Prowadził Raków tydzień temu we Florencji, prowadził i w czwartek w Sosnowcu. Ponownie mieliśmy swój moment do radości, bo na początku drugiej połowy gola strzelił Karol Struski, ale na tym dobre informacje dla drużyny Łukasza Tomczyka się skończyły.
Raków nie poszedł za ciosem, tylko niepotrzebnie się cofnął. Tak jakby uznano, że zadanie jest już wykonane i można sobie potruchtać do końca. A Fiorentina wyraźnie się otrząsnęła po straconym golu i ruszyła. Spychała Raków coraz niżej i w końcu doprowadziła do wyrównania.
Szczęśliwie, bo z pomocą rykoszetu, ale gol to gol. I Raków nie był w stanie się z tego podnieść. Wiadomo, jedna bramka dawała dogrywkę, więc wiara była do końca. W czasie doliczonym Raków już totalnie się odkrył i to zaowocowało trafieniem gości na 2:1 do pustej bramki w ostatniej akcji.
Mecz w Sosnowcu oglądał komplet publiczności. Jeśli jednak ktokolwiek spodziewał się wielkiego futbolu, to – niestety – wychodził ze stadionu rozczarowany. Zarówno z powodu wyniku, jak i poziomu widowiska.
Tak czy inaczej: przygoda Rakowa z Ligą Konferencji dobiegła końca. I stało się to w dość przeciętnym stylu.
ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: Nieprawdopodobny strzał bramkarza. W samo okienko!
Z perspektywy postronnego widza było średnio. Choć z drugiej strony – czy można było spodziewać się czegoś innego? Już po pierwszych minutach uwidocznił się plan Fiorentiny, czyli w pierwszej kolejności nie stracić gola. Raków niby miał inicjatywę, natomiast kompletnie nic z tego nie wynikało.
I nawet grająca defensywie Fiorentina wykreowała więcej niż Raków. W pierwszej połowie były trzy dobre sytuacje Włochów – dwie zmarnował Moise Kean, jedną w końcówce pierwszej części Nicolo Fagioli, choć tu trzeba wyróżnić Oliwiera Zycha.
W Rakowie brakowało przyspieszenia, czegoś ekstra na połowie rywala. Patryk Makuch spowalniał każdą akcję, Oskar Repka też poruszał się jak wóz z węglem. W Ekstraklasie ci piłkarze mogą błyszczeć, jednak poważna piłka brutalnie weryfikuje niektórych.
Wydawało się, że po strzelonym golu Raków pójdzie za ciosem. Tak się jednak nie stało. Fiorentina wrzuciła zdecydowanie wyższy bieg i częstochowianie nie mieli absolutnie nic do powiedzenia. Goście zaczęli stwarzać kolejne sytuacje. Raz pudłowali, innym razem pomagał Zych. Ale przy straconym golu i on nie miał nic do powiedzenia.
I cóż, Raków już się nie odkręcił. Była jeszcze sytuacja z 84. minuty, gdy sędzia Juan Martinez Munuera podyktował rzut karny dla gospodarzy, natomiast po wideoweryfikacji zmienił swoją decyzję, uznając, że Jonatan Braut Brunes nie był faulowany przez Olivera Christensena.
Raków Częstochowa – ACF Fiorentina 1:2 (0:0)
1:0 – Karol Struski 46′
1:1 – Cher Ndour 68′
1:2 – Marin Pongracić 90+7′
Pierwszy mecz: 1:2. Awans: Fiorentina.
Składy:
Raków: Oliwier Zych – Michael Ameyaw, Fran Tudor (19′ Ariel Mosór), Bogdan Racovitan, Stratos Svarnas, Jean Carlos Silva (80′ Adriano Amorim) – Patryk Makuch (79′ Leonardo Rocha), Karol Struski (79′ Marko Bulat), Oskar Repka, Ivi Lopez (70′ Lamine Diaby-Fadiga) – Jonatan Braut Brunes.
Fiorentina: Oliver Christensen – Dodo (88′ Marin Pongracić), Pietro Comuzzo, Luca Ranieri, Fabiano Parisi – Giovanni Fabbian, Nicolo Fagioli (90+1′ Rolando Mandragora), Cher Ndour – Jack Harrison (90+1′ Albert Gudmundsson), Moise Kean (61′ Roberto Piccoli), Jacopo Fazzini (61′ Robin Gosens).
Żółte kartki: Leonardo Rocha, Brunes (Raków) oraz Dodo, Ndour, Pongracić (Fiorentina).
Sędzia: Juan Martinez Munuera (Hiszpania).