Weronika Lato jest mistrzynią Polski instruktorów w windsurfingu i zawodniczką w tej dyscyplinie. Była też zawodową tancerką, między innymi półfinalistką mistrzostw Europy i złotą medalistką ogólnopolskich turniejów.

Rok temu spadła na nią informacja o tym, że ma nowotwór kości. Lekarze nie dawali jej szans na powrót do sportu. Weronika Lato opowiada nam o traumatycznych chwilach, gdy na nowo uczyła się chodzić.

Mówi też o relacjach z dziadkiem, Grzegorzem Lato – legendarnym piłkarzem kadry Kazimierza Górskiego, stukrotnym reprezentantem Polski, królem strzelców mistrzostw świata w 1974, złotym i srebrnym medalistą igrzysk olimpijskich (1972 i 1976 r.) i dwukrotnym brązowym medalistą mistrzostw świata 1974 i 1982 r.

Weronika wspomina wspólnie oglądane mecze tamtych turniejów, ale także traumę ze szkoły, gdy koledzy dręczyli ją, bo nie podobało im się, jak dziadek zarządzał Polskim Związkiem Piłki Nożnej, którego prezesem był w latach 2008-2012. 
Mateusz Skwierawski, WP SportoweFakty: Mogłaś umrzeć?

Weronika Lato: Dowiedziałam się, że mam dosyć sporego guza przechodzącego przez kość miednicy i że siedem miesięcy później już nie byłoby opcji ratunku życia, a miesiąc dzielił mnie od amputacji nogi. Guz już prawie dotykał stawu. Gdyby tam wniknął, trzeba byłoby amputować nogę. A gdybym go nie wykryła, po prostu by mnie zjadł.
Ponad rok temu dowiedziałaś się, że masz złośliwego raka kości.

Niedługo przed swoimi dwudziestymi piątymi urodzinami, w grudniu 2024 roku. Mięsak to taki guz, który pojawia się najczęściej do 25. roku życia, w szczególności u dzieci. Z tym genem trzeba się urodzić. Często jest tak, że kontuzja, uderzenie czy lekkie pęknięcie kości może spowodować jego aktywację. Uprawiam windsurfing od 4. roku życia. To bardzo siłowy sport, dużo w nim upadków, siniaków, rozcięć na nogach. Mogłam uderzyć się w biodro na desce i być może dlatego choroba się aktywowała.
Jak dowiedziałaś się o chorobie?

Przypadkiem. Miałam problemy z brzuchem. Przez pół roku mieszkałam w Grecji, pracowałam jako instruktor windsurfingu i zaczęłam czuć dyskomfort w żołądku. Początkowo myślałam, że od tamtejszego, tłustego jedzenia. Śmiałam się, że chyba moje jelita nie dają już rady tego trawić. Poszłam do lekarza na gastroskopię, kolonoskopię i te wszystkie nieprzyjemne badania. Nic nie wykazały i żałowałam nawet, że się im poddałam. Gdy lekarz Krzysztof Pol wypisywał mnie ze szpitala, zapytał: „Miałaś kiedyś rezonans?”. Nie miałam. Odparł: „Mam przeczucie, że trzeba go zrobić”. I dopiero po tym badaniu dowiedziałam się o nowotworze. Z tego miejsca mogę każdemu doradzić, że warto się badać – profilaktycznie, dla siebie, dla zasady.
Jaka była pierwsza diagnoza?

Usłyszałam, że nie będę mogła już nigdy wrócić do sportu, w tym pływać zawodowo na desce. A dla mnie był to cały świat. Oprócz tego, że kocham ten sport, jestem instruktorem, żyję z tego przez cały sezon. Pracuję dla firmy Wavecamp Windsurfing, w Egipcie, Grecji, teraz jestem na Karaibach. Poza tym, co najważniejsze: deska daje mi wolność, tożsamość, poczucie spełnienia. Bez niej czuję pustkę w środku. Nie wyobrażałam sobie takiego scenariusza.

Gdy w gabinecie doktora usłyszałam diagnozę, wpadłam w histerię, na korytarzu wymiotowałam. Zawsze z uśmiechem podchodziłam do scen z filmów, gdy komuś przelatywało życie przed oczami. Sądziłam, że to przecież niemożliwe, a właśnie czegoś podobnego doświadczyłam, gdy usłyszałam… ten wyrok. Odpowiedziałam mu, że jestem gotowa umrzeć.
Dlaczego?

Nie chciałam poddać się zabiegowi, by resztę czasu, który mi został, wykorzystać na windsurfing.
Mówiłaś poważnie?

Tak.
Jak na te słowa zareagowali rodzice?

Pierwszy raz zobaczyłam mojego tatę smutnego. To najbardziej pozytywny człowiek na świecie, nigdy nie krzyczy, wszystko przyjmuje ze spokojem, jest wesoły, uwielbiany w towarzystwie. Wtedy był w stanie rozpaczy. Nie płakał, ale bardzo cierpiał wewnętrznie przez to, co powiedziałam. Mama starała się przemówić mi do rozsądku.
Co było później?

Oprócz tego, że miałam nigdy nie wrócić na deskę, było mówione, że będę miała lekką deformację ciała, dużą bliznę i że do końca życia będę kuśtykać. Lekarze usunęli cały guz, a przy tym spory kawałek kości miednicy z lewej strony, zahaczając o talerz biodrowy, którego kawałek także usunęli. No i kawałek odcinka lędźwiowo-krzyżowego. Rekonstrukcja mięśni, stawów, ścięgien, połączenie tego, żeby się po prostu trzymały i dawały ruchomość ciała, były w tym wszystkim najtrudniejsze. Trzy i pół miesiąca po operacji wróciłam na deskę.

Rana po operacji Rana po operacji

Jak to?

Choć po takim czasie miałam dopiero przechodzić na kule. Najpierw czekał mnie jednak wózek inwalidzki i najgorszy moment w życiu. Nie byłam w stanie zrobić nic, nawet założyć skarpetki, położyć się na plecy w łóżku, obrócić z boku na bok czy usiąść. Przez kilka tygodni żyłam jak warzywo.

Przyznaję – w tym najgorszym okresie, przez około półtora miesiąca, nie wierzyłam w swój powrót na deskę. Naprawdę myślałam, że to koniec. Nie poddawałam się, ale na logikę, gdy moje ciało było bezwładne, a jedyne, co czułam, to potworny ból, regeneracja wydawała się niemożliwa. Nagłą zmianę poczułam z dnia na dzień. Po bardzo złych dniach i tych trochę lepszych przyszedł przełom.

Ćwiczenia i rehabilitacja przyniosły efekty. Zaczęłam siadać na wózku, jakoś funkcjonować. Wróciłam na nim od rodziców do swojego mieszkania, by jak najwięcej rzeczy robić samodzielnie. Rehabilitowała mnie Iwona Skorupa, przychodziła do mnie z własnej woli, codziennie, i na nowo uczyła mnie chodzić.

Któregoś dnia pani Iwona zapytała: „To co, próbujemy?”. Oparłam ręce na jej ramionach, podtrzymywała mnie. Biodro uciekało mi w lewo, miałam bardzo niestabilny korpus ciała, ale z cztery kroczki udało się zrobić.
Powrót na deskę nie był za szybki?

Dwa dni po operacji zadzwoniłam do swojej ekipy z pracy z informacją, że razem z nimi biorę udział we wszystkich obozach. Usłyszałam: „Jesteś już wpisana w grafiku”.

Na początku byłam bardzo ostrożna. Element sprzętu, tak zwany trapez, usztywniał mi operowaną część pleców. Gdybym upadła, to konsekwencje mogły okazać się tragiczne, nie byłoby dla mnie raczej ratunku. Nie bałam się jednak takiej perspektywy. Robiłam wszystko z głową, nie popisywałam się, nie szpanowałam. Wracałam do formy w swoim tempie.

Takie rzeczy goją się do roku po operacji. Wolałam, żeby mnie bolało, nie mogłam doczekać się powrotu. Po czasie przyzwyczaiłam się do bólu i później nie zwracałam już na niego uwagi.

Doktor powiedział, że gdyby nie fakt, że jestem sportowcem od dziecka, nie wyszłabym z tego tak szybko. Jak się okazało, przepracowałam cały sezon bez przerwy. Był wózek, balkonik, kule i deska.

Weronika Lato po wyjściu ze szpitala Weronika Lato po wyjściu ze szpitala

Jak się dziś czujesz?

