Jan Krzystyniak był jednym z czołowych polskich żużlowców na przełomie lat 80. i 90. Przez 20 lat kariery sięgnął po 10 medali Drużynowych Mistrzostw Polski, w tym pięć złotych. Jest także dwukrotnym indywidualnym wicemistrzem Polski. W swoim dorobku posiada jeszcze choćby zwycięstwa w turnieju o Złoty Kask, Łańcuchu Herbowym miasta Ostrowa Wielkopolskiego czy Memoriale Alfreda Smoczyka.
Swój macierzysty klub z Zielonej Góry opuścił, ponieważ włodarze winę za jego słabszą formę zrzucali na żonę Krzystyniaka. Po karierze zawodnika i trenera spotkała go ogromna tragedia. W 2011 roku zmarł jego 24-letni syn. Od tego momentu życie byłego żużlowca i jego żony całkowicie się zmieniło.
Obecnie utytułowany zawodnik chętnie komentuje różne sytuacje żużlowe. Często jego opinie są bardzo bezpośrednie. Jan Krzystyniak urodził się 14 marca 1958 roku. W sobotę obchodzi więc swoje 68. urodziny. Co ciekawe, po odebraniu telefonu przyznaje, że nawet o tym nie pamiętał i dziękuje za przypomnienie.
ZOBACZ WIDEO: Sensacyjny powrót? Oto rola Jacka Frątczaka w Falubazie
Mateusz Kmiecik, WP SportoweFakty: Co pan porabia na zasłużonej emeryturze?
Jan Krzystyniak: Będąc młodszy, trochę inaczej sobie wyobrażałem ten okres. Wydawało mi się, że będę miał za dużo wolnego czasu i zastanawiałem się, jak go wypełnię, żeby się nie nudzić. Rzeczywistość zweryfikowała. Wstaję o godzinie 6 i chodzę spać o 22. Ciągle jestem zajęty. Niekiedy nawet kawę piję na stojąco. Co najważniejsze, minimum dwie godziny dziennie muszę spędzić z człowiekiem, który trzyma mnie przy siłach, czyli z wnuczkiem. Sporo pomagam swoim dzieciom. Partner mojej starszej córki przebywa za granicą i nie mógłbym patrzeć, jak sama się męczy w domu. Czasami wyskakuję z młodszą córką na dzień lub dwa w góry czy nad morze.
Trudniej było w trakcie kariery żużlowej czy teraz?
To są dwa różne życia, ale całe wypełnione. Wtedy myślałem nad sprzętem, treningami czy wyjazdami. Tylko wówczas tak naprawdę plan dnia był ustalany przez inne osoby. Obecnie jestem panem swojej sytuacji, choć oczywiście muszę zwracać uwagę na członków rodziny. Staram się ich słuchać i pomagać, ile mogę.
Często negatywnie się pan wypowiada o obecnym żużlu. Co panu w nim najbardziej przeszkadza?
Jego poziom. Z roku na rok się on obniża. W latach 80. i 90. średnia wieku drużyny wynosiła dwadzieścia kilka lat. Gdy zielonogórski klub w 1981 roku po raz pierwszy zdobył złoty medal Drużynowych Mistrzostw Polski, średnią wieku zawyżał Stefan Żeromski, który miał skończone 27 lat. Dziś w zespołach jeżdżą zawodnicy 40 plus. Oczywiście, jeśli chcą, niech to robią. Aczkolwiek dzieje się tak, gdyż nie są oni wypierani przez młodych.
Kilka lat temu pytałem byłego zawodnika Falubazu – Zbigniewa Filipiaka, dlaczego zakończył karierę w wieku 31 lat. Odpowiedział mi: „Co miałem robić – szarpać się z wami, kiedy was tylu młodych harpaganów było i walczyć o skład? Bez sensu, wolałem skończyć”. Natenczas 30-latek musiał pomału kończyć karierę, bo nie łapał się do składu.
Teraz młodzi żużlowcy startują tylko dlatego, że wymaga tego regulamin. Może jednakże jest to dobry pomysł, ponieważ mógłby w końcu przyjść moment, w którym ci starsi by skończyli i nie miałby kto ich zastąpić. Szkoląc młodzież kilkanaście lat temu, musiałem niektórym chłopcom niestety podziękować. Ci, którzy się wtedy nie nadawali, dzisiaj byliby gwiazdami.
Młodzi zawodnicy w latach 80. i 90. byli lepsi niż obecnie?
W każdym klubie było po kilku chłopaków dobrze punktujących. Byli nawet liderami w swoich zespołach. Reprezentowali też Polskę na arenie międzynarodowej. Wówczas była jednak przepaść sprzętowa między naszym krajem a państwami z zachodu. Tam jeżdżono na zdecydowanie lepszych silnikach niż u nas. W tej chwili wszyscy mają dostęp do tego samego i poziom między różnymi nacjami się wyrównał.
