Deutsche Welle: Spór o ocenę przymusowych wysiedleń po II wojnie światowej i o upamiętnienie niemieckich ofiar zatruwał przez wiele lat relacje polsko-niemieckie. Powstanie w 2021 roku Centrum Dokumentacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie zakończyło ten konflikt. Prezentowana w muzeum wystawa została uznana za rozsądny kompromis akceptowalny przez wszystkie strony. Związek Wypędzonych domaga się obecnie większego wpływu na muzeum. Czy grozi nam powrót do gorących sporów z czasów Eriki Steinbach?
Prof. Piotr Madajczyk: Takie niebezpieczeństwo niewątpliwie istnieje. Wystawa w Centrum Dokumentacji jest kompromisem opierającym się na przekonaniu, że mamy różne pamięci, które powinny zostać pokazane w taki sposób, aby nie antagonizować, lecz łączyć. Zwiedzający wystawę musi przejść przez ekspozycję na parterze, która pokazuje genezę problemu – niemiecką agresję na Polskę w 1939 roku i niemiecką okupację. Dopiero potem zwiedzający wchodzi do części poświęconej powojennym wysiedleniom Niemców. A na końcu mowa jest także o innych migrantach, w tym o uciekinierach z Ukrainy po agresji rosyjskiej w 2022 roku.
Co zarzucają obecnej wystawie niemieckie ziomkostwa?
Tematem kluczowym wystawy jest historia niemiecka w końcowym okresie wojny, ale pokazana w szerokim kontekście historycznym, na tle wielkich ruchów migracyjnych XX wieku. BdV nie identyfikuje się z tym przesłaniem i chce je zmienić. Mówi bez ogródek, że kontekst historyczny powinien zostać ograniczony, a więcej uwagi powinno się poświęcić roli Niemców jako ofiar powojennych wypędzeń.
Ale przecież ziomkostwa były od początku mocno reprezentowane w radzie Fundacji „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie” zarządzającej muzeum. Przedtem nie krytykowały działalności muzeum?
Wystawa nie podobała się BvD już wcześniej. Jednak do ostatnich wyborów parlamentarnych w Niemczech, ziomkostwa nie miały politycznych możliwości doprowadzenia do zmian. Pisano listy, sygnalizowano niezadowolenie, ale nie było to skuteczne. Teraz BdV ma poczucie, że pojawiła się możliwość zmian.
Co spowodowało wzrost wpływów BdV?
Do niedawna Ośrodek Dokumentacji podlegał pełnomocnikowi rządu do spraw kultury i mediów przy urzędzie kanclerskim. Po zmianie rządu w maju 2025 roku, muzeum, podobnie jak wiele innych instytucji związanych z ziomkostwami, zostało podporządkowane ministerstwu spraw wewnętrznych, którym kieruje polityk bawarskiej CSU Alexander Dobrindt. Bawaria jest landem, w którym wpływy ziomkostw są szczególnie silne.
Sposobem na przejęcie kontroli nad muzeum ma być obsadzenie stanowiska dyrektora placówki osobą związaną z BdV. Rada Fundacji nie przedłużyła umowy z urzędującą dyrektorką Gundulą Bavendamm i rozpisała nowy konkurs na to stanowisko. Jak ocenia pan pięcioletnią działalność dyrektorki?
Bardzo pozytywnie. To jest ocena całej rady naukowej. Bavendamm dobrze się wywiązała z trudnego zadania; udało się jej odpolitycznić muzeum, co ze względu na początkowo wielkie emocje nie było łatwe. Liczba odwiedzających rośnie, muzeum zaczyna się wpisywać w berliński krajobraz muzealny.
Ziomkostwa forsują kandydaturę Svena Oole, dyrektora „Grupy do spraw wypędzonych, wysiedlonych i niemieckich mniejszości narodowych” działającej w klubie parlamentarnym CDU/CSU w Bundestagu.
Oole jest politycznie mocno związany ze środowiskiem ziomkostw. Obawiam się, że jego nominacja prowadziłaby do upolitycznienia Centrum Dokumentacyjnego i do zmian wystawy zgodnie z dewizą „mniej o waszych ofiarach, więcej o naszych”. To oznaczałoby ograniczenie kontekstu historycznego, tak ważnego w naszej ekspozycji.
Jakie skutki mogłoby mieć zmiany forsowane przez BdV dla relacji polsko-niemieckich?
Byłby to powrót do sporów sprzed ponad ćwierć wieku. Wystarczy przypomnieć sobie, co działo się po 2000 roku – działalność ówczesnej szefowej BdV Eriki Steinbach, jej projekt Centrum przeciwko wypędzeniom, wzbudzający wielkie emocje i prowadzący do wzajemnych oskarżeń. To byłby kolejny konflikt zaogniający relacje polsko-niemieckie. Siły radykalne w obu krajach na pewno wykorzystałyby taką okazję do podgrzewania nastrojów. Nie tylko w Polsce – w Niemczech mamy AfD, która nie ukrywa swojego rewizjonizmu historycznego.
Dlaczego kanclerz Friedrich Merz zgodził się na ustępstwa wobec ziomkostw, chociaż – jak wielokrotnie deklarował – dobre relacje z Polską leżą mu na sercu?
Przypuszczam, że chodzi o spłatę politycznego długu za zaangażowanie ziomkostw po stronie CDU/CSU w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych, kosztem relacji polsko-niemieckich. Bo jak inaczej wytłumaczyć decyzję o przesunięciu nadzoru nad nimi z urzędu kanclerskiego do MSW? Kanclerz oddał obszar dotyczący pamięci i historii, który przez wielu polityków nie jest uważany za najważniejszy. Przy biernej postawie SPD.
Decyzja o tym, kto pokieruje Centrum Dokumentacji przez następne pięć lat zapadnie 26 marca. Kto pana zdaniem wygra tę batalię? Bavendamm kandyduje ponownie, może więc wszystko pozostanie po staremu?
Nie pokuszę się o prognozę kto wygra.
Szef rady naukowej Stephan Lehnstaedt powiedział w wywiadzie dla Deutschlandfunk, że nie wyobraża sobie współpracy z dyrektorem Oole. A pan?
To jest jednolite stanowisko chyba całej rady naukowej. Jeżeli wspólnie wypracowujemy koncepcję, która naszym zdaniem najlepiej służy pamięci i relacjom Niemiec z Polską i innymi sąsiadami, a ktoś mówi, że ona się nie nadaje, to co można zrobić, poza pożegnaniem się z radą i odejściem?
Z prof. Piotrem Madajczykiem rozmawiał w Warszawie Jacek Lepiarz.
Chcesz skomentować ten artykuł? Dołącz do nas na Facebooku! >>
* Piotr Madajczyk jest profesorem w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Specjalizuje się w problematyce przymusowych przesiedleń ludności w Europie środkowo-wschodniej w latach 1945–1950 oraz badaniach nad mniejszościami narodowymi. Jest autorem publikacji o orędziu biskupów polskich do biskupów niemieckich „Na drodze do pojednania: wokół orędzia biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 roku” oraz biografii Rafała Lemkina. Madajczyk zasiada w radzie naukowej Centrum Dokumentacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie.