Uwaga: w tekście znajdują się przekleństwa i opisy scen przemocy.

Julia Orłowa, Meduza: 20 lutego władze w Rosji skazały cię zaocznie na 7 lat kolonii karnej za rozpowszechnianie „fałszywych informacji” o armii. Wiesz, jak doszło do tej rozprawy?

Konstantin Efremow: O wyroku dowiedziałem się z internetu. Przeglądałem YouTube i niespodziewanie zobaczyłem swoją twarz. Wiedziałem, że w 2025 r. wszczęto przeciwko mnie postępowanie karne. Moja matka, która mieszka we Władykaukazie, mówiła, że przychodzili do niej śledczy, próbowali ją zaciągnąć do Komitetu Śledczego. Za każdym razem odmawiała. Nękali ją przez dwa tygodnie. Wpadli do niej na przykład w moje urodziny, 29 listopada.

Młody śledczy zadawał jakieś pytania: czy to pański syn, czy tu mieszkał? Przychodziły do niej listy z wezwaniami, wzywali do moskiewskiego sądu w charakterze świadka, pisali, że zwrócą wszystkie koszty dojazdu itp. Nigdzie nie pojechała, wszystkie te rozprawy odbyły się bez niej.

Za wywiad, którego udzieliłem Faridzie Kurbangalejewej [rosyjskiej opozycyjnej dziennikarce, ukazał się 7 lutego 2024 r. na jej kanale na YouTube]. To jakaś logika zrozumiała tylko dla nich — nie był to mój pierwszy wywiad. I nie będzie ostatni. Po pierwszej rozmowie [z założycielem projektu Gulagu.net Władimirem] Oseczkinem wszczęli przeciwko mnie najpierw postępowanie administracyjne, a pod koniec maja 2023 r. nałożyli na mnie grzywnę w wysokości 50 tys. rubli (2233 zł). Oczywiście nie zapłaciłem. Pewnie nie było to bez znaczenia.

Mediazona donosi, że w sądzie twój adwokat prosił o uniewinnienie. Kto cię bronił?

Nie mam pojęcia, pewnie obrońca z urzędu. Zaskoczyło mnie, że chciał, żebym został uniewinniony. Prokurator powiedział, że dali mi czas na przemyślenie sprawy, na powrót na właściwą drogę, a ja nadal tworzyłem „fejki” — czyli wywiady, których udzielałem. Prokurator powiedział, że byłem „politycznie ślepy” — dali mi szansę, bym uporał się z moją ślepotą, a ja tego nie zrobiłem.

Co mogło im się nie spodobać w twoich wywiadach? To, że opowiadałeś o tym, jak rosyjscy żołnierze torturują ukraińskich jeńców?

Opowiadałem nie tylko o torturach, ale także o grabieży, brutalnym traktowaniu jeńców wojennych i ludności cywilnej, w tym nieletnich, osób starszych i dezerterów. Przez cały czas trwania postępowania nikt się ze mną nie kontaktował, chociaż mama podała mój numer śledczym.

7 lat kolonii karnej to kompletna bzdura. Absolutne bezprawie. Ale oni są tylko pionkami, tresowanymi pudlami, które wykonują rozkazy reżimu. Przed wojną w Ukrainie spokojnie pracowałem, służyłem w armii. W 2022 r. miałem już za sobą 10 lat stażu służby. Miałem swoje plany na życie, które oni zniszczyli. Gromadziłem oszczędności, nie brałem wojskowego kredytu hipotecznego, żeby nie wpaść w niewolę — bo inaczej mogą tobą manipulować, jak tylko zechcą.

Wystarczyło, że pozostałbym w armii jeszcze trzy, cztery lata, a po tym okresie mógłbym odebrać 2,5 mln rubli (111,6 tys. zł) albo trochę więcej i kupić mieszkanie. Mógłbym założyć rodzinę. Chciałem się ożenić, chciałem mieć dzieci. Bycie saperem całkowicie mi odpowiadało. Cieszyłem się, że nie jestem pasożytem siedzącym w sztabie. Ale wybuchła wojna i powiedzieli: koniec, idź, ku*wa, i zgiń.

„Lepiej siedzieć w więzieniu, niż iść na wojnę”

Gdzie służyłeś przed wojną?