Mam jeszcze lekkie kłopoty z bieganiem. Przebiegnę kawałek, ale jest to dla mnie bardzo niekomfortowe. Cały czas ćwiczę, staram się wzmacniać mięśnie pośladków, brzucha i pleców, bo to one trzymają mi całą konstrukcję. Prawdopodobnie czeka mnie nieustanny trening do końca życia.

Na zawsze będę wdzięczna doktorowi Bartłomiejowi Szostakowskiemu. Nie zwątpił we mnie. Powiedziałam wtedy, że nie położę się na stół do żadnego lekarza, który nie da mi szansy powrotu do sportu. On mi go dał. Każdego dnia powtarzał: „Będzie bardzo trudno, będziesz musiała bardzo mocno pracować, ale się da”. Pomógł mi także pod względem mentalnym.
Skąd u ciebie taka miłość do deski?

Mój wujek, Mirek Małek, który jest dla mnie jak drugi ojciec, pływał ze mną, odkąd skończyłam 4 lata. Jest olimpijczykiem z Atlanty z 1996 roku w windsurfingu. Miał szkółkę „Pol 33” w Chorwacji. Uczył całą moją rodzinę: mamę, tatę, rodzeństwo. Jeździłam do niego do Rybnika. Przekazał mi pasję, szczęście i cel w życiu.

Mirosław Małek i Weronika Lato Mirosław Małek i Weronika Lato

Podczas rehabilitacji spotkałaś się z hejtem w internecie.

I to bardzo dużym. Dlaczego? Z powodu nazwiska. Jestem wnuczką Grzegorza Lato, legendarnego piłkarza reprezentacji Polski. Przeczytałam bardzo dużo komentarzy w stylu: „Dziadek rzucił pieniądze, to przeżyła”, albo: „Bez kasy dziadka by nie żyła i nie byłoby tego zamieszania”.

Dziadek utrzymuje się z emerytury. Był wielką postacią, nie zgromadził jednak majątku, jak choćby Robert Lewandowski. W tamtych czasach piłkarze nie zarabiali dużych pieniędzy.

Leczyłam się na NFZ, jak wszyscy czekałam w kolejce. Znajomy mamy pomógł jedynie znaleźć dobrego lekarza. Ludzie pisali: „Kim ona jest, że mamy interesować się jej historią?”. Tak, jestem zwykłym, szarym człowiekiem. Chcę po prostu pomóc innym. Widziałam ludzi w salach szpitalnych, jak cierpią. Często pisały do mnie mamy, że ich dzieci są po wypadkach, prosiły, bym dała im nadzieję, opowiedziała swoją historię, żeby się nie poddawały. O to mi w tym wszystkim chodzi.

Zakładasz fundację „Wygrać życie”.

Z bratem, przyszłym lekarzem, który jest obecnie na trzecim roku medycyny. On także jest instruktorem windsurfingu. Fundacja ma już wszystkie potwierdzone dokumenty, czekamy tylko na KRS i NIP. Chcemy, żeby wszystkie pieniądze z tej fundacji szły na pomoc dzieciom. W statucie podkreśliliśmy, że my żadnych pieniędzy nie otrzymamy.

Powstał też o tobie film dokumentalny.
Max Brinnich, reżyser, usłyszał o mojej historii poprzez media społecznościowe. Przejął się nią. Wcześniej się nie znaliśmy, ale napisał do mnie i zaczęliśmy rozmawiać. Nie mieliśmy sponsora, budżetu, wszystko zorganizował z własnych środków. Pracowaliśmy nad tym cały rok, film też był dla mnie motywacją, by ćwiczyć. Chciałam pokazać innym, że się da. Zrobiliśmy coś krótkiego, dla każdego, fragment z moją historią trwa kilkanaście minut.

Weronika Lato z dziadkiem Grzegorzem podczas premiery filmu "Reborn on Water - The Second Life" Weronika Lato z dziadkiem Grzegorzem podczas premiery filmu „Reborn on Water – The Second Life”

Wspominałaś o dziadku. Grzegorz Lato wspierał cię w tym trudnym czasie?

