Styl jest czymś więcej niż modowe czy urodowe wybory. To część osobowości. W cyklu wywiadów Onet Ikony Stylu redaktorka prowadząca działu uroda Joanna Twaróg rozmawia z kobietami, które są współczesnymi ikonami — nie ze względu na wiek, a sumę doświadczeń oraz osobowość. Zachwycają nie tylko stylizacjami, ale również stylem życia i mogą inspirować innych.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Jaką definicję kobiecości przedstawiła Lara Gessler?
Kto jest dla Lary Gessler wzorem kobiecości?
Jak Lara Gessler postrzega modę?
Czego życzy Lara Gessler kobietom z okazji Dnia Kobiet?
Spotykamy się 4 marca 2026 r., kilka dni przed Dniem Kobiet.
Joanna Twaróg/Onet: Jak brzmi Twoja definicja kobiecości?
Lara Gessler: To siła płynąca ze środka. Ma ona związek z poczuciem własnej wartości budowanym w domu, w którym dorastamy. Wydaje mi się, że wspomnianą siłę, poczucie sprawstwa oraz niezależności, ale jednocześnie poczucie tego, że masz na kim polegać i nie musisz niczego całemu światu udowadniać wynosimy właśnie stamtąd. Dużo ostatnio o tym myślę ze względu na moją córkę i na to, jak chciałabym, by ona patrzyła na swoją kobiecość. Wielokrotnie redefiniowałam sobie to pojęcie. Bo definicje kobiecości mogą różnić się w zależności od tego, w jakim punkcie w życiu jesteśmy.
Wspomniałaś o córce. O wychowaniu syna też myślisz w tym kontekście?
Uważam, że w tych czasach dużo ciężej wychować syna niż córkę. Bo wiadomo, jaka córka ma być — niezależna, mądra, silna, ma mieć własne zdanie, wierzyć w swoje wartości. Jeśli chodzi o syna, chciałabym wychować go na dżentelmena i feministę zarazem. Zależy mi na tym, by był rodzinny, by miał świadomość, że każdy w tej rodzinie jest ważny. Niezależnie na płeć i inne czynniki.
To ważne, by dzieci, a szczególnie chłopcy, nie mieli wypaczonego wyobrażenia o feminizmie.
Zauważam problem, który polega na tym, że wiele osób zachowuje się jak feminiści, ale nie chce się do tego przyznać. Podobnie jak ci, którzy deklarują, że nie lubią wege jedzenia, po czym chętnie jedzą ziemniaki z jajkiem sadzonym. Bardzo boimy się terminologii.
Wracając do wychowania, sami musimy odnaleźć to, w czym czujemy się najlepiej, co jest naszymi przymiotami, którymi nie musimy się wyrzekać w imię tego, czego społeczeństwo wymaga i oczekuje. Wrażliwość albo heroizm. Trzeba zacząć od zdefiniowania samej czy samego siebie.
A sama nazywasz siebie feministką?
Wszelkie labele [etykiety — przyp. redakcji] bardzo nas od siebie odgradzają. A to dlatego, że ludzie nie zagłębiają się w znaczenie słów. Uważam się za feministkę. Ale jednocześnie nie lubię podziałów między ludźmi. W związku z tym wolę robić i nie nazywać niż nie robić, ale nazywać. Albo nawet robić i nazywać. Każde ekstremum odwodzi nas od postępu.
Trzeba stawiać jak najwięcej małych kroków w obrębie własnego otoczenia. Bo łatwo jest być feministą w Polsce, jeśli pracujesz w branży mody. Naprawdę, nic prostszego. Trudniej byłoby nim nie być. Natomiast w przypadku człowieka z małej miejscowości na Podlasiu ma to zupełnie inny wymiar. Łyżką, a nie chochlą. Musimy dostosować narzędzia do środowiska, w którym funkcjonujemy, aby doprowadzić do realnej zmiany. Nie chodzi o zaspokojenie własnego ego.
Lara Gessler w 2025 r.Jacek Kurnikowski / AKPA
Które kobiety uważasz za swój wzór kobiecości?
