Rosnące ceny ropy naftowej wywołują na giełdach odruchowy entuzjazm wobec spółek energetycznych. Orlen nie jest wyjątkiem – kurs rośnie, a inwestorzy traktują go jak naturalnego beneficjenta droższego surowca. Problem w tym, że ta intuicja jest myląca, a obecny kryzys energetyczny różni się od poprzedniego w sposób, który może boleśnie zaskoczyć zarówno konsumentów, jak i akcjonariuszy polskiego koncernu.
Dlaczego boom łupkowy z lat 2011-2014 już nie wróci?
Arend Kapteyn, główny ekonomista UBS, wskazuje na kluczową różnicę między obecnym szokiem cenowym a tym, który świat przeżywał dekadę temu. W latach 2011-2014 cena ropy Brent wynosiła średnio około 110 dolarów za baryłkę, co w dzisiejszych cenach odpowiadałoby blisko 145 dolarom, czyli o około 23 procent więcej niż obecne ceny. Mimo to amerykańska gospodarka absorbowała ten szok bez większego szwanku, a PKB USA rósł średnio ponad 2 procent rocznie. Sekret tkwił w rewolucji łupkowej.
Na początku 2010 roku amerykański sektor wydobywczy odpowiadał za około 14 procent produkcji przemysłowej. W latach 2012-2013 generował już ponad połowę całkowitego wzrostu produkcji przemysłowej w USA, a w niektórych okresach praktycznie za całość tego wzrostu. Wyższe ceny ropy skłaniały firmy do wiercenia, inwestowania i zatrudniania, co tworzyło impuls wzrostowy równoważący wyższe koszty paliwa dla konsumentów.
Niestety dziś ten mechanizm nie zadziała. Sektor łupkowy – jak zauważa Kapteyn – „jest znacznie mniej wrażliwy na zmiany cen niż dekadę temu“.
Administracja Trumpa sygnalizuje, że obecny szok cenowy jest tymczasowy, co oznacza, że firmy naftowe nie podejmą kosztownych inwestycji wiertniczych w odpowiedzi na przejściowy wzrost cen.
Produkcja może nieznacznie reagować na marginesie – przez kończenie odwiertów czy wyższe wykorzystanie mocy, ale nic, co przypominałoby skalę odpowiedzi podażowej sprzed dekady. Tym razem wyższe ceny energii uderzą bezpośrednio w siłę nabywczą konsumentów, bez amortyzacji ze strony kwitnących krajowych inwestycji naftowych.
Sytuację dodatkowo komplikują wydarzenia geopolityczne. Izraelskie i irańskie ataki odwetowe na infrastrukturę energetyczną w rejonie Zatoki Perskiej, a także ostrzeżenie Kataru dotyczące możliwego wyłączenia jego kompleksu LNG (największego na świecie) na miesiące, a potencjalnie lata, wskazują na dalsze zacieśnianie globalnych rynków energii. Na rynkach kredytowych pojawiają się już oznaki napięcia, a ogólne perspektywy gospodarcze zaczynają się pogarszać.
Dlaczego rosnący kurs Orlenu może być pułapką dla inwestorów?
Tu właśnie ujawnia się paradoks, który powinien zainteresować każdego polskiego inwestora. Orlen to przede wszystkim spółka przetwórcza i dystrybucyjna – nie wydobywcza. Kurs rośnie przez sentyment do całego sektora energetycznego, ale droższa ropa wejściowa bezpośrednio ściska marże rafinacyjne. Im wyższy koszt surowca, tym trudniej o rentowność operacyjną. Spółka rośnie więc z powodów, które w praktyce mogą osłabiać jej fundamenty.
Minister Aktywów Państwowych Wojciech Balczun przyznał wprost, że Orlen minimalizuje swoją marżę detaliczną na tyle, ile jest to możliwe bez działania na szkodę spółki. „Nie mieliśmy do czynienia z takim zamieszaniem, z tak wielkim kryzysem chyba nigdy” – stwierdził minister, wskazując jednocześnie, że pozostałe instrumenty kształtowania cen paliw – akcyza i VAT – pozostają w rękach państwa. W grę wchodzi również potencjalna dyskusja o ustawie o nadmiernych zyskach.
Dla inwestora oznacza to jasny sygnał: Orlen jest ściśnięty z dwóch stron jednocześnie.
Z jednej – rosnące koszty surowca, których nie może w pełni przenieść na konsumenta.
Z drugiej – presja polityczna i regulacyjna ograniczająca przestrzeń do ochrony marż.
Kurs akcji Orlen na interwale dziennym, tradingview
Kurs akcji może jeszcze przez jakiś czas podążać za entuzjazmem sektora energetycznego, ale fundamenty spółki opowiadają inną historię i prędzej czy później rynek zacznie ich słuchać.
Zobacz również: