
Gdyby miłośnik historii znalazł w krzyżówce definicję: „Solidarność zeszła tam po wprowadzeniu stanu wojennego”, wpisałby zapewne hasło „podziemie”, ewentualnie „konspiracja”. Gdańszczanin, a już zwłaszcza lechista, odpowiedziałby natomiast po prostu „stadion”. Dlaczego? To „biało-zieloni” przypominali w latach 80. o tym ruchu społecznym na trybunach całej Polski. Antykomunistyczne wyczyny kibiców Lechii na wyjazdach mają jednak dłuższą tradycję.
Komuniści na celowniku lechistów
tak, ale nie większy niż inne grupy społeczne
13%
raczej nie, jest on wyolbrzymiany
50%
Państwo komunistyczne z natury niechętnie patrzyło na wszelkie oddolne inicjatywy, nie wyłączając tych kibicowskich. Jeśli takie grupy czy zrzeszenia nie były duszone w zarodku, były bacznie obserwowane przez przedstawicieli służb: milicji, wojska, bezpieki itd. Nic więc dziwnego, że po Grudniu ’70 pod czujnym okiem komunistów znaleźli się kibice Lechii Gdańsk.
Z perspektywy władz szczególnie niebezpieczne były mecze wyjazdowe, na których „biało-zieloni” szalikowcy mogli publicznie przypominać o krwawo stłumionych protestach robotniczych – i przypominali, już wiosną 1971 r., podczas meczu w Poznaniu z tamtejszym Lechem. Na trybunach zasiadło ponad 1 tys. fanów gości, którzy szybko udowodnili, że stadion stanowi dla nich przestrzeń mówienia o tym, o czym w telewizji czy radiu się nie usłyszy.
Działacz opozycji, współzałożyciel Ruchu Młodej Polski, Mirosław Rybicki: „sektory zajmowane przez kibiców Lechii były ściśle obstawione przez uzbrojone oddziały milicji. Atmosfera była bardzo napięta. Milicja urządziła swoistą antygdańską demonstrację siły […]. Naszą odpowiedzią było wielokrotne skandowanie „Powtórzymy Grudzień!”. W kolejnych latach podobnych demonstracji również nie brakowało, by wspomnieć rok 1974 i spotkanie na wyjeździe ze Stomilem Olsztyn. Dziś fani obu drużyn pozostają w dosyć przyjaznych relacjach, po zawarciu „sztamy”, ale wówczas ważniejsze od kibicowskich sympatii/antypatii było pokazanie „czerwonym”, że pamięć o masakrze robotników jest wciąż żywa. Stąd ponowne okrzyki „Powtórzymy Grudzień!”, tym razem rzucane w stronę zomowców, a po ostatnim gwizdku – walki z milicją.

Antykomunistyczno-stadionową „tradycję” lechiści kontynuowali w latach 80. W tej dekadzie tragedia grudniowa, choć wciąż przywoływana, zeszła nieco w cień, a na pierwszym planie znalazły się hasła dotyczące stanu wojennego i generała Wojciecha Jaruzelskiego. Starsi czytelnicy zapewne kojarzą zdania wykrzykiwane podczas demonstracji ulicznych i malowane na murach od Tatr po Bałtyk: „WRON-a Orła nie pokona!”, „WRON – won za Don!” czy „Junta juje!”. W wyjazdowym repertuarze Gdańszczan pojawiły się i one, podobnie jak klasyczne „Precz z komuną!” oraz „A na drzewach, zamiast liści, będą wisieć komuniści!”. Z „biało-zielonych” gardeł padały też antymilicyjne okrzyki typu „MO – gestapo!” i „Biała pała – znak pe…!”, a także bezpośrednio odwołujące się do ówczesnego dyktatora i jego najbliższych współpracowników. Na meczach z udziałem Lechii można zatem było usłyszeć: „Ch… w d… temu, kto poparł Jaruzelskiego!”, „Znajdzie się pała na d… generała!” czy „Ch.. nieświeży, Urban Jerzy!”.
Masakra pod Gronowem i rewanż w Gdańsku
Specyfiką lechistów były natomiast zawołania związane z „Solidarnością”. Nie były one może zbyt wyszukane („Nie ma wolności bez Solidarności!”, „Solidarność – Lechia Gdańsk!”, „Solidarność z Gdańska o, o, o, o!”, „Lech Wałęsa!”), ale przecież nie o finezyjność tu chodziło. Komunikaty wychodzące od kibiców miały bowiem trafiać do ogółu społeczeństwa i przypominać, że jeden z największych ruchów społecznych XX w. nie został jeszcze złożony do grobu. Nie było to takie oczywiste, zwłaszcza wobec wszechobecnego poczucia marazmu i braku perspektyw w połowie lat 80. W kontekście tego tekstu wyjątkowy pozostaje zwłaszcza sezon 1983/1984. Do dziś jest on wspominany za sprawą słynnego dwumeczu Lechii z Juventusem Turyn w Pucharze Zdobywców Pucharów (z Michelem Platinim, Paolo Rossim i Zbigniewem Bońkiem, 0:7 i 2:3), a także zwycięstwa w II lidze i awansu do I ligi (obecnie ekstraklasa).
Na przestrzeni całych rozgrywek „biało-zieloni” zdobyli co prawda tyle samo punktów, co Olimpia Poznań (46), ale okazali się bezkonkurencyjni, jeśli chodzi o bilans bramkowy. Strzelili 61 goli (kolejna Olimpia 38), a królem strzelców został nie kto inny, jak lechista – Jerzy Kruszczyński z dorobkiem 31 trafień. Dwie z nich wpakował do siatki Olimpii Elbląg 19 maja 1984 r. i ten mecz powinien nas szczególnie zainteresować. Dlaczego? Otóż odbył się on nad Kumielą i tak jak piłkarze nie zamierzali ani centymetra odpuścić rywalom (wygrali 3:1), tak kibice nie zamierzali płaszczyć się przed milicją i ZOMO. Przeciwnie, zarówno przedmeczowy, jak i pomeczowy przemarsz kilku tysięcy szalikowców przez miasto przerodził się w antykomunistyczną i prosolidarnościową manifestację.
Partie i organizacje polityczne
Na trasie sympatyków „biało-zielonych” znalazł się m.in. obiekt pierwszorzędny z komunistycznego punktu widzenia – siedziba Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Takiej okazji nie można było zmarnować i choć nie poszły w ruch, dajmy na to, koktajle Mołotowa, to złorzeczeń wobec partyjniaków nie zabrakło. Z czasem do manifestantów przyłączyli się też Elblążanie, liczeni może nie w tysiącach, ale w dziesiątkach już tak. Eskortujący kilkutysięczny tłum milicjanci nie zdecydowali się na interwencję ani na ulicach Elbląga, ani na stadionie.
Niestety, co się odwlecze, to nie uciecze i w drodze powrotnej do Gdańska pociąg z kibicami zatrzymał się na przystanku w Gronowie Elbląskim. A tam – cóż za „niespodzianka” – czekali zomowcy i zaczęło się, jak to określił po latach ksiądz Jarosław Wąsowicz, „bestialskie polowanie”. Przez kilkanaście (kilkadziesiąt?) minut wobec lechistów trwał „festiwal” represji: od gazowania i pałowania, przez ciąganie po ziemi, po szczucie psami (zdarzały się i pogryzienia).
Na tym się rzecz jasna nie skończyło, bo wielu fanów trafiło potem za kratki. Podległa władzom prasa wiedziała natomiast, jak pisać o wspomnianych wyżej wydarzeniach. Oto fragment: „Kilka słów na marginesie tego meczu, który wywołał spore zainteresowanie wśród miłośników piłki z Elbląga i Gdańska. Otóż grupy najbardziej „aktywnych” kibiców z Trójmiasta były przez cały czas pilotowane przez elbląską milicję. Dopiero w Gronowie Elbląskim pseudosympatycy piłki zatrzymali pociąg, zrywając hamulec. Po interwencji ZOMO i wysadzeniu z wagonów ok. 60 najbardziej aktywnych rozrabiaczy, pociąg ruszył dalej, w spokoju przejeżdżając przez Malbork”.
W ramach tej relacji chyba tylko przecinki są prawdziwe, a rzeczywisty przebieg interwencji ZOMO przedstawił legendarny kibic „biało-zielonych”, działacz Federacji Młodzieży Walczącej, Tadeusz Duffek. Tak zapamiętał te chwile – „wzmocnione ZOMO zatrzymało pociąg z kibicami w Gronowie koło Elbląga i rozpoczęło się totalne katowanie. Bili nas, krzycząc: „wybijemy wam, skurwysyni, „Solidarność” z głowy!” […]. Odgryźliśmy się na milicji za to Gronowo na kolejnej manifestacji „solidarnościowej” w Gdańsku”.
Od Wrocławia po Lublin, od Krakowa po Szczecin
Wspomnieliśmy, że relacje kibicowskie miały wtórne znaczenie wobec wspólnego, „czerwonego” wroga. O ile zatem współcześnie trudno sobie wyobrazić spokój między fanami Lechii Gdańsk i Lecha Poznań (na linii „biało-zieloni” – „Kolejarz” obowiązuje tzw. „kosa”), to w kwietniu 1984 r. Gdańszczanie i Poznanianie (tyle że kibicujący Olimpii Poznań) stali ramię w ramię w stolicy Wielkopolski: na Starym Rynku i przy Pomniku upamiętniającym ofiary Czerwca ’56. Lechiści apelowali do Poznaniaków o dobrą pamięć o „Solidarności”, a do najodważniejszych o wsparcie podziemnej „S”. O dziwo, tym razem milicja zachowała się biernie, a na samym boisku drużyny podzieliły się punktami (1:1). Jak się potem okazało, był to „zwycięski” remis, bo ostatecznie to Lechia wygrała całe rozgrywki.