Maria Skłodowska-Curie. Ostatnio dużo o niej czytam i uważam, że była wspaniała. To jedna z pierwszych feministek. W wieku zaledwie kilkunastu lat wyprowadziła się do Francji, by dalej się uczyć. Wykładała na Sorbonie. Jako pierwsza kobieta w historii dostała Nobla. Niezwykła kobieta.
Kasia Sokołowska, która inspiruje mnie na wielu polach. Jest świetna, ma w sobie mnóstwo siły, elegancji, kobiecości. Polega na samej sobie. Jest self-made woman w najlepszym tego słowa znaczeniu.
I Bogna Sworowska. Udowadnia, że nie trzeba uciekać od kobiecości, żeby być feministką. Taka jest moja opinia.
Czym jest dla Ciebie dziś moda?
W dużej mierze moda jest dla mnie sztuką. Od tego zaczęła się moja miłość do niej, w ten sposób wciąż najbardziej lubię ją postrzegać. To dość naiwne, jednak związane z moimi zainteresowaniami, które krążą wokół artyzmu, kreacji, czyichś wizji. Ktoś projektuje pewien świat, a ty możesz się w nim zanurzyć, wziąć kawałek i zaadaptować do własnego życia. To mnie kręci. Ale, oczywiście, moda jest również narzędziem wpływu. Bardzo mocnym, ale jednocześnie miękkim. Ma wpływ na myślenie młodych ludzi, na nasze środowisko. To także świetny nośnik ideologii. Moda jest niebywałym kameleonem, który może posłużyć do różnych celów.
Trudno o jedną definicję. Bo czym innym będzie moda w kontekście młodych mam, które tworzą własną markę i projektują piękne ubranka dla dzieci z dobrych materiałów, a czym innym w przypadku luksusowych domów mody, mierzących się z pewnego rodzaju dziedzictwem. Do tego dochodzi fast fashion. Kolejna — zupełnie inna kwestia. Moda może być wszystkim.
A określenie „zabawa modą” z Tobą rezonuje?
Tak, bardzo. Nie przywiązuję się do trendów. Gdy widzę jakąś interesującą rzecz, lubię z nią pokombinować. Sprawdzam, co do mnie pasuje, jak coś czuję. Zabawa modą może być nagłym przewietrzeniem szafy, wprowadzeniem zamętu, przeciągiem. I wcale nie musi wiązać się z kupowaniem nowych rzeczy. Po prostu sprawia, że zaczynasz patrzeć w inny sposób na to, co już masz. To świetne uczucie.
Czy to podejście do mody zmieniło się w momencie, w którym zaczęłaś profesjonalnie zajmować się modelingiem?
Modeling też jest dla mnie zabawą. Nie żyję z niego. To coś, co dostarcza mi fajnych emocji. Ewidentnie nie jestem na takim etapie życia, w którym mogłabym się dla niego poświęcić, jak na przykład robią to młode dziewczyny.
Nie chcę wyjeżdżać na miesiąc na fashion week, żeby dopiero przekonać się, czy coś z tego wyjdzie czy nie. Zostawienie dzieci w domu to duży koszt. Zabawa w castingi nie jest dla mnie.
Warto jednak podkreślić, że choć sprawia mi to dużo frajdy, chodzi o coś innego niż ubieranie się, stylizowanie samej siebie. Bo w tym przypadku jestem nośnikiem mody, a nie twórcą. Wchodzisz w bajkę, którą ktoś wykreował. Ktoś daje ci moodboard, musisz osadzić się w konkretnym klimacie, odnaleźć się w nim — stajesz się pewnego rodzaju płótnem. Lubię taką formę performansu, improwizacji.
Lara Gessler w 2025 r.Jacek Kurnikowski / AKPA
Działania modelingowe łączysz z pracą restauratorki. Do tego dochodzą działania w mediach społecznościowych. No i życie prywatne. Dużo się dzieje. Dobrze czujesz się w takim ekosystemie, a może masz poczucie, że musisz coś udowodnić?
