Mateusz Puka, WP SportoweFakty: Igrzyska w Mediolanie-Cortinie były dla pana pierwszymi od lat, które obserwował pan z Warszawy. Czy rozumie pan decyzję władz TVP, które zdecydowały, że nie pojedzie pan na igrzyska?

Przemysław Babiarz, komentator TVP Sport: Pogodziłem się z tym. Miałem satysfakcję z komentowania zawodów łyżwiarstwa figurowego.

Czy to była kolejna złośliwość władz TVP wobec pana?

Absolutnie nie odbieram tego w ten sposób i nie mam do nikogo pretensji.

ZOBACZ WIDEO: Przegrywał na kilka sekund przed końcem. To zmieniło jednak wszystko

Jak w takim razie to panu wytłumaczono?

Tłumaczono to koniecznością wprowadzenia oszczędności. Igrzyska to droga impreza, więc trzeba było minimalizować i tak ogromne wydatki. Już sporo czasu przed igrzyskami zostałem zaproszony na rozmowę i tam ogłoszono mi, że nie jadę na igrzyska. Naprawdę pogodziłem się z tym i nie mam pretensji.

Jak komentowało się zawody łyżwiarstwa figurowego ze studia w Warszawie?

Przede wszystkim cieszyłem się, że mogę relacjonować zawody z Haliną Gordon-Półtorak. Dla mnie to był powrót do korzeni, bo 28 lat temu na mistrzostwach Europy w Mediolanie debiutowałem jako komentator łyżwiarstwa figurowego. Czerpałem olbrzymią przyjemność, że znów mogłem komentować z panią Haliną u boku.

Przecież transmisje łyżwiarstwa figurowego podczas igrzysk od lat cieszą się olbrzymią popularnością. Okazaliście się mniej ważni od innych dyscyplin?

Jakoś tak zwykle bywa, że łyżwiarstwo figurowe jest doceniane zawsze po igrzyskach. Kobiety coraz chętniej oglądają sport, a te zawody to najłatwiejszy sposób, by przyciągnąć je przed telewizory. Wystarczy tylko pokazać tę dyscyplinę o dobrej porze. Niestety zwykle wszyscy uświadamiają to sobie tuż po igrzyskach, a do kolejnych zapominają o tym fenomenie.

W miniony weekend miał pan jednak okazję komentować halowe mistrzostwa świata w lekkoatletyce. Jak pan ocenia występ naszej reprezentacji?

Cztery medale bardzo cieszą i śmiało można mówić o tym, że w końcu nadchodzi nowa fala lekkoatletów. Oczywiście zobaczyliśmy także kilka niedociągnięć.

To znaczy?

Młodzi polscy sportowcy mają znakomite rekordy życiowe, ale niestety nie potrafią pokazać pełni swoich możliwości na najważniejszych imprezach. Nie potrafią się na nich odnaleźć, gubią się taktycznie.

Jaki jest powód?

Moim zdaniem brakuje im jeszcze siły ducha, która pozwoliłaby osiągać rekordowe wyniki w kluczowych momentach.

Brzmi niepokojąco.

To nie jest stracone pokolenie i przyjdzie czas, że zaczną wygrywać. Optymistyczne jest to, że siłę ducha można kształtować w trakcie kariery. Młodzi zawodnicy muszą uwierzyć, że jeżdżą na mistrzostwa po to, by walczyć o medale. Na razie brakuje im pewności i takiej zadziorności. Mamy nową falę, która musi się jeszcze oszlifować w walce z najlepszymi.

Kogo konkretnie ma pan na myśli?

Maciej Wyderka i Filip Ostrowski mają znakomite rekordy życiowe w biegu na 800 metrów, a nam wydawało się, że mogą namieszać. Zamiast tego żaden z nich nie był w stanie awansować do finału. Na więcej liczyliśmy także od Mateusza Kołodziejskiego czy Anny Matuszewicz. Mateusz miał medal na wyciągnięcie ręki, ale nie był w stanie zbliżyć się do swoich najlepszych wyników z tego sezonu. Anna Matuszewicz dwa miesiące temu ustanowiła rekord Polski, a teraz delikatne poprawienie tego wyniku też dałoby medal. Zaznaczam jednak, że mistrzostwa świata w Toruniu są bardzo dobrym sygnałem, że w lekkoatletyce zmienia się wszystko na plus.

Kogo najmocniej wyróżniłby pan z naszej ekipy?

Jakuba Szymańskiego, bo długo czekaliśmy aż w końcu zrealizuje swoje marzenia. Widzieliśmy, że ma wielkie możliwości, ale do tej pory w karierze miał pecha. Przed najważniejszymi startami rozsadzała go energia i trudno mu było pokazać pełnię talentu. Tym razem wytrzymał i pobiegł wyśmienicie. Złoto mu się należało i bardzo pomoże mu w karierze. To przykład dla pozostałej naszej młodzieży, że nie można się zniechęcać. Chciałbym wyróżnić jeszcze jedną zawodniczkę.

Kogo?

Adriannę Sułek-Schubert, która wróciła do walki na najwyższym poziomie. Tym razem medalu jeszcze nie było, ale coś mi się wydaje, że za pół roku na mistrzostwach Europy w Birmingham sytuacja może być już inna. To jest właśnie przykład zawodniczki, która na prestiżowych imprezach pokazuje ponad sto procent swoich możliwości. Ada to wielki sportowiec. Tak samo jak Natalia Bukowiecka, Pia Skrzyszowska i Ewa Swoboda.

Niedawno prezes PZLA, a zarazem pana współkomentator Sebastian Chmara zapowiedział zmiany w powołaniach, które mogą skutkować, że na mistrzostwa Europy wyślemy znacznie mniejszą reprezentację, a wielu doświadczonych zawodników może znaleźć się poza kadrą. Co pan na to?

Sebastian znakomicie zna środowisko i rozumie sport. Zmiany są konieczne i chyba każdy zdaje sobie z tego sprawę. Mi szczególnie podoba się inna koncepcja, która już jest wdrażana w życie.

Jaka?

Odchodzimy od wspierania dwuosobowych teamów, czyli zawodnik i trener. Sebastian zauważył, że to droga donikąd. Do tej pory trzymaliśmy gwiazdy w kapsułach, izolowaliśmy od reszty, a efekt jest taki, że jedna kontuzja kładła nam całą konkurencję. Za długo w polskiej lekkoatletyce skupiano się na indywidualnościach, zamiast tworzyć mocne grupy treningowe. Teraz Chmara chce to zmienić i nawiązać trochę do tradycji wunderteamu, gdzie była wymiana myśli trenerskiej.

Rozmawiał Mateusz Puka, dziennikarz WP SportoweFakty