Byłem dowódcą kompanii saperskiej w ramach batalionu inżynieryjno-saperskiego w 42. dywizji. Przez trzy lata pracowaliśmy w Czeczenii. Przyjeżdżaliśmy gdzieś, rozbijaliśmy obóz namiotowy i tam mieszkaliśmy. W Czeczenii, aby coś zbudować lub obsiać, potrzebny jest protokół od saperów o wykonanych pracach. To kwestia bezpieczeństwa. Prace związane z rozminowywaniem były zaplanowane na lata naprzód.

Konstantin Efremow w Czeczenii, 2021 r.

Konstantin Efremow w Czeczenii, 2021 r.Julia Orłowa / Meduza

W Ukrainie po zakończeniu wojny będzie tak samo — według szacunków różnych ekspertów rozminowywanie potrwa od 70 do 100 lat. To jak przeczesywanie ryżu: saperzy ustawiają się w łańcuchu, na polu o wymiarach 70 na 30 m pracują dwie osoby, wszyscy przeczesują teren wykrywaczem min. Słyszysz sygnał — sprawdzasz, co tam jest. To bardzo żmudna, nudna, ciężka i niebezpieczna praca.

W lutym 2022 r. dowiedzieliśmy się, że w ramach dywizji wysyłają nas na ćwiczenia na granicę z Ukrainą. To znaczy, że odkładają na bok rozminowywanie w Czeczenii — chociaż przed rozpoczęciem inwazji pracy tam wystarczyłoby jeszcze na dobre pięć lat. A teraz, o ile wiem, nikt się tam rozminowywaniem nie zajmuje. Może tylko Ministerstwo Sytuacji Nadzwyczajnych, ale to też nie jest pewne.

Po tylu latach służby nagle w 2022 r. zrezygnowałeś. Dlaczego?

Wybuchła wojna w Ukrainie. Przez trzy miesiące jej trwania byłem w armii i powiem tak: miałem lepszą opinię o rosyjskiej armii i ludziach, z którymi służyłem. Bardzo się rozczarowałem. Chociaż w tym przypadku bardziej pasuje słowo „szok”. Codziennie rozmawiasz i pracujesz z ludźmi, uważasz ich za w miarę normalnych. A tu się okazuje, że to oprawcy i złodzieje. Poczułem odrazę, nie chciałem być częścią tego wszystkiego.

Opowiedz o „ćwiczeniach” z 2022 r.

Część naszej dywizji zaczęli przenosić na Krym już w październiku i listopadzie 2021 r. Potem zaczęli tam wysyłać coraz więcej oddziałów. Każdego dnia kierowali tam jakieś pociągi, personel, sprzęt.

Mnie [saperowi] przydzielono dowództwo nad plutonem strzelców, który [w lutym 2022 r.] również postanowiono przenieść. Było to bardzo dziwne i niezrozumiałe, ale w wojsku przyzwyczajasz się do szaleństw, do tego, że wydają ci rozkaz i masz go wykonać. Wszyscy wzruszyli ramionami, skinęli głowami, zażartowali. „Wielcy szefowie chcą w coś zagrać, niech grają”. Pojawiały się głosy, że może wybuchnąć wojna, ale nie było paniki.

Przyjechaliśmy do Dżankoja [miasta na Półwyspie Krymskim], gdzie rozlokowali cały nasz oddział. Nie pozwolili nam jednak rozbić namiotów, tydzień spędziliśmy pod gołym niebem. Pojawiło się dużo pytań — po co? Dlaczego tam jesteśmy? Razem z trzema innymi żołnierzami wynajęliśmy dom. Rano 24 lutego obudził mnie odgłos wystrzałów. Wtedy zrozumiałem, że ten idiota rozpętał wojnę. Że to nie była tylko gra, blef.

Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do miejsca, gdzie przebywał dowódca naszego batalionu i szef sztabu 42. Dywizji. A tam owijali już ludziom prawe ręce i lewe nogi białą taśmą — żeby odróżnić przyjaciela od wroga — i malowali białą farbą symbole Z na ciężarówkach i czołgach Kamazach [rosyjskich samochodach ciężarowych].

Wtedy postanowiłeś odejść?

Tak, tego samego dnia napisałem raport o odejściu, a potem zacząłem z nim biegać za dowódcą. Musiało to wyglądać dziwnie. Pada deszcz, wszyscy biegają tam i z powrotem po śliskim podłożu na obrzeżach jakiejś wioski. Nikt nie rozumie, co się dzieje. A ja z moim wnioskiem o zwolnienie. Dowódca kompanii mnie odprawił.