Bardzo! Co drugi dzień rozmawialiśmy przez telefon. Zawsze mogę liczyć na dziadków, poradzić się, są pod telefonem. Nic mi nie zarzucają, wspierają każdą moją decyzję, nawet najdziwniejszą. Czasem się martwią, jak wtedy, gdy po operacji stwierdziłam, że zaraz jadę na deskę. Są jednak przy mnie od zawsze.
Kiedy zdałaś sobie sprawę, kim jest dziadek?

W domu staraliśmy się nie mówić o karierze dziadka. Zależało mu, żebyśmy mieli normalną relację, a nie rozprawiali o jego osiągnięciach. Gdy miałam 9 lub 10 lat, to zdałam sobie sprawę, jak ważną jest postacią. Niemal wszyscy fani sportu wiedzą, kim on jest i ile osiągnął, wiele osób gratulowało mu sukcesów na ulicy. Z zafascynowaniem obejrzałam z dziadkiem te najważniejsze mecze reprezentacji z jego udziałem. Opowiedział nam całą historię mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich.

Choć uważam, że w momencie, gdy był prezesem PZPN, został bardzo niesprawiedliwie potraktowany.
Co masz na myśli?

Mówiło się na jego temat bardzo dużo niefajnych rzeczy. Mogę tylko powiedzieć, że były to nieprawdziwe informacje. Z rodzeństwem musieliśmy tego słuchać, na przykład w szkole.

Pamiętasz jakąś konkretną historię?

Był taki mecz, który został odwołany (Polska – Anglia na Stadionie Narodowym w 2012 roku – red.). Wszyscy mieli do mnie pretensje, dlaczego dziadek nie zamknął dachu. Mocne opady deszczu zalały boisko i mecz przeniesiono na następny dzień.

W podstawówce koledzy z klasy gnębili mnie, jeżeli nie spodobał im się jakiś ruch wykonany przez dziadka. Nawet mnie raz pobili.
Pobili?

Tak. Zepchnęli mnie ze schodów, popychali, kopali. Bo nie spodobało im się jakieś zachowanie dziadka. Nie wszyscy rozumieją, że to, co mówi się w telewizji lub pisze w mediach, nie zawsze jest prawdą. Mój dziadek niechętnie zabierał głos, nie chciał prostować różnych sytuacji. Nam zawsze powtarzał: „Niech gadają, co chcą. My wiemy, jaka jest prawda”. Z jednej strony, to dobre podejście, z drugiej jednak: ludzie go bardzo źle ocenili. Sprawiło mi to wiele przykrości. Dla nas to było straszne do oglądania i słuchania.
Jak na to reagowałaś?

Od początku rodzice wychowywali mnie tak, bym była silna. Zawsze będę broniła honoru dziadka, nie dam go zniszczyć. Bo jest dobrym człowiekiem, który osiągnął w życiu tak wiele. Jedyne, o czym marzę, to osiągnąć tyle, co on. Zawsze się za nim wstawiałam. Później zaczęłam nawet trenować boks, więc dziś, mimo tego że jestem drobna, mogłabym zaskoczyć przeciwnika. 
Jak po czasie patrzysz na to, co ci się przytrafiło?

Mogę powiedzieć, że po czasie cieszę się z tego doświadczenia. Choroba dała mi zupełnie inną perspektywę na życie. Trzeba realizować swoje marzenia od razu, nie ma na co czekać. I bardziej angażować się w małe rzeczy, jak choćby spacer z rodzicami, z siostrą, bratem.

Warto doceniać te malutkie szczegóły, których na co dzień nie widzimy. Pamiętam swój pierwszy spacer po operacji. Zobaczyłam drzewa i się popłakałam. Zdałam sobie sprawę, jak kruche jest życie i że w jednej chwili możemy wszystko stracić.

Weronika Lato Weronika Lato

Uważam, że jestem dziś lepszym człowiekiem. Zyskałam bardzo dużo wiary i pewności siebie. Było też sporo osób w moim życiu, o których myślałam, że są przyjaciółmi, ale za moimi plecami nie życzyli mi dobrze. Nastąpiła bardzo szybka weryfikacja tych relacji. Teraz wiem, że otaczam się ludźmi, którzy życzą mi sukcesu, a nie mi go zazdroszczą.
Co czułaś po powrocie na deskę?

Jakby woda i wiatr mnie pamiętały. Jakbym leciała na skrzydłach.

Rozmawiał Mateusz Skwierawski, WP SportoweFakty
[b]

[/b]