Wpływu nie mają także dużo łatwiejsze tory niż kilkadziesiąt lat temu?
Obecne pozwalają starszym żużlowcom dobrze punktować. Tak naprawdę nie wymagają kondycji. Teraz gdy tylko pojawią się dwie małe dziurki albo trochę popada, zawodnicy mają problemy z przejechaniem czterech kółek. Obecne owale i ślizganie się w poprzek przez cztery okrążenia również mi się nie podobają. O dziwo mam wrażenie, że przy takich nawierzchniach jest więcej wypadków niż kiedyś, gdy było sporo dziur. Można to porównać do sytuacji na drogach. Więcej zdarzeń jest przy słonecznej pogodzie niż na oblodzonych ulicach. Tory są wygłaskane, a panowanie nad motocyklem u wielu żużlowców pozostawia sporo do życzenia.
Na zdjęciu: Jan Krzystyniak (po lewej)
Często pod pana wypowiedziami pojawia się sporo negatywnych komentarzy. Czyta je pan?
Nie obchodzi mnie to. Mówię to, co myślę. Dla mnie najważniejsza jest opinia kolegów, z którymi kiedyś jeździłem, a oni przyznają mi rację. Każdy ma prawo do swojej opinii. Kilka razy przeczytałem komentarze na swój temat i się z nich śmiałem. Dzisiaj już tego nie robię. Gdyby jednak ktoś wyrządził mi fizyczną krzywdę, z dnia na dzień zakończyłbym udzielanie wypowiedzi.
Czyli prosto w oczy nigdy nikt panu nic nie powiedział?
Jeszcze nigdy się nic takiego nie wydarzyło.
Wcześniej wspomniana pana kariera trenerska nie była długa, lecz trzy medale DMP (2 srebrne i 1 brązowy – dop. red.) udało się wywalczyć. Mimo wszystko żałuje pan tego okresu życia?
Ta kariera była niedługa, ale faktycznie pojawiły się jakieś sukcesy. Absolutnie nie żałuję, że podjąłem się tej pracy. Jednakże zmieniający się żużel spowodował, że dałem sobie spokój. Powiedziałem wtedy, że moja noga na stadionie w jakiejś roli funkcyjnej już nigdy nie postanie.
Czyli nie pojawia się pan na obiektach żużlowych?
Ostatni raz byłem na meczu w 2010 roku, gdy prowadziłem Włókniarz Częstochowa. Pod koniec sezonu widziałem, w jakim kierunku zmierzają szkolenie, tory czy zawodnicy. Nie mogłem się na to godzić. Nie chciałem w tym brać udziału.
Na stadionach czasami bywam, ale tylko dlatego, że grupa byłych zawodników często spotyka się przy okazji różnych imprez. Takie zgromadzenia są organizowane dla przykładu przy okazji Grand Prix w Toruniu. Niedługo coś takiego będzie miało miejsce podczas Indywidualnych Międzynarodowych Mistrzostw Ekstraligi im. Z. Plecha w Łodzi. Zbiórkę robimy już dzień wcześniej.
Krótko po zrezygnowaniu z pracy trenera wydarzyła się ogromna tragedia.
Miała ona miejsce kilka miesięcy później. Pewnie, gdybym nie skończył kariery trenerskiej w 2010 roku, zrobiłbym to wtedy. Byłem po tej sytuacji całkowicie wyłączony. Mówią, że czas goi rany. Może te słowa wypowiadają osoby, które nie doznały tak wielkiej tragedii. Uważam, że człowieka nie może spotkać gorsza rzecz, jak śmierć własnego dziecka – to jest przerażające.
We wcześniej wspomniane góry wyjeżdżam tylko na dzień czy dwa, ponieważ nie mógłbym nie odwiedzić własnego syna. Od 15 lat jestem codziennie na cmentarzu. Przez ten czas świeczka na grobie nie zgasła ani razu. Wracam z podróży po dniu lub dwóch, bowiem nie wiem, co się dzieje na cmentarzu. Muszę sprawdzić, czy świeczka się nadal pali.
Moja żona nie opuszcza Leszna, gdyż każde miejsce przypomina jej syna. Krótko po jego śmierci wyjechaliśmy razem za namową córki, która chciała ją wyciągnąć z domu. Żona jednak przeżyła go niesamowicie i od tamtej pory nigdy nie wyjechała poza Leszno.
