Czołowe hiszpańskie dzienniki przestrzeliły z przewidywaniami, że Hansi Flick wystawi w podstawowym składzie Roberta Lewandowskiego, wracającego do kadry po złamaniu oczodołu. Nasuwa się pytanie: czy większym ryzykiem byłoby postawienie na Polaka czy Ferrana Torresa, który zgubił formę gdzieś na przełomie stycznia i lutego?
Trener FC Barcelony miał więc duży dylemat. Przed meczem z Athletikiem Bilbao ostatecznie wybór padł na Torresa. Na San Mames 26-latek potwierdził swoją stabilną, mizerną dyspozycję z ostatnich tygodni.
Obecność Torresa w „jedenastce” była nieporozumieniem. W pierwszej połowie Hiszpan był jednym z najgorszych, jeśli nie najgorszym zawodnikiem na placu. Jak odwrócony Midas, wszystko, czego dotknął, zamieniało się w… stratę bądź zmarnowaną okazję.
ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: Sceny na meczu. Piłkarz uratował rannego ptaka
Flick mógł jedynie utwierdzić się w przekonaniu, że Torres na dłuższą metę nie jest w stanie wskoczyć na poziom porównywalny do tego, który Lewandowski prezentował choćby w poprzednim sezonie.
Niemiec zapewne stracił cierpliwość na początku drugiej odsłony, gdy Torres zaprzepaścił kolejną szansę – nie sięgnął piłki po zgraniu głową Pau Cubarsiego. Trener wysłał sygnał Lewandowskiemu, by ten zaczął intensywnie się rozgrzewać.
37-latek wszedł za Torresa w 62. minucie i zaprezentował się kibicom w specjalnie przygotowanej masce ochronnej. Niestety, Lewandowski zaliczył bezbarwny występ przeciwko Athletikowi, ale na jego usprawiedliwienie należy dodać, że w – odróżnieniu od konkurenta – koledzy praktycznie nie dostarczali mu podań.
W newralgicznym momencie z odsieczą ruszył Lamine Yamal. Jeden błysk geniuszu skrzydłowego w 68. minucie wystarczył Barcelonie do zwycięstwa 1:0 i sięgnięcia po istotne punkty w wyścigu po mistrzostwo Hiszpanii.
Yamal znów odegrał pierwszoplanową rolę. To nie przypadek, że właśnie on jest w tym sezonie najskuteczniejszym graczem „Dumy Katalonii” w La Lidze (w sobotę strzelił 14. gola). Wcześniej to miano było zarezerwowane dla Lewandowskiego.
Widać jak na dłoni, że klasyczne „dziewiątki” w postaci Lewandowskiego i Torresa nie spełniają oczekiwań, przez co odpowiedzialność za zdobywanie bramek, zwłaszcza w ostatnich meczach, spoczywała na innych piłkarzach.
Kibice Barcelony są świadkami powolnego zmierzchu Lewandowskiego – ze względu na jego PESEL ten moment musi nadejść prędzej niż później. Jednak tym bardziej nie można pokładać nadziei w Torresie.
Reprezentant Hiszpanii zaliczył ósmy z rzędu występ bez trafienia. W La Lidze wprawdzie może pochwalić się większą liczbą bramek od Lewandowskiego (12 do 11), natomiast to Polak wypada lepiej przy przeliczeniu rozegranych minut na gole. To działa na wyobraźnię, biorąc pod uwagę, że między nimi jest 12 lat różnicy.
Media niczym mantrę powtarzają, że kontrakt Lewandowskiego wygaśnie wraz z końcem czerwca, a spekulacje dotyczące jego przyszłości zbiegają się z plotkami o celach transferowych FC Barcelony. Mowa przede wszystkim o napastnikach, którzy mogliby być dostępni na rynku.
Joan Laporta dał do zrozumienia, że chciałby pozostania Lewandowskiego w klubie na kolejny rok. Nawet jeśli weteran poszedłby na pewne ustępstwa, godząc się na obniżkę pensji, oczywiste jest, że nie będzie mógł zaoferować Barcelonie tyle, co w poprzednich latach. Prime time ma za sobą.
Na tym etapie można tylko gdybać, czy klub będzie stać na pozyskanie snajpera z najwyższej półki pokroju Juliana Alvareza czy Harry’ego Kane’a. Ale ta pozycja wymaga poważnych wzmocnień, by w kolejnym sezonie Barcelona mogła walczyć jak równy z równym z Realem Madryt posiadającym w swoich szeregach niezawodnego Kyliana Mbappe.
Rafał Szymański, WP SportoweFakty