W końcu trafiłem do szefa sztabu. Wchodzę, a u niego bez przerwy telefony. „Co, chcesz odejść? A wiesz, że tam chłopaki teraz giną?” — pyta. Odpowiadam: „tak, wiem”. A on wyciąga pistolet z kabury. „No to może powinienem ci odstrzelić te cholerne nogi?”. Ja na to spokojnie. „Nie, po prostu pozwól mi odejść i tyle”.

Ten pułkownik [Aleksander] Saienko do 2014 r. służył w Siłach Zbrojnych Ukrainy, a potem przeszedł na drugą stronę, jak ostatni sukinsyn. Wtedy pomyślałem, że w zasadzie nie ma nic przeciwko. I odjechałem jeszcze z dwoma żołnierzami taksówką. A potem dzwoni do mnie mój kolega: „hej, wszyscy cię tu szukają”. Okazało się, że Saienko zebrał wszystkich w szeregu i powiedział: „Ci trzej zdrajcy to tchórze. Wsadzę ich do więzienia, zabiję, zastrzelę”

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Wtedy odejść chciała połowa kompanii, ale zdecydowaliśmy się na to tylko my troje. Nie było jasne, jakie mamy prawa, chcieliśmy odejść zgodnie z prawem, a nie ryzykować 7 siedem lat w więzieniu, więc jednak wróciliśmy. Dzisiaj, wiedząc o wszystkim, wyciągnąłbym ręce i powiedział: „Załóżcie kajdanki, szybciej zabierzcie mnie do więzienia. Lepiej siedzieć w więzieniu, niż iść na wojnę”. Powtarzam to od czterech lat.

Nie ponieśliśmy żadnych konsekwencji. Potem nadeszła komenda, wsiedliśmy do Kamazów i ruszyliśmy. 27 lutego dotarliśmy do Melitopola, spędziliśmy tam kilka dni na zbombardowanym, zniszczonym lotnisku wojskowym Sił Zbrojnych Ukrainy. Potem zaczęli tworzyć oddziały do ochrony artylerii — wchodził do nich oficer i 10 żołnierzy. Dano mi ośmiu ludzi, zawieziono nas do artylerzystów i pilnowaliśmy ich przez około 40 dni.

Nie było większego zaopatrzenia, tylko suchy prowiant. Wszyscy oczywiście schudli — ale narzekanie na to w tej sytuacji byłoby głupotą. Kiedy słyszysz wieści, że w nocy spalono trzy czołgi i przypominasz sobie te błyski i latające kule, myśl o tym, że jesteś głodny, znika.

„Nagramy to na wideo i wyślemy twojej matce”

W swoich pierwszych wywiadach opowiadałeś, jak Rosjanie torturowali żołnierzy — zarówno rosyjskich, jak i ukraińskich. Gdzie to było?

W miejscowości Bilmak [oficjalnie znanej jako Kamjanka] w obwodzie zaporoskim. W marcu wróciliśmy do batalionu strzelców, potem kilka razy zmienialiśmy lokalizacje i ostatecznie znaleźliśmy się w Bilmaku. Był tam magazyn rolniczy — tam właśnie zaczęto przywozić jeńców. Mieliśmy za zadanie pilnować dostępu do tego kołchozu-sowchozu, w którym mieścił się sztab dywizji. Był tam m.in. zastępca dowódcy dywizji do spraw politycznych, pułkownik Witalij Szopaga.

Słyszałem o co najmniej 20 jeńcach wojennych — byli to żołnierze 36. Brygady Piechoty Morskiej Sił Zbrojnych Ukrainy. Bronili oni fabryki Iljicza w Mariupolu, ale ich brygada została rozbita. Rosyjskie siły zbrojne wyłączyły wieże komórkowe, utrudniły im nawigację i zaczęły ich łapać. W rezultacie grupa żołnierzy została wzięta do niewoli i trafiła na przesłuchania.

Teren w obwodzie zaporoskim przypomina pajęczą sieć: drogi się rozchodzą i jest bardzo wiele miejscowości. W każdej z nich znajdowały się oddziały i jednostki rosyjskich sił zbrojnych, gdzie przetrzymywano ukraińskich jeńców. Pułkownik Szopaga codziennie jeździł [po tych miejscowościach, w których przebywali jeńcy z Sił Zbrojnych Ukrainy] i ich przesłuchiwał.

