- – Kacper oddał bardzo dobry skok w ostatniej serii. Był on podobny do tego, co pokazywał w Zakopanem i czego oczekiwaliśmy. Dało to srebrny medal i chyba nakręciło całą drużynę – tak Maciej Maciusiak mówi o kluczowym momencie na igrzyskach.
- Trener skoczków opowiada też o hejcie. Mówi, które słowa szczególnie „bolą” i kto najbardziej cierpi.
- Zapowiada, że dalej chce prowadzić kadrę, a przed końcem sezonu usiądzie do rozmów z władzami związku narciarskiego.
ZOBACZ WIDEO: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Cała Bystra zaśpiewała dla swojego bohatera
Mateusz Kmiecik, dziennikarz WP SportoweFakty: Chce pan dalej prowadzić pierwszą kadrę polskich skoczków narciarskich?
Maciej Maciusiak: Usiądziemy do rozmów przed końcem sezonu. Jeżeli osoby ze sztabu nadal będą chciały współpracować, to myślę, że tak, ponieważ jesteśmy jednością i z takimi ludźmi na pewno chciałbym to dalej robić.
Muszę przeprosić, bo sam nie wierzyłem, że jesteśmy w stanie osiągnąć taki wynik podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2026. Ostatecznie był on dla nas niesamowity.
Przeprosiny przyjęte, gdyż sami nie dawaliśmy żadnego powodu, żeby wierzyć w to, co się stało. Aczkolwiek my wierzyliśmy. Może nie w trzy medale, ale od samego początku zakładałem, że szczyt formy ma przyjść na igrzyska. Podołaliśmy temu zadaniu. Szczególne gratulacje dla zawodników, ponieważ dzięki nim przeżywaliśmy tak wspaniałe chwile. Odnieśliśmy sukces na najważniejszej imprezie, co dla całego środowiska jest czymś wyśmienitym.
Pan w wywiadach wcześniej mówił, że jedziemy po medal. To była zagrywka psychologiczna, czy treningi faktycznie na to wskazywały?
Te słowa padły nawet wcześniej, bo już w sezonie letnim. Bardzo mnie cieszyła praca, jaką wtedy wykonaliśmy. Mam na myśli całą grupę. Nie było praktycznie żadnych kontuzji i przykro nam było, że w Pucharze Świata nie wychodzi. Widzieliśmy, gdzie jeszcze jest rezerwa. Byliśmy cierpliwi, również ze sprzętem, do samego końca.
Ostatecznie wszystko się poukładało tak, jak sobie założyliśmy. Szczególne uznania za to, co zrobił Paweł Wąsek. Formę skokową już miał w Zakopanem. Nie mogłem się doczekać konkursów, gdyż wiedziałem, że na tę chwilę lepiej się nie da nic zrobić. Paweł wytrzymał psychicznie, a w duetach na potwierdzenie tego wszystkiego zdobyliśmy zasłużony srebrny medal.
Skok Pawła na skoczni normalnej był wypadkiem przy pracy?
Najgorsza próba przyszła w najważniejszym momencie. Wszystko szło tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Emocje były wielkie. Gdy Paweł Wąsek oraz Kamil Stoch skoczyli w pierwszej serii i wiedzieliśmy, że nie awansują do rundy finałowej, zrobiło mi się naprawdę przykro, ponieważ nie tak miało to wyglądać. Na szczęście skończyło się fantastycznie. Kacper Tomasiak oddał jeden bardzo dobry skok w ostatniej serii. Był on podobny do tego, co pokazywał w Zakopanem i czego oczekiwaliśmy. Dało to srebrny medal i chyba nakręciło całą drużynę.
Co się czuje, gdy w rundzie finałowej zasiada twój skoczek zajmujący czwarte miejsce na półmetku konkursu?
Ufff, to niesamowite emocje. Wszyscy mówią, że igrzyska to zawody inne niż każde, ale to trzeba jednak po prostu przeżyć. Niby skaczą ci sami zawodnicy, a na wieży są ci sami trenerzy, lecz cała otoczka to zupełnie coś innego. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Gdy myślałem podczas konkursu na skoczni normalnej, że to już szczyt emocji, z każdymi kolejnymi zawodami one tylko wzrastały. Trudno mi to nawet opisać. Fajnie, że te rollercoastery kończyły się dla nas sukcesem.
Najszybszy rollercoaster był chyba w trakcie konkursu duetów. Po ostatniej próbie Kacpra Tomasiaka pojawiła się złość lub bezradność? Protestowaliście od razu?
Po dwóch seriach byłem bardzo zadowolony. Nawet sobie zakładaliśmy, że najlepiej by było, aby Polska była czwarta, z niedużą stratą do Norwegii, gdyż byliśmy w sztabie przekonani, że Kacper znów podoła. A Kristoffer Eriksen Sundal, z całym szacunkiem, ponieważ to świetny skoczek, na tych igrzyskach nie pokonałby Kacpra. Jury postąpiło bardzo dobrze. Nie mówię tego dlatego, że zajęliśmy drugie miejsce, ale kontynuowanie konkursu byłoby niebezpieczne i niesprawiedliwe.
Widzieliśmy, jak niska była prędkość najazdowa. Do tego robiło się groźnie na zeskoku. Po skoku Kacpra pojawił się wielki smutek, gdyż wiedziałem, że to już nie było zależne od zawodnika. To jednak było tylko chwilowe. Później podskoczyła adrenalina i zaczęły się dyskusje. Działo się naprawdę sporo.
Po srebrze Tomasiaka spadł kamień z serca, a później było już tylko lepiej?
