Przejechałem „pierwszą polską autostradą”, by zobaczyć, co zostało z krainy kierowców ciężarówek i przydrożnych barów, które niegdyś nie zasypiały. — Dawniej na noc zostawało tu 50 ciężarówek. Teraz parking jest pusty. Straciliśmy ok. 70 proc. klientów. Sytuacja jest ciężka albo nawet bardzo ciężka — mówi Onetowi Bartek Kurzak, właściciel zajazdu „Skorpion” przy legendarnej gierkówce.
Kiedy w 2019 r. oddano do użytku odcinek autostrady A1 między Częstochową a Pyrzowicami, ruch na starej gierkówce zamarł z dnia na dzień.
Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad potwierdziła obserwacje właścicieli zajazdów, hoteli, przydrożnej gastronomii, podając konkretne liczby.
Według danych z 2021 r. gierkówka odnotowała największy w całej Polsce spadek ruchu. W zależności od odcinka spadki wyniosły od 40 do nawet 60 proc. A to oznacza, że ok. 20-24 tys. pojazdów w ciągu doby wyparowało z trasy.
Dla właścicieli zajazdów był to wyrok.
— Otwarto autostradę, chwilę później przyszła pandemia i tak wycięło wszystko; dosłownie „pstryk i koniec” — mówi pracownica zajazdu „Albatros” w Brudzowicach. — Pracuję tu już 25 lat. Pamiętam czasy, kiedy kolejka klientów ustawiała się aż po parking. Ludzie czekali na stoliki. Wszystko, co jechało z gór do Łodzi czy Warszawy, przejeżdżało obok nas.
Duchy przy trasie
Zaczynam w Będzinie na drodze krajowej numer 86 w kierunku Częstochowy. Później trasa zamieni się w DK91, prowadząc aż do Jasnej Góry. To część dawnej gierkówki, która ocalała po modernizacyjnym boomie ostatnich dekad. Dziś jest zaledwie cieniem swojej legendy. Przyłożyły się do tego pobliska autostrada A1 i droga ekspresowa S1. Nowoczesne odcinki przejęły większość ruchu tranzytowego przetaczającego się między południem a północą Polski.
Po 15 minutach jazdy trafiam na pierwszy opuszczony bar „Sarenka” przy niewielkim zjeździe dla ciężarówek. Musiał zostać zamknięty dawno temu, bo nawet wyszukiwarka Google’a nie zarejestrowała jego historii.
Mateusz Schuler / Zdjęcia własne
Bar „Sarenka” przy dawnej „Gierkówce”
Zaraz obok „Sarenki” działa zajazd „Zielony Gościniec”. Wchodzę do środka i pytam, czy otwarcie konkurencyjnych tras wpłynęło na obroty.
— Nam autostrada nie wyrządziła dużej krzywdy. Owszem, ruch spadł, ale od dawna utrzymujemy się głównie z imprez urodzinowych i komunii. Oferujemy też obiady do szkół i domów starców. Tirowcy zaglądają do nas rzadko. Głównie kiedy w okolicy stoją „panienki”, ale kiedy ich nie ma, to szukają innych zajazdów. Akurat trafił pan na okres międzysezonowy — śmieje się kobieta za barem.
Życie kwitło w zajazdach
Gierkówka, nazywana „matką” autostrad, była najważniejszą inwestycją drogową PRL. Nazywano ją polską Route 66, bo stanowiła infrastrukturalny kręgosłup kraju. Trasę między Warszawą a Katowicami wybudowano w zaledwie 3 lata, angażując do pomocy wojsko. Oficjalnie została otwarta 50 lat temu, 8 października 1976 r.
Dawna gierkówka miała swój rytm i dźwięk, o czym chętnie opowiadają mieszkańcy domów przy trasie. — Dawniej, jak jechały Jelcze pod górkę, to aż człowiek na łóżku czuł drgania. Jak pojazd redukował biegi, to w całym domu było słychać — wspomina mieszkaniec wsi Markowice.
Mateusz Schuler / Zdjęcia własne
Billboardy przy „Gierkówce”
Mateusz Schuler / Zdjęcia własne
Zamknięta „Gospoda u Karola”
Współczesne ciężarówki już nie wyrywają mieszkańców ze snu. Na tej trasie jest ich dziś zdecydowanie mniej, bo większość kierowców wybiera autostradę, mimo że czeka tam jedynie McDonald’s lub KFC.
