O tym najlepiej świadczy przebieg rywalizacji w Pucharze Świata. Polacy wrócili do startów po bardzo udanych Zimowych Igrzyskach Olimpijskich, ale ich poczynania bardziej należy określić mianem drogi przez mękę, aniżeli zwieńczeniem udanego sezonu.
Raptem jedno podium Pucharu Świata, żadnego indywidualnie, brak skoczka w czołowej dwudziestce klasyfikacji generalnej cyklu i niezliczone wątpliwości. Bilans w PŚ, delikatnie mówiąc, nie zachwyca, ale na szczęście nie był on pierwszoplanowym celem.
Gdyby nie cud we Włoszech, z dużą dozą prawdopodobieństwa mówilibyśmy o kataklizmie, środowisko domagałoby się zwolnienia trenera i nastawialibyśmy się na wieloletni marazm, który w pewnym sensie już trwa.
ZOBACZ WIDEO: Zieliński bohaterem meczu. „Musieliśmy troszeczkę poczekać”
W ostatecznym rozrachunku nastroje i posadę Maciusiaka uratował 19-letni Kacper Tomasiak, już trzykrotny medalista olimpijski. Nie przykrył tym samym kaskady problemów i nie rozwiał wątpliwości w przypadku tematów trudnych, tudzież fundamentalnego – co dalej?
Patrząc w przyszłość, gdzieś na końcu długiego i ciemnego tunelu tli się światełko optymizmu, ale daleko za bezkresem niepewności. Oprócz Tomasiaka trudno wskazać choćby jeden pewny punkt Biało-Czerwonych, co automatycznie komplikuje nasze szanse w jakichkolwiek zmaganiach drużynowych.
Są talenty, ale w minionych latach też się pojawiały i równie szybko ginęły bez śladu, niejednokrotnie szybko kończąc karierę. Jest kilku doświadczonych skoczków, ale zmierzających w stronę zasłużonej emerytury i rywalizujących chyba już bardziej hobbystycznie, dla własnej satysfakcji.
Niby nie można odbierać nikomu wysokich aspiracji, tym bardziej jestem daleki od negowania ich u kogokolwiek, ale takowe nie są już poparte realnymi argumentami.
Przede wszystkim wielka szkoda, że Kamil Stoch nie pożegnał się z kibicami w taki sposób, jaki sobie wymarzył. Przez lata zapewniał nam nieprawdopodobną wręcz rozrywkę i na zawsze zapisał się w historii polskiego sportu. Był, jest i będzie jednym z największych polskich mistrzów, nie ma dyskusji.
Zasłużył jednak na lepsze pożegnanie. Takie, w trakcie którego uśmiech na jego twarzy gości częściej od gestów bezradności, podyktowanych uczuciem zawodu. Niestety pozostaje się zadowolić tym, co jest. Planicę już zostawmy. Zupełnie nic nie wnosi do podsumowania tegorocznych zmagań. Zgoda, w niedzielę jeszcze konkurs indywidualny, ale w cuda nie ma sensu wierzyć.
Bilans tego sezonu i tak jest zadowalający. Trzy medale igrzysk bralibyśmy w ciemno, nawet kosztem jakiegokolwiek podium w PŚ i choćby jednego udanego epizodu rywalizacji w nim. Wierzymy jednak głęboko, że to co spotkało nas we Włoszech, to nie odroczenie wyroku, tylko początek odbudowy i symboliczna zmiana warty, którą za jakiś czas będziemy wspominać z nostalgią, po latach wielkich sukcesów. Choć na razie nadal brzmi to jakoś nazbyt baśniowo.
Bogumił Burczyk, dziennikarz WP SportoweFakty