To zdarzenie miało ogromny wpływ na naszą rodzinę. Życie nie jest już takie jak przed śmiercią syna. Dla przykładu nie obchodzimy Świąt. To najtrudniejsze chwile, kiedy słyszymy wkoło, że ludzie się cieszą z tego okresu i spotkań z innymi. Ja z żoną za to siedzę praktycznie w milczeniu przez dwa dni.
Na zdjęciu: Jan Krzystyniak
Porozmawiajmy jeszcze o pana bogatej karierze żużlowca. Jak na lata 80. i 90., całkiem często zmieniał pan kluby. Ciekawi mnie jednakże przede wszystkim odejście z macierzystego Falubazu. Co było powodem przejścia do Unii Leszno?
Na początku 1984 roku moje wyniki były kiepskie. Przyczyny szukano u zawodnika. Zwalano winę na to, że się ożeniłem. Dopuszczono się perfidnej rzeczy. Gdy się o niej dowiedziałem, stwierdziłem, że nie ma sensu, abym dalej jeździł w zielonogórskiej drużynie. Żona po jakimś czasie przyznała mi się, że wezwano ją do klubu i wypytywano, co się w domu dzieje, jakie są podstawy moich niepowodzeń. Przez tydzień nie mogłem dojść do siebie i zrozumieć, jak można się posunąć do wypytywania, jak na policji w trakcie jakiegoś śledztwa, kobiety w ciąży.
Moja żona w żużlu nie miała żadnego wpływu na mnie. Nawet nie była kibicem tej dyscypliny i nie znała się na niej. Zawsze mi powtarzała, że sam wiem, co mam robić. Chciała za to pomagać mi na tyle, ile potrafiła. Późniejsze wyniki były naprawdę dobre, także za jej sprawą.
Zawsze mówię, że pierwszy bieg zawodów zaczyna się już w domu. Gdy zamykam drzwi za sobą, muszę być szczęśliwym człowiekiem, mieć wszystko zapięte na ostatni guzik w domu i być świadomym, że dzieci są zdrowe oraz zaopiekowane. Żona sama chciała się zajmować domem, a mi kazała skupić się na żużlu. Nie była nawet w pół procencie winna przeprowadzki do Leszna. Swoje osiągnięcia zawdzięczam wyłącznie jej i rodzinie.
Widziałem przyczynę moich niepowodzeń na początku sezonu 1984. Zresztą wcześniejszy rok był dla mnie naprawdę dobry. Tylko nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Żałuję, że musiałem szukać po świecie klubów, które dałyby mi to, czego potrzebuję. W Zielonej Górze zwalano winę na mnie i rodzinę, a nie na sprzęt. Nikt nie chciał mnie wysłuchać.
Pewnie niewiele osób już pamięta, ale na przełomie lat 80. i 90., był pan jednym z najlepszych polskich zawodników. Lista sukcesów jest naprawdę spora.
Być może moje słowa krytyki w kierunku niektórych zawodników biorą się właśnie z tego. Zawsze mówiłem, że żużlowiec musi być na jakimś jednym, równym poziomie. Nie mogę się teraz pogodzić, że zawodnik w jednym meczu potrafi zdobyć 13-14 punktów, a w następnym dużo mniej.
Osiągnięć ma pan mnóstwo, ale złota Indywidualnych Mistrzostw Polski brakuje. Są „tylko” dwa srebra.
W obu przypadkach przyczyną był defekt motocykla. W 1988 roku wiele osób myślało, że przepuściłem Romana Jankowskiego, ponieważ wyprzedził mnie na ostatnim łuku. Prawda jest taka, że zatarł mi się silnik. Zabrakło mi 50 czy 60 metrów. W następnym sezonie w drugim wyścigu przyjechałem trzeci, chociaż w nim prowadziłem. Wówczas na ostatnim wirażu rozszczepił się łańcuszek rozrządu. Były jeszcze inne finały, w których przy mojej większej uwadze można było zdobyć tytuły.
Źródło: PAP/ Ryszard Janowski/ Na zdjęciu: Jan Krzystyniak (po lewej) i Andrzej Huszcza (po prawej)
W 1983 roku niewiele zabrakło, aby tych wszystkich sukcesów nie było.
Szczęście w nieszczęściu, że ten wypadek wydarzył się w RFN. Gdyby miał on miejsce w Polsce, trudno powiedzieć, jakby to się skończyło. Podczas eliminacji do mistrzostw świata rywal spowodował mój upadek, a zawodnik niemiecki, jadący kilkadziesiąt metrów za mną, wjechał we mnie. Przez kilkanaście godzin byłem nieprzytomny. Powiedziano mi, że dużo nie brakowało, aby kręgi szyjne przecięły rdzeń. To wiązałoby się ze śmiercią albo całkowitym paraliżem.
Opuścił pan jednak tylko jeden mecz ligowy.
