Jeśli ktoś lubi oglądać loterie, to nie musiał w niedzielę czekać do samego wieczora na losowanie lotto. Inaczej drugiego konkursu PŚ w skokach narciarskich w Oslo zupełnie się nie da opisać. Wyniki niewiele miały wspólnego z aktualną formą zawodników i zależały po prostu od tego, czy miało się szczęście.

„Safety first”? Dobre żarty

Bardzo dużo tej zimy mówi się o zasadzie safety first, czyli bezpieczeństwo przede wszystkim. W imię tej reguły przy stabilnych warunkach wielokrotnie skracano belkę lub ustawiono ją za nisko. Wielu konkursów po prostu nie dało się oglądać, bo wszyscy lądowali w okolicach punktu konstrukcyjnego, może czasem z wyłączeniem Domena Prevca. Często nie było ku temu żadnych powodów. Tak zabito święto lotów, czyli styczniowe mistrzostwa świata.

ZOBACZ WIDEO: Robert Korzeniowski o działaniach PKOl-u: Obserwuję, jak film fabularny

W ten sposób szkodzono skokom, bo FIS odbierało to, co w skokach najpiękniejsze, a więc widowiskowość. Z kolei w niedzielę, kiedy faktycznie bezpieczeństwo zawodników było zagrożone, organizatorzy sobie po prostu spali. Absurd gonił absurd, a FIS sama się ośmieszyła.

Dla przykładu Kristoffer Eriksen Sundal miał pretensje po tym, jak skoczył… poza rozmiar skoczni. Widać było, że skracał skok i ironicznie pokazywał „okejkę” jury. Jego zdaniem puszczono go w warunkach, które zagrażały jego bezpieczeństwu. Na tym jednak frustracji gospodarzy nie koniec.

Jakieś trzy minuty po nim swoją próbę oddał Johann Andre Forfang, który w sobotę walczył o podium. Jemu jednak warunki nie pozwoliły rozwinąć skrzydeł. Skakał niemal w ciszy i uzyskał zaledwie 104,5 metra. Był trzeci od końca. Widać było, że był wściekły. Kamery pokazały jak zdenerwowany rzucał plecakiem.

Chwilę później Stefan Horngacher kręcił głową z niedowierzaniem, w jakich warunkach puszczono jego podopiecznego. Kilkanaście sekund wcześniej kamery pokazywały, jak przed skokiem Felixa Hoffmanna podmuchy przy progu przekraczają 6-7 m/s na sekundę. Na momencik się uspokoiło i zawodnik został puszczony. Wyglądało to ekstremalnie niebezpiecznie, niemal stracił równowagę w locie. Na szczęście się uratował, ale ledwo wylądował.

Nic więc dziwnego, że jego kolega powiedział, że… nie będzie skakał. „Nie będę robił tego g***a” – powiedział wprost mistrz olimpijski Philipp Raimund i po prostu zrezygnował z udziału w zawodach. I szczerze mówiąc w ogóle mu się nie dziwię. Nie ma co ryzykować zdrowia dla zwykłego konkursu Pucharu Świata.

O loteryjności wynik najlepiej świadczy fakt, że z czołowej trójki klasyfikacji Pucharu Świata w drugiej serii znalazł się tylko jeden, bo odpadli Ryoyu Kobayashi i Daniel Tschofenig. Do tego w trzydziestce nie znalazł się też sobotni zwycięzca Gregor Deschwanden.

Wisienką na torcie była dyskwalifikacja Valentina Fouberta. Francuz został wykluczony, bo… skakał w plastronie z zawodów Lahti, które odbyły się tydzień temu. To chyba najbardziej absurdalna dyskwalifikacja w historii skoków.

Wszyscy byli w szoku, kiedy jury ogłosiło, że planuje zorganizować drugą serię i być może dalej ryzykować zdrowiem zawodników. Na szczęście organizatorzy poszli do rozum do głowy i po kilkunastu minutach zdecydowali, że tej farsy nie będzie.

Czwórka w trzydziestce. Co to oznacza dla Polaków?

Gdyby ktoś nie oglądał konkursu, to mógłby pomyśleć – czterech Polaków w drugiej serii? To nasz najlepszy wynik od dawna. Tak było, ale większość Biało-Czerwonych dostało się do czołowej trzydziestki psim swędem. Oczywiście, mogą cieszyć pierwsze od dwóch miesięcy punkty Pucharu Świata Pawła Wąska, ale trzeba je traktować raczej jako wynik loteryjnych wyników niż wzrost formy.

Co nas dalej czeka w tym sezonie? Na premierowe podium Kacpra Tomasiaka w Pucharze Świata chyba sobie jeszcze poczekamy do kolejnej zimy. Rzecz jasna jeśli nie będzie jakichś loteryjnych zawodów.

Teraz czekają nas tylko loty, na których trzykrotny medalista olimpijski zadebiutuje. Wcześniej trener Maciej Maciusiak się nie powoływał go na konkursy na obiekcie mamucim i słusznie. Nie warto było ryzykować utratę rytmu w kontekście igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata juniorów. Nie ma co więc oczekiwać od Tomasiaka wielkich wyników w kontekście konkursów w Vikersund i Planicy. On jedzie tam po naukę.

Martwi za to forma innych. Nikt poza Tomasiakiem w kadrze niestety nie skacze dobrze. Cała nadzieja chyba w Piotrze Żyle, który mimo słabej formy potrafi latać. Może Kamil Stoch się odbuduje w swoich ostatnich konkursach w karierze. Oby, bo zasługuje na zdecydowanie bardziej radosne pożegnanie, niż wynikałoby to z jego skoków w Oslo.

Arkadiusz Dudziak, dziennikarz WP SportoweFakty