Laura Grzyb triumfalnie powróciła do ringu po przerwie od bokserskiej rywalizacji. W trakcie gali Knockout Boxing Night 44 w Jastrzębiu-Zdroju Polka stoczyła emocjonujący pojedynek z Simamkele Tuntsheni  z RPA. Zdecydowane zwycięstwo jednogłośną decyzją sędziów przyniosło naszej pięściarce tytuł mistrzyni świata IBO w wadze superkoguciej.

Grzyb pokazała w tym pojedynku swoje doświadczenie i waleczność, które wcześniej doprowadziły ją m.in. do mistrzostwa Europy EBU. Mogłoby się wydawać, że kolejny sukces w karierze przełoży się na solidny zastrzyk finansowy. Nic bardziej mylnego, a smutną prawdę 30-latka wyjawiła w rozmowie z Interią.

ZOBACZ WIDEO: Robert Korzeniowski o działaniach PKOl-u: Obserwuję, jak film fabularny

– Nie zarabiamy na tej walce i nie otrzymuję wynagrodzenia za ten pojedynek. Powtórzę, oczywiście nie mam żadnych pretensji, ja to akceptuję. Zależało mi na zorganizowaniu walki, zorganizowaniu gali i spełnieniu swojego marzenia. To był nasz cel – zdradziła Grzyb.

Pieniądze pozyskane od sponsorów i partnerów pokryją koszty związane z samą walką. – One pozwalają na opłacenie tej walki i wychodzę na zero, bo też sporo pieniędzy wyłożyliśmy na przygotowania. Mówiąc wprost: jestem na zero w tej walce – dodała.

Niepokonana w ringu 30-latka w ubiegłym roku podpisała kontrakt z KSW. Rywalizacja w formule MMA jest dla niej obecnie priorytetem, a wszystko z uwagi właśnie na kwestie finansowe.

– Muszę wrócić do pracy i zarabiać pieniądze, więc to nieuniknione, że muszę kontynuować walki w MMA. Jednak to, co sobie zbudowałam w boksie przez lata, to mam. Wczoraj sobie udowodniłam, że tego nie zapomniałam i boks nadal we mnie tkwi – skwitowała nowa mistrzyni świata IBO w wadze superkoguciej.