„The Wall Street Journal” informuje, że „to tylko kwestia czasu”, zanim Arabia Saudyjska włączy się do wojny. Królestwo to potężna siła militarna, która od lat przygotowuje się na ewentualną konfrontację z Iranem.
Jednak nie tylko Saudyjczycy są bliscy wejścia do konfliktu. Po bombardowaniach przeprowadzonych przez Iran także inne państwa mogą zdecydować się na działania zbrojne przeciwko Teheranowi. Jakiej eskalacji można się teraz spodziewać?
Oto najważniejsze pytania i odpowiedzi.
Ponieważ Arabia Saudyjska jest jednym z kluczowych państw regionu, istnieje realne ryzyko, że już trwający „pożar” na Bliskim Wschodzie jeszcze bardziej się rozprzestrzeni.
To państwo należy także do czołowych producentów ropy naftowej na świecie. Ewentualne ataki na instalacje energetyczne oraz coraz większe ryzyko dla transportu morskiego w cieśninie Ormuz mogłyby wywindować ceny ropy do bardzo wysokiego poziomu.
Arabia Saudyjska uznaje, że ataki Iranu zagrażają zarówno jej przyszłości, jak i ambitnym planom rozwoju gospodarczego
— przyznaje w rozmowie z serwisem Blick Ralph D. Thiele, przewodniczący niemieckiego Towarzystwa Polityczno-Wojskowego i prezes Eurodefense Deutschland.
Według Thielego ewentualne zaangażowanie byłoby też wyraźnym sygnałem wobec Donalda Trumpa. Jeśli układ sił w regionie miałby zostać na nowo ułożony, Saudyjczycy chcą mieć miejsce przy stole negocjacyjnym.
Z kolei The New York Times donosi, że faktyczny władca Arabii Saudyjskiej, książę Mohammed bin Salman, naciska na kontynuowanie wojny z Iranem. Określa on działania USA i Izraela jako „historyczną szansę” na przekształcenie Bliskiego Wschodu.
ALI HAIDER / PAP
Saudyjski następca tronu książę Mohammed bin Salman
Jak silna jest armia saudyjska?
Arabia Saudyjska dysponuje jedną z najdroższych armii na świecie. Jej budżet wynosi ok. 80 mld dol. (ok. 320 mld zł) i stanowi rocznie od 7 do 10 proc. produktu krajowego brutto.
Królestwo zainwestowało ogromne środki w lotnictwo oraz systemy obrony powietrznej, przygotowując się na ewentualną agresję ze strony Iranu
— podkreśla Thiele.
Dzięki nowoczesnym myśliwcom F-15 i Eurofighterom Saudyjczycy dominują w przestrzeni powietrznej regionu. Iran natomiast — o ile po intensywnych atakach nadal dysponuje lotnictwem — korzysta z przestarzałych maszyn sowieckiej konstrukcji, takich jak F-14 czy MiG-29.
Arabia Saudyjska stoi również na bardzo wysokim poziomie, jeśli chodzi o obronę przeciwrakietową.
Fayez Nureldine / AFP / AFP
Siły Arabii Saudyjskiej (zdj. poglądowe)
Słabszymi punktami pozostają jednak koordynacja działań oraz liczebność i doświadczenie personelu. Armia Iranu liczy ok. 610 tys. żołnierzy, podczas gdy saudyjska — ok. 230 tys.
Od 2015 r. Arabia Saudyjska prowadzi działania zbrojne w Jemenie przeciwko rebeliantom Huti, którzy są wspierani przez Iran. Konflikt obejmuje zarówno naloty, jak i operacje lądowe. Mimo wieloletnich walk rebelianci nie zostali jednak pokonani.
Największą przewagą Arabii Saudyjskiej jest lotnictwo. Wspólnie ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem Saudyjczycy mogliby atakować irańskie instalacje wojskowe, wyrzutnie rakiet oraz bazy dronów. Równocześnie kluczowe byłoby zabezpieczenie własnej infrastruktury — rafinerii, rurociągów oraz portów eksportowych.
Jakiej eskalacji można się spodziewać?
Do wojny mogą dołączyć kolejne państwa zaatakowane przez Iran. Najbardziej prawdopodobnym kandydatem są Zjednoczone Emiraty Arabskie, które musiały już odeprzeć ponad 2000 irańskich ataków.
Bliscy sojusznicy Arabii Saudyjskiej podejmują już działania przeciwko irańskim aktywom finansowym, ograniczając przepływ środków do władz w Teheranie.
Armia Emiratów również uchodzi za bardzo skuteczną.
Wspólnie z Katarem ZEA mogłyby poważnie osłabić Iran
— mówi Thiele.
Włączenie się do konfliktu kolejnych sojuszników Stanów Zjednoczonych mogłoby wywołać efekt domina i skłonić także partnerów Iranu do bardziej zdecydowanych działań. W praktyce oznaczałoby to rozszerzenie konfliktu na kolejne obszary regionu oraz zwiększenie liczby aktywnych frontów.
Przykładowo rebelianci Huti w Jemenie — od lat wspierani przez Teheran — mogliby znacząco zintensyfikować swoje operacje militarne. Chodziłoby nie tylko o częstsze ataki rakietowe i dronowe na południowe regiony Arabii Saudyjskiej, ale również o działania wymierzone w kluczowe szlaki morskie na Morzu Czerwonym. Mogłoby to obejmować:
- ostrzał statków handlowych,
- próby blokowania transportu surowców
- czy destabilizowanie jednego z najważniejszych korytarzy handlowych świata.
To wszystko w konsekwencji odbiłoby się na globalnej gospodarce.