Relacja Tadeusza Duffka: „Z Gdańska do Poznania przyjechało wtedy ok. 7 tys. ludzi, ale są i tacy, którzy mówią, że wtedy było nas 10 tys. Ja jechałem z Sopotu i już tutaj cały pociąg był „nabity” […]. W każdym razie ten tłum z dworca poszedł na rynek i cały czas skandowaliśmy przeciw komunie […]. Reakcja ludzi w Poznaniu była natychmiastowa. Otwierali wszędzie okna i pozdrawiali nas […] podniesioną ręką z „victorią” – znakiem zwycięstwa. Babcie wynosiły kanapki na poczęstunek. Rzucali się nam w ramiona, ściskali nas. Po prostu ogólny szok. Na rynku wielu ludzi się do nas przyłączyło. Tam też były przemówienia. Pamiętam, że mówił wtedy kolega „Teheran” w imieniu kibiców Lechii do Poznaniaków, że trzeba bronić „Solidarności i o nią walczyć, kultywować to, co nam zostawiła. Że musimy to zrobić razem, cała Polska”.
Już na trybunach Gdańszczanie krzykami i gwizdami uniemożliwili występ milicyjnej orkiestrze, za co zostali nagrodzeni przez gospodarzy brawami. Tego było dla funkcjonariuszy za wiele – zapewne z trudem przełknęli kibicowski wiec na rynku, ale ośmieszenie ich na oczach tysięcy ludzi? W efekcie na gdańskim dworcu na powracających lechistów czekali „wytęsknieni” zomowcy i znowu doszło do starć… Tymczasem awans na najwyższy szczebel piłkarski wiązał się z poszerzeniem możliwości demonstrowania przez „biało-zielonych” swoich poglądów. Od tej pory mogli je pokazywać m.in. na stadionach w Lublinie (Motor), Katowicach (GKS), Szczecinie (Pogoń), Poznaniu (Lech), Wrocławiu (Śląsk), Łodzi (Widzew i ŁKS), Krakowie (Wisła) oraz Warszawie (Legia).
Jak reagowali fani tych drużyn na antykomunistyczne gesty Lechii (nie tylko okrzyki, ale i transparenty czy ulotki rozrzucane z trybun)? Przeważnie powściągliwie, do wyjątków należeli szalikowcy Śląska Wrocław i Wisły Kraków – zawołanie „Trzej królowie wielkich miast: Śląsk – Wisełka – Lechia Gdańsk” nie wzięło się z przypadku. Co odważniejsi z lechijnej ekipy, zaangażowani w opozycyjne podziemie, szli w ślady historycznych poprzedników (kurierów obu wojen światowych) i wykorzystywali wyjazdy do przemytu „bibuły” w głąb Polski. Z racji, że ten system działał w dwie strony, nad Wybrzeże również zabierali nielegalne wydawnictwa.
Wracając do samych meczów wyjazdowych, warto wymienić jeszcze dwa ważniejsze spotkania. W maju 1985 r. „biało-zieloni” gościli w stolicy, gdzie Lechia grała z Legią (0:1). Przed pierwszym gwizdkiem zdążyli jeszcze odwiedzić grób księdza Jerzego Popiełuszki przy Kościele pw. św. Stanisława Kostki, a po ich wizycie pozostał pamiątkowy wpis: „Pamiętaj Polaku młody, bo gdy „Solidarność” pada, nie ma życia bez swobody. BKS Lechia Gdańsk – kibice”.
Podczas samego meczu ich postawę docenili natomiast adwersarze, i to z samej „Żylety” („I wtedy my żeśmy ryknęli: „Nie ma wolności bez Solidarności!” […]. Zapanowała zupełna cisza, a potem jeden wielki huragan braw. Szczególnie głośno klaskała słynna „Żyleta”. Bili nam takie brawa przez ok. pięć minut. Wszyscy ludzie wstali z miejsc”). Na koniec epizod z Legnicy, gdzie pociąg z lechistami stanął w drodze do Lubina, na mecz z Zagłębiem. Dla młodszych – to właśnie w tym mieście, nazywanym „Małą Moskwą”, stacjonowało dowództwo Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, a wraz z nim kilkadziesiąt tysięcy czerwonoarmistów. Akurat kilkoro z nich przebywało na dworcu, gdy z „biało-zielonych” gardeł popłynęły w ich stronę hasła „Sowieci do domu!” i „Wypier…!”.
Życzenie spełniło się już kilka lat później, w 1993 r.
Przy pracy nad tekstem korzystałem z publikacji: serwisu 90minut.pl, serwisu lechia.net, „WRONA SKONA w gazecie, czyli cios w gotowość obronną” Wojciecha Wabika oraz „Biało-zielona „Solidarność”. O fenomenie politycznym kibiców gdańskiej Lechii 1981- 1989″ Jarosława Wąsowicza.