Kurt Russell obchodzi 75. urodziny. Jak rozpoczęła się jego kariera?
Kurt Russell jest synem aktora Binga Russella, dzięki czemu już jako dziesięciolatek zagrał w kilku serialach i filmach telewizyjnych, głównie wytwórni Disneya. Pierwszy raz na dużym ekranie można go było zobaczyć w 1963 roku i był to debiut, który pamięta się do końca życia. W filmie Normana Tauroga „Co się wydarzyło na Targach Światowych” mały Kurt wystąpił bowiem u boku samego Elvisa Presleya (Russell wcielił się w chłopca, który… kopie gwiazdora). Zdarzenie to wywarło ogromne wrażenie na młodzieńcu, który w ciągu kolejnych lat swojej kariery kilka razy będzie przyjmował role w różny sposób związane z niezapomnianym królem rock and rolla, w ten sposób oddając muzykowi swoisty hołd. Dokładnie 16 lat po spotkaniu z legendarnym piosenkarzem to właśnie w niego wcielił się w produkcji, która rozpoczęła jego wielką karierę. Za rolę w biograficznym filmie stacji ABC zatytułowanym „Elvis” dostał zresztą nominację do nagrody Emmy.
- Dyrektor PISF o sukcesie Polaka. „Ważny sygnał dla polskiego środowiska filmowego”
- Niepozorny film stał się kasowym hitem. Zdradza, co drugą częścią
W 1994 roku na ekrany kin trafił nagrodzony sześcioma Oscarami „Forrest Gump” Roberta Zemeckisa, w którym w jednym z epizodów pojawia się postać Elvisa Presleya. Russell oczywiście nie zagrał początkującego muzyka – był już na to za stary – podłożył natomiast głos, fenomenalnie imitując wymowę i akcent króla rocka. Ostatnia jak dotąd styczność Russella z postacią piosenkarza miała miejsce w filmie „3000 mil do Graceland” (2001). Russell zagrał członka grupy przestępców, która w przebraniach Presleya organizuje skok na kasyno w Las Vegas podczas dorocznego Święta Elvisa. Obraz Demiana Lichtensteina, mimo udziału wielu gwiazd (oprócz Russella zagrali w nim także m.in. Kevin Costner, Christian Slater i Courtney Cox), okazał się jednak niewypałem, miał fatalne recenzje i był nominowany do aż pięciu Złotych Malin.
Na planie wspomnianego filmu „Elvis” młody aktor spotkał również niezwykle znaczącego w jego dalszej karierze reżysera, Johna Carpentera. To właśnie ten twórca uczynił go gwiazdą kilku kolejnych swoich dzieł, które w niedługim czasie zyskały status kultowych. Ich drugim wspólnym filmem była „Ucieczka z Nowego Jorku” (1981), w której aktor wcielił się w rolę Snake’a Plisskena. Pełen akcji obraz, rozgrywający się w futurystycznej rzeczywistości, osiągnął niebywały sukces i piętnaście lat później doczekał się sequela, „Ucieczki z Los Angeles”.
Zanim jednak doszło do jego powstania, aktor wystąpił w jednym z najsłynniejszych dzieł Carpentera, horrorze z pogranicza science fiction – „Coś” (1982). Film był remakiem obrazu z 1951 roku i opowiadał o obcej formie życia, która przypadkiem zostaje aktywowana. Russell grał członka placówki badawczej na Antarktydzie, który musi stawić czoła „obcemu”. Cztery lata później artysta wystąpił w kolejnym filmie amerykańskiego reżysera – „Wielkiej drace w chińskiej dzielnicy”. Tym razem wcielił się w kierowcę ciężarówki, który przypadkiem wplątuje się w mistyczną aferę z chińskim czarownikiem w roli głównej.
Kurt Russell: te role przyniosły mu sławę
Kurt Russell zawsze świetnie czuł się w kinie akcji zakorzenionym w klasycznych gatunkach filmowych. Oprócz wspomnianych dzieł Carpentera zagrał też w kilku innych obrazach reprezentujących science fiction, m.in. w „Gwiezdnych wrotach” (1994) Rolanda Emmericha czy „Galaktycznym wojowniku” (1998) Paula W.S. Andersona. W obu wcielał się w zawodowego żołnierza, który dzięki sprawności fizycznej i znakomitemu wyszkoleniu stawia czoła niebezpiecznym przeciwnikom.
Oczywiście aktor próbował swoich sił także w produkcjach nieco bardziej osadzonych w rzeczywistości. W 1993 roku zagrał główną rolę w westernie „Tombstone” George’a P. Cosmatosa. Wcielił się w Wyatta Earpa, który wraz z braćmi (Bill Paxton, Sam Elliot) i słynnym rewolwerowcem Dokiem Hollidayem (Val Kilmer) musi bronić miasto przed groźnym gangiem Clantonów.
Po roku 2000 kariera Russella nieco przygasła, reżyserzy o nim zapomnieli i dostawał coraz mniej atrakcyjne propozycje. Na pierwsze strony powrócił jednak za sprawą dwóch filmów: katastroficznego „Posejdona” (2006) Wolfganga Petersena oraz thrillera „Grindhouse: Death Proof” (2007) Quentina Tarantino. Zapadający w pamięć był zwłaszcza występ w tym drugim filmie, łączącym typowy horror z kinem akcji pełnym samochodowych pościgów.