U nas w Bilmaku było trzech. Gdy Szopaga był trzeźwy, przesłuchiwał ich z dużym uporem. Gdy był pijany, robił kompletnie dziwaczne rzeczy. Jeden z żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy przyznał się, że był snajperem, i został mocno pobity — zarówno przez Szopagę, jak i przez dowódcę batalionu, majora Dutowa. Żądali od niego podania nazwisk „nacjonalistów”. Nie słyszałem, żeby Szopaga zadawał inne pytania. Jak zdarta płyta. Zasłaniał jeńcowi oczy i strzelał z pistoletu tuż przy jego twarzy, żeby go ogłuszyć.

Konstantin Jefremow w Bilmaku, 2022 r.

Konstantin Jefremow w Bilmaku, 2022 r.Julia Orłowa / Meduza

Każdy mógł tam wejść, więc widziałem wszystko w najmniejszych szczegółach. Pewnego razu Szopaga ściągnął temu chłopakowi spodnie i majtki i powiedział: „zaraz zawołam Dagestańczyka, on cię ze**nie. Nagramy to na wideo i wyślemy twojej matce”. Potem zapytał jeńca, czy ma dziewczynę. Gdy ten odpowiedział, że tak, Szopaga zagroził, że wyśle ten materiał także jej.

Ciągle ktoś próbował włamać się do garażu, w którym przetrzymywano jeńców. Miejsca tego pilnował jeden żołnierz, młody głupiec, któremu kazałem nikogo nie wpuszczać. A on raz otworzył im garaż, weszli i zaczęli znęcać się nad jeńcami. Ukraińcy mieli związane ręce i zasłonięte oczy. Jeden chłopak, snajper, siedział w kucki, a rosyjski żołnierz kopnął go w nos. Pewnego razu podczas przesłuchania Szopaga przestrzelił temu samemu chłopakowi rękę i nogę. Ale to ja, ku**a, rozpowszechniam „fałszywe informacje”, za co dostałem 7 lat kolonii karnej. A Szopaga, o ile wiem, dostał awans.

Próbowałeś to jakoś powstrzymać? Czy to było niemożliwe?

Nie, nie chcę udawać wybawiciela. Jedyna dobra rzecz, jaką zrobiłem, to kiedy dowiedziałem się, że temu ukraińskiemu snajperowi przestrzelono rękę i nogę. Poszedłem wtedy do Szopagi i powiedziałem: „nie chcę tu nikogo chować, trzeba mu udzielić pomocy”. Musiałem jakoś się wykręcić, odgrywać jakąś rolę, udawać, że mam to gdzieś, że po prostu nie chcę dodatkowych kłopotów.

W końcu chłopaka przebrano w rosyjski mundur i zawieziono do szpitala. Powiedziano, żeby nikomu nie mówić, że jest z Sił Zbrojnych Ukrainy, po prostu milczeć. Tam założono mu gips i odwieziono go z powrotem, a pijany Szopaga dalej go bił i torturował. Moi żołnierze obudzili mnie raz w nocy, mówiąc, że znowu go bije. Poszedłem, obudziłem podpułkownika FSB, który nadzorował całą dywizję. „Towarzyszu pułkowniku, proszę go uspokoić. Znowu jest pijany” — powiedziałem. Ten, niezadowolony, wstał, poszedł i uspokajał Szopagę. Zawołałem żołnierzy, by pomogli temu snajperowi.

Już kiedy byłem w Meksyku (w lutym 2023 r.), ukazał się mój wywiad [z ukraińskim blogerem Władimirem] Zołkinem. W komentarzu odezwał się jeden z żołnierzy — z grona tych jeńców, których pilnowaliśmy. Napisał, że mówię prawdę i że jego oraz jeszcze jednego żołnierza wymieniono. Nic nie wiedział o losie tego snajpera.

Szopaga nie karmił zbytnio jeńców, prawda?

Tak, groził kucharzowi, żeby nie podawał im ciepłego jedzenia — tylko chleb i wodę. Kucharz tak robił, ale my się dzieliliśmy. Ja i moi chłopcy w nocy przynosiliśmy im gorącą herbatę, papierosy. Kucharzowi też powiedzieliśmy, by nakładał tym chłopakom normalne porcje. Przestraszył się, ale powiedzieliśmy mu, żeby nie był bestią. Że trzeba ich nakarmić, to jeńcy.