Ci, którzy jadą gierkówką, robią to z sentymentu lub przyzwyczajenia. Tak jak pan Marek, który wiezie ładunek z Radomia do Żywca. 40 lat w zawodzie pozwala mu porównać klimat z przeszłości z tym, co widzimy dzisiaj.
— Teraz to jest tak: lodówka w samochodzie i prowiant przygotowany przez żonę — mówi pan Marek. — Kiedyś się jadło w zajazdach, bo puszki w upale puchły; dziś kierowcy rzadko wychodzą z kabin.
Z wyraźnym uśmiechem wspomina czasy bez tachografów, gdy jeździło się, aż człowiek poczuł zmęczenie. — Gierkówka na wysokości Częstochowy była ciągle zakorkowana. A życie kwitło w zajazdach. Każdy miał swój ulubiony bar. Tam, gdzie dobrze i tanio dawali jeść, była kolejka — wspomina pan Marek.
Mateusz Schuler / Zdjęcia własne
Zamknięta restauracja „Wiejska Chata”
„Dziś pies z kulawą nogą tutaj nie zajrzy”
Momentami krajobraz przy trasie przypomina scenerię filmu o końcu cywilizacji. Opuszczone bary, hotele i restauracje. Z okolicznych pół wyrastają wyblakłe bilbordy. Zapraszają kierowców na tani obiad w nieczynnym od lat zajeździe.
„Gospoda u Karola” i „Wiejska chatka” — zamknięte. Jest też opuszczona stacja benzynowa „Petrozam” — obecnie na sprzedaż.
Mateusz Schuler / Zdjęcia własne
Opuszczona stacja benzynowa „Petrozam”
Mateusz Schuler / Zdjęcia własne
Opuszczona stacja benzynowa „Petrozam”
Mateusz Schuler / Zdjęcia własne
Opuszczona stacja benzynowa „Petrozam”
Na wysokości Koziegłów trafiamy na hotel „Czardasz”. To potężny budynek, a w zasadzie ruina, w stylu rustykalnym ze strzechą pokrywającą dach. Lokal przez lata działał jako miejscowe centrum rozrywki. Chętnie zatrzymywali się tutaj zarówno biznesmeni jadący robić interesy na Górny Śląsk, jak i rodziny wymęczone podróżą w góry.
— Gość jechał z Warszawy do Zakopanego lub odwrotnie. Zatrzymał się na noc, zjadł kolację, wypił „kulturalnego koniaczka”. Rano patrzy: nie ma powietrza w kole. Gdzie przyszedł? Do mnie przyszedł. To się kręciło, zazębiało. Ja nie mówię, żebym z tego żył, ale jedno przy drugim zawsze miało sens. Dziś pies z kulawą nogą tutaj nie zajrzy — wspomina pan Jerzy, który po sąsiedzku prowadzi zakład mechaniczny.
Mateusz Schuler / Zdjęcia własne
Opuszczony hotel „Czardasz” w Koziegłowach
Budynek hotelu przetrwał pożar w 2010 r., ale nie podniósł się po pandemii. Swoje dołożyło otwarcie autostrady A1. — Właścicielka zwolniła pracowników w marcu 2020 r., na samym początku pandemii. Myślała, że to potrwa dwa tygodnie. Od tej pory hotel jest opuszczony — słyszę.
Dziś w strzesze gnieżdżą się kuny, szyby zostały zastąpione dyktą, a w ozdobnym oczku wodnym widać białe brzuchy ryb wywrócone do słońca.
— Nikt nie zjedzie z autostrady, aby zjeść na gierkówce śniadanie lub obiad — mówi mechanik. — Obraz pożogi. Ja bardzo żałuję, bo to było piękne miejsce.
Ruch wróci, gdy autostrada stanie się płatna
Nie wszyscy się poddali. W zajeździe „Albatros”, mimo słabego ruchu w poniedziałkowe popołudnie, wyczuwalny jest pozytywny nastrój załogi.
— Naszym ratunkiem są „lokalsi” i imprezy okolicznościowe. Komunie, stypy, osiemnastki — to one pozwalają opłacić ZUS i rachunki. Mamy też klientów z całej Polski, którzy doceniają naszą kuchnię i specjalnie zjeżdżają z autostrady, aby zjeść u nas w drodze na wakacje — mówi jedna z pracownic „Albatrosa”.
