy w takich sytuacjach na cud.
Artur Sękowski (po prawej) i Maciej Krzysik przed Rajdem Nyskim
Jakie były pierwsze dni po wybudzeniu ze śpiączki?
Zostałem wybudzony 25 listopada, półtora miesiąca po wypadku. Początkowo nie wiedziałem, co się stało. Po dniu czy dwóch wszystko wróciło. Jak leżałem przytomny na OIOM-ie, to wracały wszystkie detale. Teraz po miesiącach znów wszystko zlewa się w całość.
Przebywanie na OIOM-ie jest trudne. To specyficzny oddział. Byłem cały czas podłączony do aparatury, w ciele miałem rurkę do oddychania. Została mi wyciągnięta dopiero 2 grudnia i mogłem zostać przeniesiony na oddział chirurgii. To była radykalna zmiana. Na OIOM-ie człowiek nawet nie wie, jaka jest pora dnia, nie widzi okien.
Miał pan dużo czasu, aby przeanalizować ten pechowy oes. Co tam poszło nie tak?
Ja to analizuję cały czas i nie mam pojęcia. Prokuratura prowadzi śledztwo, biegli analizują wrak samochodu. To był prawy łuczek, nawet nie zakręt. Nie miało prawa tam się nic wydarzyć. Od startu ten samochód się świetnie prowadził, wręcz jak rajdówka najnowszej kategorii. Zawieszenie dobrze wybierało nierówności. Naprawdę nie wiem, co poszło nie tak.
Uderzyliśmy w jedno jedyne drzewo, które tam stało. Potem koziołkowaliśmy, aż zatrzymaliśmy się 100 metrów dalej. Mam nadzieję, że biegli ustalą cokolwiek. Może była jakaś awaria, może nieszczęśliwy zbieg okoliczności? Może asfalt był brudny, bo z pola naniesiono ziemię w jednym miejscu i koło się odkleiło?
Zaraz po wypadku kibice mówili, że Artur Sękowski dawał z siebie 200 proc. w każdym rajdzie i zapewniał show. Tak go pan zapamięta?
Zawsze na pierwszym miejscu była pozycja i wygrana w rajdzie. Show wymuszał ten samochód. To była rajdówka starszej generacji, a nowe prowadzą się jak po sznurku. To żółto-niebieskie BMW zostanie już w pamięci kibiców, jako robiące show na oesach. Artur był przede wszystkim wspaniałym człowiekiem, a kierowcą wybitnym. Z autem był w stanie zrobić wszystko. Powiedziałbym, że to był najszybszy kierowca rajdowy BMW na świecie.
Rozmawiał Łukasz Kuczera, dziennikarz WP SportoweFakty