Ciągle słyszałem rozmowy innych rosyjskich żołnierzy — mówili między sobą, że Ukraińcy to wrogowie, że co się dzieje z naszymi rosyjskimi chłopakami, kiedy trafiają do nich do niewoli… Kłóciłem się z nimi. Teraz sam zastanawiam się: jak to się stało, że się nie bałem. Oczywiście nie udało mi się nikogo przekonać. Jedyne, co mogłem zrobić, to sprawić, by jeńcy byli mniej bici, kiedy udawało mi się nie wpuszczać do nich nikogo. Samemu byłoby mi znacznie trudniej, ale miałem szczęście, że moich ośmiu żołnierzy okazało się w porządku. Byli to Czeczeni, Ingusze i Osetyńcy.

Czy oprócz ukraińskich żołnierzy mieliście w swoim obozie również jeńców cywilnych?

Pewnego razu przywieźli starszego mężczyznę, którego złapali na jednym z posterunków w obwodzie zaporoskim, gdzie — o ile dobrze zrozumiałem — stacjonowała tzw. milicja Donbasu. Nękali ludność cywilną, zatrzymywali wszystkich bez wyjątku, przeszukiwali samochody, zabierali telefony. Próbowali znaleźć tych, którzy coś fotografują, należą do jakichś czatów, gdzie informują Siły Zbrojne Ukrainy o przemieszczaniu się rosyjskich wojsk.

I oto zatrzymali starszego mężczyznę, w wieku 65–70 lat — za to, że przekazywał Siłom Zbrojnym Ukrainy informacje o lokalizacji rosyjskich wojsk. Przesłuchiwali go. Nie wiem jednak, co się z nim stało. Oprócz niego był jeszcze jeden nieletni chłopak w wieku 14–15 lat, którego przywieźli z tego samego powodu. Przesłuchiwał go Szopaga. Nie wiem, czy go bili, nie widziałem u niego śladów pobicia. Po około tygodniu zawieziono ich do Melitopola, gdzie przewożono wszystkich jeńców. To wszystko, co wiem o jeńcach cywilnych.

A co stało się z rosyjskimi wojskowymi odmawiającymi służby? Czy ich też torturowano?

W Bilmaku było dla nich więzienie zlokalizowane w budynku szkoły. Było tam około 15–20 osób, które odmówiły udziału w walce. Nie widziałem, żeby ich bili. Po prostu siedzieli na krzesłach przez całe dnie, a dwóch żołnierzy ich pilnowało. Ale wiem, że w ogóle nie dawano im jeść. Głodzono ich, żeby zmienili zdanie. Wywodzili się oni z pułków motorowych, widzieli koszmary podczas swoich szturmów i przez to wszystko stracili rozum. Chociaż nawet bez tego każdy rozsądny człowiek chciałby się zwolnić ze służby. Tylko jakiś kretyn lub fanatyk woleliby zostać. Nie było żadnych gwarancji, że nie wsadzą nas do takiego więzienia, kiedy powiemy, że chcemy odejść. Nie ukrywam, że miałem ogromne szczęście.

Kiedy udało ci się opuścić jednostkę?

Myśl, że trzeba uciekać, tliła się w mojej głowie przez cały czas. Ale istnieje coś takiego, jak „żołnierskie radio” — ciągle krążą jakieś plotki. Jedna z nich mówiła, że można odejść bez żadnych konsekwencji, jeśli spędziło się trzy miesiące na „specjalnej operacji wojskowej”. Uwierzyłem w to. Siedziałem i czekałem na 24 maja [2022 r.]. Inni żołnierze z naszej kompanii też czekali na tę datę.

I oto nadszedł 24 maja. Powiedzieliśmy naszemu dowódcy kompanii Pawłowi Sysojewowi: „Daj nam Kamaza, chcemy pojechać do Dżankoju, a stamtąd do Czeczenii, żeby złożyć wniosek o zwolnienie”. Było nas pięciu: ja, jeszcze jeden oficer i trzech żołnierzy. Poszedł naradzić się z dowódcą batalionu, podpułkownikiem Maksymem Andronnikiem. W końcu wrócił i powiedział: „Dowódca batalionu kazał wam się odpieprzyć. Jeśli chcecie odejść, wypier***ajcie pieszo”. Odpowiedziałem mu: „zaraz wezmę wszystkie wasze radiostacje wojskowe i je zniszczę. Nic mi nie zrobicie” — kiedyś, jeszcze przed wojną, przez pomyłkę wydali mi 10 radiostacji Azart, przez to, że źle wypełnili dokumenty.