Na potwierdzenie swoich słów menedżerka wyciąga z kantorka dwa dyplomy „Kucharki Roku 2018” nadane przez lokalną gazetę. — Może dlatego ruch nam spadł, bo nie potrafimy się chwalić — śmieje się.
Mateusz Schuler / Zdjęcia własne
Parking przed zajazdem „Albatros”
Lokal, jako jeden z nielicznych, ma własny zjazd z gierkówki i oferuje ogromny parking dla ciężarówek, dziś jednak pusty.
— Ruch tranzytowy urwał się natychmiast, jak tylko otworzyli A1. Dawniej działaliśmy całą dobę. Teraz zamykamy o 22. Ciężkie czasy spotkały również naszą „panienkę”. W zeszłym roku ścigała ją policja, dlatego wystawiła stolik i ustawiła na nim jagody, jakby prowadziła sprzedaż — mówi rozbawiona.
Właściciele karczm żyją nadzieją, że ruch wróci, gdy autostrada stanie się płatna lub gdy zacznie się jej modernizacja. Na razie jednak muszą mierzyć się ze skutkami remontów na samej gierkówce i spadającym ruchem.
— Wierzymy w naszą markę. Od 25 lat gotujemy według tych samych receptur. Myślę, że przetrwamy — dodaje kobieta z „Albatrosa”.
Mateusz Schuler / Zdjęcia własne
Bistro „Biały Domek” niedaleko Siewierza
Mateusz Schuler / Zdjęcia własne
Pani Joanna, właścicielka „Białego Domku”
Podobnego zdania jest pani Joanna, która w 2021 r. wraz z mężem przejęła niewielki zajazd niedaleko Siewierza. Budynek wzniesiono 48 lat temu. Od zawsze działał tutaj przydrożny bar.
— Odświeżyliśmy menu. Dzisiaj mamy schab, jutro placek po węgiersku. Stawiamy na świeże składniki, a na brak klientów nie narzekamy. Choć gdyby nie autostrada A1, mogłoby być lepiej — mówi Onetowi.
— Mamy klientów, którzy pamiętają starą gierkówkę. W drodze na wakacje nadrabiają drogę i przyjeżdżają specjalnie do nas na obiad. Cieszymy się, bo klientów trzeba sobie szanować — dodaje.
Informujemy panią Joannę, że Google Maps wyświetla „Biały Domek” jako „tymczasowo zamknięty”.
— Na Facebooku jesteśmy otwarci, a z tym Google’em mamy wiecznie problemy. Muszę przypomnieć córce, żeby znów zadzwoniła i przypomniała o nas — denerwuje się właścicielka.
Pani żali się również na brak wyprofilowanego zjazdu z gierkówki do jej lokalu. Obecny to zwykłe skrzyżowanie. — Czekamy już siedem lat, ale wciąż mówią, że nie ma środków.
Widmo likwidacji
Bartek Kurzak, właściciel zajazdu „Skorpion” we wsi Rzeniszów, zaczynał w 2003 r. w namiocie wojskowym, sprzedając autorską grochówkę z kuchni polowej. — To był najlepszy interes. Masa klientów, małe koszty utrzymania, bo pracowników było dwóch — wspomina.
W 2010 r., zachęcony sukcesem, wybudował zajazd. Dzisiaj, po niespełna 16 latach, budynek stoi prawie pusty. — Moglibyśmy już zamknąć nasz bar, bo nie przynosi zysków. Ratujemy się organizowaniem imprez okolicznościowych, ale ciężko powiedzieć, ile wytrzymamy — mówi.
Mateusz Schuler / Zdjęcia własne
Zajazd „Skorpion”
W planach kolejne remonty poszczególnych odcinków gierkówki. Właściciel „Skorpiona” mówi wręcz o przebudowie. — Przetarg już był, natomiast projekty zmieniają się co kilka lat, a każdy nowy niesie ryzyko likwidacji naszego zjazdu — słyszę.
Właścicielom zajazdów nie pomaga wprowadzenie na początku 2026 r. opłat w systemie viaTOLL dla samochodów ciężarowych jadących odcinkami DK91. Opłaty wahają się od 1,07 do 0,34 zł za każdy przejechany kilometr; stawki zależą od klasy silnika. Samochody osobowe wciąż jadą tutaj za darmo.
— Coraz mniej konkurencyjna ta nasza gierkówka, ale nie tracimy nadziei, że kiedyś ten ruch tutaj wróci i będzie jak dawniej — podsumowuje.