Według wtorkowego komunikatu Pentagonu lotniskowiec ma przepłynąć z Morza Czerwonego przez Kanał Sueski z powrotem na Morze Śródziemne i zawinąć do bazy NATO na Krecie. Tam marynarka wojenna zamierza również dokładniej zbadać przyczyny pożaru. Wyłączenie z eksploatacji największego amerykańskiego okrętu wojennego w regionie tworzy poważną lukę w planach prezydenta USA dotyczących zapewnienia bezpieczeństwa ruchu statków w cieśninie Ormuz.

Według pierwszego raportu US Navy, czyli amerykańskiej marynarki wojennej, pożar wybuchł w ub. czwartek w szybie wentylacyjnym suszarki bielizny w pokładowej pralni i nie był spowodowany działaniami wojennymi. Od czasu przepłynięcia przez Kanał Sueski w kierunku południowym lotniskowiec działa na Morzu Czerwonym, z dala od irańskich rakiet.

W wyniku pożaru rannych zostało dwóch marynarzy, a kilkudziesięciu innych doznało lekkiego zatrucia dymem. Taki pożar zazwyczaj można szybko opanować, a duże lotniskowce USA mają na pokładzie sprzęt gaśniczy o wydajności porównywalnej do straży pożarnej średniej wielkości miasta. Według wstępnych doniesień nie ma to wpływu na starty i lądowania samolotów.

Lotniskowiec USS Gerald R. Ford na Morzu Północnym, Norwegia, 24 września 2025 r.FEDERICO GAMBARINI / PAP

Lotniskowiec USS Gerald R. Ford na Morzu Północnym, Norwegia, 24 września 2025 r.

Jednak teraz „New York Times” cytuje członków załogi, według których pożar był znacznie poważniejszy niż wcześniej informowano. Duża część kwater została uszkodzona przez dym. Ogień i dym rozprzestrzeniły się więc przez system wentylacji, a system oddymiania nie działał prawidłowo. Obecnie, według „New York Timesa”, setki członków załogi muszą dzielić łóżka lub spać na stołach i ławkach w mesach, ponieważ pomieszczenia mieszkalne uszkodzone przez dym nie nadają się już do użytku.

Po pożarze przestała również działać pralnia, więc załoga może prać ubrania tylko w prowizoryczny sposób. W tych okolicznościach powrót na Kretę jest nieunikniony; oznacza to jednak znaczną stratę dla obrony powietrznej Arabii Saudyjskiej i Izraela. Na zastępstwo do rejonu wysłano lotniskowiec USS George H. W. Bush, ale podróż ze wschodniego wybrzeża USA na Morze Czerwone zajmie co najmniej dwa tygodnie.

Zaskakujące jest to, że tak nowoczesny okręt jak USS Ford został w tak poważny sposób dotknięty przez pożar w pralni. Ten prototyp klasy Ford i największy lotniskowiec na świecie jest stosunkowo nowy — wszedł do służby dopiero w 2017 r.

Jednak amerykańskie media od miesięcy donoszą o problemach technicznych na pokładzie. Lotniskowiec jest w ciągłej służbie od czerwca ub.r.: najpierw służył na Morzu Śródziemnym i podczas ćwiczeń u wybrzeży Norwegii, następnie szybko przepłynął Atlantyk w celu przeprowadzenia ataku USA na Wenezuelę, w końcu z powrotem popłynął na Morze Śródziemne, a od 5 marca stacjonował na Morzu Czerwonym u wybrzeży Arabii Saudyjskiej. Jego rejs trwa zatem znacznie dłużej niż pierwotnie planowano, a USS Ford prawdopodobnie ustanowi nowy rekord najdłuższej misji lotniskowca poza wodami terytorialnymi USA. Powrót do macierzystego portu w Norfolk jest planowany najwcześniej na maj.