W ogóle nie mam poczucia, że muszę coś udowodnić. To nie jest moja emocja. Przychodzą do mnie różne rzeczy w różnych momentach. Czuję, że dzieją się dokładnie w tych momentach, w których powinny. Nie jestem typem, który planuje. „W tym roku chciałabym zrobić taką okładkę” albo „chciałabym pracować z tą czy tamtą osobą” — to nie jestem ja. Nie nakładam na siebie presji. Rzucam moje marzenia w niebo i czekam aż spadną. To mnie cieszy, powoduje, że się nie nudzę, ale też zbliżam się do samej siebie. Nie projektuję swojego świata. Reaguję na to, co się w nim dzieje.
Zawsze tak było z tym udowadnianiem sobie różnych rzeczy czy musiałaś się tego nauczyć?
Udowodniłam sobie to, co musiałam. I to dość wcześnie. Chodziło przede wszystkim o moje możliwości kulinarne. Musiałam się dowiedzieć, czy faktycznie potrafię gotować czy, po prostu, ludzie nie są szczerzy. W tamtym momencie mogło tak właśnie być. Zrobiłam to na polu zupełnie neutralnym — wyjeżdżając z Polski. Mówiąc wprost: bez nazwiska. No i tam rzeczywiście poznałam wartość moich umiejętności i smaku. Bardzo tego potrzebowałam.
Biorąc pod uwagę Twoje doświadczenia, nazwisko pomaga czy utrudnia?
To miecz obosieczny. Zresztą, tak samo jak w przypadku feminizmu czy wegetarianizmu, o których rozmawiałyśmy wcześniej. Ludzie mają bardzo konkretne wyobrażenia na różne tematy. Obojętnie, czy mówimy o nazwisku czy ideologii. Jak powiedział prof. Malinowski, „ludzie nie mają wiedzy, mają opinie”. Oczywiście, to budzi ciekawość. A ciekawość jest lepsza niż nic. Otwiera wiele drzwi. I nawet jeśli musisz coś udowodnić, to, przynajmniej na początku, wspomniana ciekawość może okazać się pomocna.
Teraz jestem w innym miejscu. Separowałam się — jak chciałam, dzięki czemu stałam się niezależnym bytem.
Od nazwiska ważniejszy jest dom, który nas warunkuje. Albo z tym walczymy, albo nie. To pewnego rodzaju kapitał. Moja mama zawsze powtarza, że jej rodzice otworzyli przed nią świat. W przenośni i dosłownie, biorąc pod uwagę granice. Dali paszport. Dali znajomość języków. Jako córka dziennikarzy miała różne możliwości. Ja natomiast dostałam bardzo dużą zachłanność na ludzi, na przeżywanie, na podróże. Przekazujemy sobie te wartości jak przysłowiową pałeczkę.
Nazwisko to mój dom, mój kapitał. Nawet mimo różnych doświadczeń.
Mam genialną cechę zapominania wszystkiego, co złe. To bardzo przydatne, regularnie z tego korzystam. Pamiętam tylko dobre chwile, w związku z czym mam wrażenie, że mój dom mnie zbudował. I myślę o tym, że może gdyby było lepiej, skończyłoby się gorzej? Nie wiadomo. Ale ufam, że wszystko w świecie dzieje się możliwie najlepiej.
W takim razie, jaki dom Ty chcesz tworzyć dla swojej rodziny, dla swojej dzieci?
Chcę budować dom, który jest stabilny, który jest miejscem i emocją zarazem, który buduje poczucie bezpieczeństwa. Dużo podróżujemy. Mimo tego chcę, żeby nasze dzieci czuły, że ten dom jest pewną stałą w ich życiu, a my — jako rodzice — pierwszym kontaktem. Chcę, żeby wiedziały, że nie ma totalnych błędów, złych ocen w szkole, że możemy szczerze rozmawiać o wszystkim, dyskutować, wspólnie podejmować decyzje. Bardzo ważna jest dla mnie szczerość. Otwartość. Wsparcie. Chcę, żeby dzieci czuły się uskrzydlone, wykarmione — zarówno pod kątem fizycznym, jak i duchowym czy estetycznym, żeby miały różne perspektywy na życie. To dla mnie bardzo ważne.