W 2015 roku Russell ponownie nawiązał współpracę Tarantino. Aktor wcielił się w łowcę nagród Johna Rutha w „Nienawistnej ósemce”. Po latach zagrał także w jego nagrodzonej dwoma Oscarami produkcji „Pewnego razu… w Hollywood”.
Gwiazdor ma również na koncie rolę w uwielbianym na całym świecie cyklu filmów „Szybcy i wściekli”. Widzowie mogli zobaczyć go w siódmej (2015), ósmej (2017) i dziewiątej (2021) części hitu.
Kurt Russell: „jesteśmy tylko nadwornymi błaznami”
Russell od lat unika publicznego wypowiadania się na tematy związane z polityką i nakłania do tego samego swoich kolegów po fachu. Uważa bowiem, że ludzie pracujący w branży rozrywkowej powinni skoncentrować się na swojej roli, a jest nią – zdaniem Russella – rozbawianie publiczności:
„Zawsze czułem się kimś na kształt nadwornego błazna. Bo to w istocie robimy – jesteśmy tylko nadwornymi błaznami. Moim zdaniem aktorzy powinni zrezygnować z publicznych wypowiedzi na tematy, które mogą utrudnić widzom zobaczenie ich później w odmiennej roli. Nie ma powodu, dla którego artyści mieliby nie zgłębiać tematów związanych z polityką, podobnie jak każdy inny człowiek. Ale myślę, że wówczas tracą ów status nadwornego błazna, co jest smutne. A ja zdecydowanie nim jestem. Do tego zostałem stworzony”.
Goldie Hawn i Kurt Russell: najtrwalszy związek w Hollywood? Do dziś nie wzięli ślubu
Goldie Hawn i Kurt Russell są razem od 1983 roku, tworząc jedną z najbardziej podziwianych par w Hollywood. Po raz pierwszy spotkali się w 1966 roku na planie „The One and Only, Genuine, Original Family Band”, jednak wtedy łączyła ich tylko zawodowa relacja. Gdy 16 lat później zagrali razem w filmie „Szybka zmiana” okazało się, że są dla siebie stworzeni.
„Kiedy poznałem Goldie, byłem na takim etapie życia, w którym zdecydowanie pokazywałem się od najgorszej strony, jeśli chodzi o każdy rodzaj relacji międzyludzkiej. Tak też się stało w tym przypadku. Pokazałem się od najgorszej strony i stwierdziłem, że jeśli sobie z tym poradzi, to może istnieje szansa na to, żebyśmy byli razem” – wyznał aktor.
Kiedy Hawn zaczęła spotykać się z Russellem, była już matką dwójki dzieci – Kate i Olivera Hudsonów. Gwiazda otwarcie przyznała, że to troskliwość, jaką okazał jej potomstwu, sprawiła, że się w nim zakochała. Do dziś tworzą patchworkową rodzinę pełną zrozumienia oraz miłości. Para jednak nie zdecydowała się na ślub, uważając, że i bez tego jest im ze sobą dobrze. Co więcej, dzieci aktorki mają doskonałe relacje z ojczymem, lepsze nawet niż z biologicznym ojcem.

Kurt Russell, Goldie Hawn, Kate Hudson JC Olivera/Variety via Getty ImagesGetty Images
Zapytana o sekret ich udanego związku, Hawn zaznaczyła, że nie ma konkretnej recepty na szczęśliwą relację.
„Nie znam żadnego sekretu. Dwoje ludzi musi po prostu bardzo chcieć ze sobą być, to wszystko. Muszą także umieć wybaczać i naprawdę chcieć się nawzajem poznać. Jeśli nie masz tej ciekawości i współczucia, odbierasz sobie szansę na długotrwały związek. Bywają bardzo trudne okresy. Kiedy je przetrwasz, po latach cieszysz się, że mimo wszystko się udało. Nie ma nic piękniejszego niż posiadanie rodziny. To jest największa wartość” – podkreślała aktorka w wywiadach.
W ostatnich latach para wystąpiła wspólnie w dwóch filmach Netfliksa: „Kronika świąteczna” (2018) i „Kronika świąteczna 2” (2020).
„The Madison”: nowy serial z udziałem Kurta Russella. To produkcja z uniwersum głośnego „Yellowstone”
Najnowszym projektem Kurta Russella jest serial „The Madison”, dzieło Taylora Sheridana z uniwersum „Yellowstone”, flagowej produkcji platformy Paramount+ opowiadającej o losach rodziny Duttonów.
„The Madison” zapowiadane jest jako studium żałoby oraz ludzkich relacji, w którym widzowie będą śledzić losy nowojorskiej rodziny w Madison River w Montanie. W odróżnieniu od innych seriali amerykańskiego twórcy, które składały się zwykle z ośmiu lub dziesięciu odcinków, „The Madison” będzie liczył sześć epizodów, jednak, jak donosi serwis Deadline, drugi sezon jest już zagwarantowany.
Pierwszy sezon długo wyczekiwanej produkcji zadebiutuje w Stanach Zjednoczonych 14 marca 2026 roku. Nie znamy jeszcze daty premiery w Polsce.
Zobacz też:
Oscarowa gala w tym roku nie zawiodła. Oto najwięksi zwycięzcy
Polskie charakteryzatorki w drodze po Oscara. „Do końca jeszcze trochę w to nie wierzymy”Artur ZaborskiINTERIA.PL