Takie były czasy. Wtedy nie patrzono na stan zdrowia zawodnika, ważny był wynik. Mój szybki powrót wiązał się z ogromnym ryzykiem. Około 20 lat po wypadku spotkałem lekarza, który musiał podpisać książeczkę zdrowia. Zdradził mi, że cały czas nie może przespać wiele nocy, gdy przypomni sobie, że pozwolił mi wsiąść na motocykl. Jeździłem nawet w gorsecie. Każdy najmniejszy upadek, według tego lekarza mógł się skończyć nawet śmiercią.
Ten gorset był normalnie widoczny?
Wystawał mi spod skóry (kombinezon – dop. red.) i sięgał mniej więcej do połowy głowy. Ocierał się o kask.
Nieprawdopodobna, ale i kontrowersyjna historia. Dzisiaj krytykuje się zawodników jeżdżących z kontuzjami, lecz takie sytuacje się nie zdarzają.
Dlatego obecnie też piętnuję żużlowców, którzy ledwo wsiadają na motocykl, chociaż sam tak postąpiłem. Cofając się w czasie, nigdy bym już niczego takiego nie zrobił. Te niewyleczone kontuzje odzywają się do końca życia.
Żużlowcy z pana czasów byli w stanie zarobić takie pieniądze, aby coś odłożyć na późniejsze lata?
Byłoby to realne, gdybym pozostał amatorem. Kończąc przygodę ze sportem żużlowym, bo kariery to ja jakiejś nie zrobiłem, zaczynałem życie od zera. Natenczas zawodowstwo wkraczało w tę dyscyplinę. Kluby głównie utrzymywały się z dni meczowych i wypłacały pieniądze przede wszystkim zawodnikom zagranicznym. Polscy byli spychani na bok. Co więcej, kluby wielokrotnie nie były w stanie zapłacić żużlowcom należytych kwot.
Był jeden sezon, który przejeździłem za darmo. Dostałem pieniądze tylko za pierwszy mecz i wszystkie oszczędności z czasów amatorskich zostały przeznaczone na przygotowanie sprzętu. Żałuję, że kiedy wszedł sport zawodowy, nie zakończyłem uprawiania żużla.
W czasach amatorskich byliście po prostu zatrudniani w firmach i one wypłacały pensje?
Wszyscy zawodnicy byli zatrudnieni w zakładach państwowych. Kiedy zaczynałem jeszcze w latach 70., musieliśmy chodzić do pracy. Byliśmy zwalniani tylko na treningi i zawody. Później byliśmy już oddelegowywani do klubów i raz na miesiąc zgłaszaliśmy się po wypłatę w firmie. Oczywiście to nie były ogromne sumy. Gdy jako junior po raz pierwszy zdobyłem 13 punktów, zaprosiłem kolegów do kawiarni na kawę oraz lody i już nie było tych pieniędzy.
Na zdjęciu: Jan Krzystyniak (po lewej)
Wnuk wypytuje o pana karierę?
Tak, ponieważ widzi puchary i czasami pyta się, gdzie jakiś wygrałem.
Jeśli powie, że chciałby być żużlowcem, jak dziadek zareaguje?
Gdy mój syn był malutki, nigdy go nie brałem na stadion. Nie chciałem, aby coś u niego zaiskrzyło. Wiem, co znaczy cierpienie na torze. Nie mógłbym patrzeć, jak moje dziecko zwija się z bólu. Czasami jednak sobie mówię, że gdybym brał ze sobą syna i jeździłby na żużlu, to może by dzisiaj żył. Nie wiemy, jakie są losy człowieka.
Nawet jeśli wnuk kiedykolwiek coś powie, nigdy nie będę nikomu jakimś przewodnikiem. Mogę tylko podpowiedzieć. Aczkolwiek nie myślę o tym, ponieważ sądzę, że nie dojdzie do takiej sytuacji. Będę się starał go wychowywać, tak samo, jak pozostali członkowie rodziny, na dobrego i mądrego człowieka. Gdy dorośnie, sam zadecyduje. Na pewno nie będę go namawiał, a prędzej odwodził od pomysłu zostania żużlowcem.
Aczkolwiek, gdybym był takim chłopcem, bez wątpienia jeszcze raz bym się pisał na to, aby usiąść na motocykl. Sam nie dostałem zgody na jazdę na żużlu od rodziców. Zacząłem karierę bardzo późno. Udało mi się namówić tatę. Podpis mamy za to podrobiłem. Potem były problemy. Ostatecznie moja i brata pasja do żużla była tak wielka, że początkową trudną ścieżkę potrafiliśmy pokonać. Później mama widziała, jak daleko to zabrnęło i odpuściła całkowicie.
Rozmawiał Mateusz Kmiecik, dziennikarz WP SportoweFakty