W takiej sytuacji powstaje łańcuszek emocjonalny. Czuliśmy się bardzo dobrze, ponieważ już na samym początku zdobyliśmy medal. W sztabie pojawiło się większe rozluźnienie i koncentrowaliśmy się na tym, co trzeba zrobić. Oczywiście na wieży trenerskiej emocje powracały.
Na koniec był czas na świętowanie?
Mieliśmy chwilę, było bardzo miło. Pojawiły się osoby z innych dyscyplin. Oczywiście wszystko z umiarem, gdyż wiedzieliśmy, na jakiej imprezie jesteśmy. Po każdym medalu lekka celebracja była. To także jest ważne w tym wszystkim. Trenuje się po to, aby wygrywać i się cieszyć.
Już wcześniej pan mówił, że za medalami stoi wiele osób. Aczkolwiek wbrew temu, co niektórzy piszą, ostatnie tygodnie przed igrzyskami skoczkowie spędzili z pana sztabem.
Nie skomentuję tego. Każdy ma prawo mówić, co chce. My wiemy swoje.
Ostatecznie jest pan pierwszym trenerem w polskich skokach, którego podopieczni zdobyli trzy medale podczas jednych igrzysk.
Ja się tym nie chwalę. To nie są moje medale, a Kacpra i Pawła. Cała nasza duża grupa pracuje na to, aby oni odnosili sukcesy. Satysfakcja mimo wszystko jest wielka.
Do końca sezonu nie zostało już wiele czasu, więc teraz pewnie trudno byłoby coś zdziałać. Jednakże ma pan plan, co zrobić, aby Dawid Kubacki, Piotr Żyła czy Aleksander Zniszczoł skakali lepiej?
Medale na igrzyskach są również ich zasługą. Trenujemy razem. Brali udział od początku do końca w całym procesie treningowym. Do Włoch poleciało ostatecznie trzech zawodników. Wiemy, gdzie mogłoby być troszeczkę lepiej. Cały czas muszą być cierpliwi i myślę, że na nich też przyjdzie czas.
Często w wywiadach powtarza pan, że ktoś zrobił postęp. Później w wynikach tego nie widać. Takie słowa to zagrywka psychologiczna? Czy może to kibice i eksperci czegoś nie widzą lub po prostu w treningach faktycznie jest lepiej, lecz nie przekłada się to w konkursie?
Po części jedno i drugie. Jesteśmy z zawodnikami z dnia na dzień. Widzimy zdecydowanie więcej, zawody też są inne niż treningi. Nie wszystkie dobre próby treningowe zostały przełożone na konkursy. Sezon zimowy dla Olka zaczął się bardzo kiepsko, wypadł ze składu. Oczywiście motywacji mu nie brakuje, ale później robi się to wszystko na siłę i za szybko chce się wrócić. W tym sezonie nie zdążył. Pamiętamy, jak skakał dwa lata temu. W tym sezonie słabo prezentował się Paweł Wąsek, a ma medal igrzysk. Nie lubię tak mówić, lecz to są skoki narciarskie. Jeżeli pracujesz solidnie i wykonałeś swoją robotę, musisz być cierpliwy.
Czasami chce pan wziąć złość kibiców na siebie, chroniąc zawodników?
Trener to także tarcza dla skoczków. Musimy im zapewnić komfort pracy. Zawsze podkreślam, że mnie można krytykować. Zawodnicy też sobie z tym poradzą, bo jesteśmy razem, w grupie, ale najbardziej jednak cierpią nasi bliscy. To jest najbardziej przykre.
Krytyka to jedno, ale hejt to drugie. Sporo było o nim podczas tych igrzysk. Niestety, częściej bardziej z jego powodu cierpią rodziny niż same osoby atakowane. Były chwile, gdy pana bliscy doradzali odpuszczenie trenowania kadry A?
Nasze środowisko skoków narciarskich w Polsce jest bardzo małe. Można powiedzieć, że wszyscy się w nim znają, tak samo nasze rodziny. Umiem też zrozumieć, gdy zwykły kibic, oglądający skoki wyłącznie w trakcie sukcesów, potrafi tylko krytykować.
Najbardziej bolą te słowa ze środowiska – od niektórych działaczy czy trenerów. Jesteśmy przecież niezamkniętą grupą. Każdy z nas chce pomagać skoczkom, niezależnie od tego, w jakiej kadrze są. Spotykamy się na skoczniach. Można wtedy przyjść i doradzić, zamiast krytykować. Niektórych jednakże nie zmienimy i zdaję sobie z tego sprawę.
To scalenie wszystkich trenerów było jednym z pana zadań?
W pierwszym roku zrobiłem to na tyle, ile się dało. Zawodnik ma być zadowolony z trenowania, a nie robić coś wbrew komuś, ponieważ wtedy nie wskoczy się na wyższy poziom. Choćby się miało przysłowiowe złote narty, bez zaufania do trenera nic by z tego nie wyszło.
Ostatnio pisaliśmy, że ogromne problemy ma Szkoła Mistrzostwa Sportowego w Szczyrku. Jest jakaś szansa na jej ratunek?
W ministerstwie poruszaliśmy ten temat. Wszyscy obiecują, że szkoła w Szczyrku nie zniknie. Rozmawialiśmy razem z Adamem Małyszem oraz członkami PZN z ministrem sportu i wszyscy nas zapewniają, że ta placówka zostanie, a finansowanie będzie zwiększone. Pokazywaliśmy, jak ważna jest ona dla nas. W całym procesie treningowym zarówno SMS w Szczyrku, jak i w Zakopanem pełnią jedną z głównych ról.
Rozmawiał Mateusz Kmiecik, dziennikarz WP SportoweFakty