Toaletowa katastrofa na pokładzie

Lotniskowiec o napędzie jądrowym może teoretycznie pozostawać na morzu bez ograniczeń. Jest uzależniony jedynie od regularnych dostaw żywności, amunicji i paliwa lotniczego. Podczas misji odbywa się to zazwyczaj za pośrednictwem statków zaopatrzeniowych i samolotów transportowych.

Niemniej jednak US Navy ogranicza czas trwania takich misji zazwyczaj do około sześciu miesięcy. Powodem jest rosnące obciążenie dla załogi i sprzętu. Nawet okręt zużywa się podczas ciągłej służby i jest intensywnie eksploatowany przez miesiące. Były rzecznik Pentagonu i kontradmirał John Kirby powiedział, że nie można eksploatować statku przez tak długi czas pod dużym obciążeniem i jednocześnie oczekiwać, że załoga i sprzęt będą stale osiągać maksymalną wydajność.

To było oczywiste już wcześniej: na pokładzie USS Gerald R. Ford awarii uległo w międzyczasie nawet 80 proc. toalet. Przyczyną jest nowo opracowany dla klasy Ford próżniowy system kanalizacyjny z relatywnie cienkimi rurami, który oszczędza miejsce, ale w praktyce jest podatny na awarie. Narodowe Publiczne Radio (NPR) w USA na podstawie wewnętrznych dokumentów marynarki wojennej ustaliło, że od jesieni naprawy były konieczne niemal codziennie.

W wewnętrznym raporcie Us Navy mowa jest właśnie o codziennych zgłoszeniach awarii toalet. Od 2023 r. okręt ponad 40 razy zwracał się o pomoc zewnętrzną, w większości przypadków w 2025 r., czyli podczas obecnej misji.

Wewnętrzne maile donoszą o ekstremalnym obciążeniu pracą, setkach przypadków napraw w ciągu kilku dni oraz 19-godzinnych dniach pracy techników. Według raportu NPR przyczyną awarii często były ostatnio zatory spowodowane koszulkami, innymi ubraniami, całymi rolkami papieru toaletowego, a nawet metrowymi kawałkami liny. Toalety nie psuły się więc przypadkowo, ale były najwyraźniej sabotowane „nieodpowiednimi materiałami”, jak podaje raport marynarki wojennej. „Nasz system kanalizacyjny jest codziennie niszczony przez marynarzy”, czytamy w raporcie z pokładu statku.

Potwierdzają to doniesienia, że morale na pokładzie jest bardzo niskie: członkowie załogi, z powodu ciągłego przedłużania ich misji, opuszczają zaplanowane uroczystości rodzinne, pogrzeby, narodziny swoich dzieci, nie mogą odwiedzać śmiertelnie chorych członków rodziny, nie widzą swoich bliskich od ponad pół roku. Do tego dochodzi fakt, że w warunkach operacyjnych lotniskowiec zachowuje ciszę radiową i nawet rozmowy wideo z bliskimi nie są już dozwolone.

W świetle tych informacji pożar w pralni jawi się teraz w nowym świetle: według doniesień amerykańskich mediów marynarka wojenna rozważa również sabotaż ze strony poszczególnych sfrustrowanych członków załogi jako przyczynę pożaru. Lotniskowiec ma być naprawiony na Krecie, a następnie wrócić do służby.

Jednak nawet jeśli USS Gerald R. Ford po postoju na Krecie wróci na Morze Czerwone, szkody już powstały. Incydent ten pokazuje, jak wrażliwe są najnowocześniejsze jednostki US Navy pod wpływem ciągłego obciążenia. I to właśnie w fazie, w której Waszyngton potrzebuje obecności wojskowej jako głównego środka nacisku na Iran i do zabezpieczenia szlaków morskich, jedno z jego najważniejszych narzędzi przynajmniej czasowo wypada z gry.

To rodzi zasadnicze pytanie, które wykracza daleko poza ten pojedynczy pożar: na ile odporna jest globalna strategia operacyjna USA, skoro wystarczy pożar w pralni, by ją zachwiać?