Znowu poszedł do dowódcy. „Kamaz będzie jutro. Dowódca mówi, żebyście się pieprzyli, skoro jesteście takimi łajdakami”. I tak następnego dnia wyjechaliśmy do Dżankoja. Mieliśmy szczęście. Szopaga nie miał na nas czasu, był gdzieś daleko. Dowódca też miał inne problemy — chociaż wtedy istniały już doły, w których trzymano dezerterów, i łatwo mogliśmy się tam znaleźć. O ile wiem, całej piątce udało się wtedy odejść.

Jaki powód zwolnienia widnieje w twoim rozkazie?

„Braku kwalifikacji do zajmowanego stanowiska”, mimo że napisałem list rezygnacyjny, chciałem odejść z własnej woli. [W jednostce wojskowej] zebrała się specjalna komisja, to był istny cyrk. Ściągnęli do niej losowo oficerów z różnych dywizji. Jeden zaczął czytać: „takiemu a i tak zaproponowano [ponowne] wyjazdy na »specjalną operację wojskową«, a on odmówił”. Dodał, że to poważne naruszenie dyscypliny i zapytał, czy nie zmieniłem zdania. „Nie, nie zmieniłem”. Wtedy jeden z nich zadał pozostałym oficerom pytanie: „czy są podstawy, by sądzić, że nie nadaje się on do pełnienia zajmowanego stanowiska?”. Wszyscy podnieśli ręce [na znak zgody], podpisali się na jakiejś kartce, potem podpisałem się ja — i to wszystko, ku**a, jestem zwolniony.

Było to gdzieś w lipcu 2022 r. Zwolnienie — zarówno oficera, jak i szeregowego — składa się z dwóch rozkazów. Pierwszy otrzymałem w sierpniu, drugi 25 października 2022 r., więc zdążyłem jeszcze pełnić dyżury w Hankale jako dyżurny w jednostce, była to głównie papierkowa robota.

Ważne było to, że pierwszy rozkaz wyszedł, zanim głównodowodzący ogłosił mobilizację — wtedy wszystkie umowy z Ministerstwem Obrony stały się bezterminowe. Zdążyłem. A byli koledzy, którzy też chcieli odejść, ale postanowili grać na czas, żeby jeszcze pobierać pensję. W rezultacie nie zdążyli i pojechali z powrotem na wojnę.

Kiedy stałem się cywilem, zrozumiałem, że jako byłemu oficerowi tak łatwo mi nie odpuszczą. I, jak pokazał czas, miałem rację. Zgarniali na wojnę każdego, kogo tylko mogli. Gdybym został w Rosji, musiałbym się gdzieś ukrywać, a co to za życie? Wtedy postanowiłem wyjechać.

„Meduza” wysłała zapytania do Witalija Szopagi oraz do Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej z prośbą o skomentowanie historii Konstantina Efremowa, ale do momentu publikacji tego materiału nie otrzymała odpowiedzi.

„Dwa tygodnie spałem na ławce w parku”

Jesteś już trzy lata w USA. Dlaczego akurat tam? To nie jest najłatwiejszy kraj do emigracji.

Wyjechałem z Rosji, bo chciałem opowiedzieć o tym, co widziałem podczas służby. Co do Europy miałem obawy, za dużo działa tam kremlowskich oszustów. Bałem się, że mnie dopadną. Poza tym darzę sympatią USA, ich konstytucję, która teraz, co prawda, przechodzi nie najlepsze czasy, ale niech będzie. Miałem jakieś miłe wspomnienia z młodości związane z hollywoodzkimi filmami. Już przed wojną doskonale rozumiałem, że kiedy rosyjscy propagandziści mówili, że to Ameryka jest winna wszystkiemu, że tam nie mogą spać z tego, jak bardzo nas nienawidzą — to kompletna bzdura. Trzeba mieć bardzo wysokie mniemanie o sobie, by myśleć, że ktoś w USA nie robi nic innego, tylko myśli, jak utrudnić ci życie.