A sama czym się karmisz?
Karmię się szczęściem ludzi wokół mnie. Poza tym podróżami, różnymi doznaniami, które serwuję nie tylko sobie, ale i bliskim. Mojemu stadu. Uwielbiam planować wspólne aktywności. Jestem w ciągłym procesie organizacji. Jednocześnie chętnie rozpoczynam kolejne projekty. Podoba mi się to uczucie, gdy wiadomo, że idzie nowe. To sprawia, że dużo lepiej realizuję tematy, w które jestem zaangażowana. Napawa mnie to ekscytacją.
Mówisz otwarcie o tym, że w dzieciństwie brakowało Ci dyscypliny, że bardzo wcześnie, bo w wieku 12 lat, podjęłaś pracę wakacyjną. Wydajesz się bardzo surowa wobec siebie.
A wiesz, że może tak być? Naprawdę. Może tak być. Wymagam bardzo dużo od samej siebie, ale jednocześnie jestem hedonistką.
Co więcej, próbuję zaspokajać potrzeby różnych osób. Mowa także o tych, które są moimi wyobrażeniami na ich temat. Ale lubię uprzedzać te potrzeby.
Próbuję rozciągać dobę do granic możliwości, żeby ze wszystkim się wyrobić, wszędzie zdążyć. Biorąc to pod uwagę, jestem dość zdyscyplinowana.
Potrafisz prosić o pomoc?
Nauczyłam się prosić o pomoc. Ale, co ważne, nie każdego. Zmieniłam sposób myślenia. A mianowicie dostrzegłam, że pomaganie sprawia ludziom przyjemność. Uświadomiłam sobie, że lepiej poprosić o pomoc i dowieźć niż potem boksować się z jakimś tematem. Poza tym odsłanianie swojego miękkiego podbrzusza, które ma z tym związek, jest wyrazem zaufania, pomaga budować więzi.
Kto jest Twoim metaforycznym „kontaktem alarmowym”?
Przez całe życie mój tata nim był. Teraz — mój mąż, który jednocześnie jest moim najlepszym przyjacielem. Do mamy też dużo dzwonię. Jednak jej się nie zwierzam. W tym przypadku trzymam mocno gardę. Nie odpuszczam. Mam „moją” Ewę, która jest moją przyjaciółką i managerką. Ale, wiesz co, mamy to szczęście, że posiadamy wąskie grono przyjaciół, głównie ze świata literatury i sztuki, a nie z show-biznesu. Trzymamy się blisko. Konfrontujemy swoją rzeczywistość. Wiem, że do każdej z tych osób mogłabym zwrócić się z dowolnym problemem, co daje mi duże poczucie komfortu.
Lara Gessler i Piotr Szeląg w 2025 r.AKPA
Potrafisz doceniać siebie?
Tak, mam takie fale doceniania siebie. Uważam, że życie jest pewnego rodzaju patchworkiem, impresjonistycznym obrazem stworzonym z wielu plam, a nawet pikseli. Czasem jest nam ze sobą lepiej, czasem gorzej. I to jest w porządku.
Czego życzysz sobie i innym z okazji Dnia Kobiet?
Na pewno tego, o czym właśnie rozmawiałyśmy, czyli, żeby się doceniały. Życzę kobietom, by same dla siebie były swoimi najlepszymi przyjaciółkami, żeby dawały sobie rady w trzeciej osobie, bo często lepsze rady mamy dla innych, żeby pamiętały, że nie muszą zawsze być odważne i samodzielne. Bliscy, w tym faceci, ucieszą się, że mogą je wesprzeć. Tego też trzeba się nauczyć. Ale, naprawdę, czasem warto oddać trochę kontroli. Dla dobra relacji, dla poczucia ulgi. I to wcale nie oznacza nieporadności. Bądźmy dla siebie łaskawi.