Jak udało ci się wyjechać? Czy pomógł ci projekt Gulagu.net [rosyjska organizacja praw człowieka]?

Tak. Wyleciałem 24 grudnia 2022 r. — najpierw do Turcji, potem do Meksyku, a stamtąd do USA. Ale w Stambule nie wpuszczono mnie na pokład, bo nie miałem biletu powrotnego. W liniach tureckich obowiązywała niepisana zasada, by nie wpuszczać na pokład Rosjan lecących do Meksyku bez biletu powrotnego. Tak straciłem bilet i 250 tys. rubli (11,2 tys. zł). To była wina ekipy ewakuacyjnej Gulagu.net, ale [kierownik projektu Władimir] Oseczkin to porządny człowiek i naprawił ten błąd.

Spędziłem w Stambule 11 dni, kupili mi nowy bilet i 4 lub 5 stycznia przyleciałem do Cancun. Stamtąd udzieliłem Oseczkinowi pierwszego wywiadu — nie było już drogi powrotnej. Wtedy (pod koniec 2022 — na początku 2023 r.) można było dostać się do USA praktycznie bez problemów. Dzięki aplikacji CBP One, która pojawiła się za kadencji Joego Bidena, można było, przebywając na terytorium Meksyku, zarezerwować w jednym z punktów granicznych termin spotkania z funkcjonariuszem straży granicznej.

Przejście graniczne w Meksyku, 6 lutego 2025 r.

Przejście graniczne w Meksyku, 6 lutego 2025 r.NurPhoto / Contributor / Getty Images

Już wtedy aplikacja była jednak sztucznie spowalniana lub zawierała algorytmy mające zmniejszyć liczbę osób ubiegających się o azyl w USA. Bardzo trudno było uzyskać termin, przypominało to jakąś grę. Ale próbowałem, próbowałem — i w końcu mi się udało. 6 marca, przyleciałem na granicę i w punkcie w amerykańskim mieście Brownswille [w stanie Teksas] powiedziałem, że chcę uzyskać azyl. Rozpoczęła się procedura, przeszukano mnie, zrobiono test na COVID-19 i pobrano odciski palców. A potem poproszono mnie o odblokowanie telefonu. Odmówiłem. Jestem pewien, że z tego powodu postanowili wsadzić mnie do detencji (więzienie imigracyjne w USA), gdzie spędziłem 57 dni. Były tam przesłuchania: jedno, potem drugie — taka dodatkowa selekcja, żeby człowieka zmęczyć.

Ale wszystko było w porządku: karmili normalnie, było ciepło, idealne warunki do wyspania się. Nigdy w życiu tak się nie wyspałem. Wszyscy — zarówno pracownicy aresztu, jak i osadzeni — to grzeczni ludzie, nikt nawet nie rozmawiał głośno. 99 proc. to ludzie z krajów Ameryki Łacińskiej. Spotkałem jednego faceta z Piotrogrodu, którego wypuszczono nieco wcześniej. Teraz on też jest w Nowym Jorku, czasami się kontaktujemy.

Jak trafiłeś do Nowego Jorku?

Kiedy wyszedłem, skontaktowałem się z jednym znajomym, Fidarem. To mój rodak, mieszkał wtedy już pół roku w USA i powiedział, żebym przyjechał. Pojechałem autobusem do Houston, a stamtąd poleciałem do Nowego Jorku. Fidar to młody, bystry chłopak. Jedną noc spędziliśmy [w mieszkaniu] na Brighton Beach, a rano nas wyrzucili, bo Fidar nie płacił za mieszkanie. W rezultacie nie miałem gdzie mieszkać. Przez kilka tygodni mieszkałem na ulicy: spałem w metrze, na ławce w parku, chroniłem się przed zimnem w Starbucksie. Był kwiecień.

Potem trafiłem do schroniska, do noclegowni dla bezdomnych: sam tam poszedłem. Poznałem jednego Uzbeka, z którym do dziś utrzymuję kontakt. Spędziliśmy tam kilka nocy, potem on znalazł pracę na przedmieściach Filadelfii i pojechaliśmy tam. Pracowaliśmy u jakiegoś mężczyzny, remontowaliśmy jego dom: kładliśmy płytki, montowaliśmy instalację sanitarną.

Jak wygląda teraz twoja sytuacja z dokumentami?

Mam już pozwolenie na pracę, otworzyłem konto bankowe, staram się o prawo jazdy. Nadal nie mam paszportu — zabrano mi go na granicy. Czekam na rozprawę w sprawie azylu politycznego. Adwokat mówi, że mam mocną pozycję. Chociaż jeszcze mu nie zapłaciłem, już wiele zrobił, pomógł mi wypełnić jakieś formularze. Na adwokata potrzeba 8 tys. dol. (29 tys. zł), można płacić w ratach. Jakoś je zarobię i zapłacę.

Masz teraz pracę?

Stałej pracy nie mam. Przez jakiś czas mieszkałem w Tennessee w motelu prowadzonym przez Hindusów, pracowałem tam za grosze. Teraz na truck stopach — to ogromne stacje paliw dla dużych ciężarówek — układam płytki. Jakoś sobie radzę. Obecnie wraz z dwoma przyjaciółmi z Uzbekistanu wynajmuję pokój w Brooklynie.

Czy zdarzało ci się żałować przeprowadzki?

Nigdy. Nie mam przekonania, że wszyscy powinni mi pomagać, że znajdą mi pracę i mieszkanie. Nie jestem małym chłopcem i nie wierzę w bajki. Rozumiałem, na co się piszę. Nie było we mnie użalania się nad sobą ani oburzenia na świat. A wyjeżdżając z kraju, zdawałem sobie sprawę z tego, że nie ma drogi powrotnej.

Śledzisz wiadomości o wojnie rosyjsko-ukraińskiej? Czy dla ciebie to już coś odległego?

Nie, nie jest odległe i nie stanie się takie, dopóki ta wojna się nie zakończy. Moje życie oczywiście bardzo się zmieniło. Ale kiedyś chciałbym wrócić.

Czy na Kaukazie inaczej podchodzi się do wojny niż ogólnie w Rosji?

Oczywiście. Kiedy ktoś ginie na froncie, w Osetii wie o tym ogromna rzesza ludzi, ponieważ wszyscy są sobie znacznie bliżsi niż w rosyjskim społeczeństwie. Osetia jest mała, Inguszetia i Kabardyno-Bałkaria także. Śmierć żołnierza jest tam odczuwana jako osobista tragedia dla każdego. Na ulicy i w kawiarniach ludzie starają się milczeć o sytuacji politycznej, ale ludzie wszystko rozumieją. Znają mnie we Władykaukazie, mam tam wielu znajomych. Nie ma chyba nikogo wśród moich najbliższych znajomych, kto przestałby się ze mną kontaktować z powodu tego, co zrobiłem.

A są tacy, którzy cię potępiają?

Oczywiście. Ostrzegłem też matkę, że mogą ją prowokować. Ona sama też wszystko rozumie. Urodziła się w 1960 r., mieszka sama, nie mamy zbyt wielu krewnych, a kontakty z sąsiadami są ograniczone. Są wśród nich szaleńcy, którzy mówią jej, że wybrano Trumpa i wkrótce deportują jej syna. Są gnojki, które szczerze sympatyzują zarówno z tym reżimem, jak i z głównym władcą — Putinem. Pijany, głupi sąsiad może powiedzieć: „oto matka zdrajcy”. Ale nie zdarzyło się nigdy, żeby ktoś jej coś zrobił.

Czy nie boisz się deportacji w kontekście ostatnich przypadków z Rosjanami?

Oczywiście mam takie obawy, że nagle mnie zabiorą i deportują do Moskwy. Spodziewam się wszystkiego, nic mnie nie dziwi. Ale nie uważam się za grubą rybę, która mogłaby zainteresować republikanów i Trumpa. Nie jestem przecież Nawalnym, mało kto mnie zna. Chociaż czasami myślę — ilu jest Rosjan, którzy otwarcie sprzeciwili się Putinowi? Pewnie można policzyć ich na palcach jednej ręki.

Chociaż ogólnie w Ameryce jest mi dobrze, chcę wrócić do domu. W mojej Osetii można by stworzyć drugą Szwajcarię — a może nawet pierwszą. Mamy najpiękniejsze góry, najbardziej życzliwych i dobrych ludzi, z których przeważająca większość nie dała się ogłupić propagandą. A tej niewielkiej części starych wyjadaczy, która wysyła młodzież na wojnę, życzę, żeby nie zginęli, tylko doczekali, aż wrócimy z emigracji. Wtedy odpowiedzą za wszystko, co teraz robią.