Dominika Hermanowicz od lat zajmuje się prowadzeniem ceremonii humanistycznych, w tym osobistych ostatnich pożegnań oraz konsolacji, czyli spotkań pamięci po pogrzebie.

Dominika Hermanowicz od lat prowadzi pogrzeby humanistyczne w Trójmieście – ceremonie skupione zarówno na osobie żegnanej, jak i na potrzebach tych, którzy zostają. Obserwując rodziny w żałobie, zauważyła pewną lukę: ogromny ładunek emocji, które nie zdążyły wybrzmieć za życia bliskiej osoby. W odpowiedzi na tę potrzebę proponuje nową formę spotkań: w kręgu najbliższych, jeszcze za życia. To czas wspomnień, wartości i wdzięczności, moment na powiedzenie sobie tego, co najważniejsze – nie po to, by się pożegnać, ale po to, by powiedzieć to, co ważne, póki jeszcze jest czas.


Na Cmentarzu Łostowickim powstanie Las Pamięci. Ruszył przetarg
Na Cmentarzu Łostowickim powstanie Las Pamięci. Ruszył przetarg

tak, staram się mówić o nich na bieżąco
32%

czasem, ale bywa to dla mnie trudne
26%

rzadko, unikam takich rozmów
42%

Aleksandra Wrona: Skąd wziął się pomysł na organizację spotkań osób u kresu życia z ich bliskimi?

Dominika Hermanowicz: Pomysł ten właściwie wyrósł z mojej codziennej pracy. Prowadzę pożegnania świeckie, humanistyczne i w ich trakcie skupiam się nie tylko na osobie żegnanej, na jej historii życia, ale też bardzo uważnie przyglądam się temu, co przeżywają bliscy. W trakcie rozmów, kiedy przygotowujemy ceremonię, bardzo często pojawia się wątek tego, że ludzie mają w sobie mnóstwo ważnych rzeczy do powiedzenia, których z różnych powodów nie zdążyli wypowiedzieć. Nawet jeśli ktoś był w szpitalu czy w hospicjum, nawet jeśli ten czas był, to często brakowało przestrzeni albo sposobu, żeby to zrobić.

Taka rozmowa może być odebrana jak pożegnanie, więc często ludzie boją się ją zainicjować, dlatego nie dzielą się tym, co naprawdę jest ważne. I później zostają z takim bagażem nierozpakowanych emocji. Widzę bardzo wyraźnie, ile tam jest treści, ile wdzięczności, ile rzeczy, które mogłyby wybrzmieć wcześniej. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie brakuje właśnie takiej przestrzeni, żeby to się mogło wydarzyć jeszcze za życia, w bezpiecznych warunkach.

Dlatego wyszłam z propozycją spotkań w kręgu bliskich – dla osób u kresu życia i ich rodzin. Przy czym bardzo podkreślam, że to nie jest pożegnanie za życia. To ma być spotkanie wspomnień, wartości i wdzięczności, czyli moment, w którym można powiedzieć sobie to, co było ważne, ale bez konieczności stawiania kropki.

Czyli bardziej rozmowa o tym, co było, niż o tym, co się kończy?

– Tak, dokładnie. To jest dla mnie kluczowe, żeby to rozróżnić. Bo kiedy mówimy „pożegnanie”, to od razu pojawia się skojarzenie z końcem, z zamykaniem. A tutaj chodzi raczej o zatrzymanie się na chwilę i spojrzenie na wspólną drogę. O zauważenie tego, co było wartościowe, co było ważne, za co jesteśmy sobie wdzięczni.

Często porównuję to do listu, który ktoś mógłby chcieć zostawić swoim bliskim. Tylko że nie każdy ma taką potrzebę, nie każdy potrafi ubrać to w słowa na papierze. A spotkanie daje możliwość powiedzenia tego na głos, w obecności innych, zobaczenia ich reakcji, bycia razem w tym doświadczeniu. To jest zupełnie inna jakość niż pozostawienie po sobie zapisanych słów.

Jak mogłoby wyglądać takie spotkanie w praktyce?

– Dla mnie najważniejsze jest to, że ono nie ma jednego scenariusza. W swojej pracy w ogóle unikam sztywnych ram i tutaj jest dokładnie tak samo. To spotkanie ma wyglądać tak, jak potrzebują tego ludzie, którzy w nim uczestniczą.

Jeśli ktoś chce po prostu usiąść i porozmawiać – to jest w porządku. Jeśli ktoś ma potrzebę obejrzeć wspólnie zdjęcia, wrócić do różnych momentów życia, powspominać, to też jest naturalne. Wyobrażam sobie młodą osobę, która chce spotkać się z bliskimi i znajomymi, obejrzeć ulubiony film, posłuchać muzyki, która coś dla niej znaczyła.

Może być cisza, może być śmiech, mogą być anegdoty. To nie musi być spotkanie w ciężkiej atmosferze. Wręcz przeciwnie – może być bardzo żywe i bardzo prawdziwe. Czasami to mogą być bardzo proste rzeczy, jak wspólne jedzenie, przygotowanie czegoś razem, bycie w przestrzeni, która jest bliska tej osobie. Wszystko zależy od tego, w jakim stanie jest ta osoba i czego potrzebuje ona oraz jej bliscy.

Chodzi o to, żeby stworzyć taką atmosferę, w której wybrzmią rzeczy naprawdę istotne. Żeby to było spotkanie, które trochę zbiera życie tej osoby i to, co chce po sobie zostawić.

Konsolacja to spotkanie pamięci odbywające się po pogrzebie. Może mieć elementy muzyczne, pokazu zdjęć i filmów, a także opowieści i wspomnień o zmarłej osobie.

A jaka jest w tym rola pani?

– Moja rola zaczyna się od rozmowy. Spotykam się z osobą u kresu życia albo z jej bliskimi i zadaję pytania – jak wy to widzicie, czego potrzebujecie, co byłoby dla was ważne, a czego chcielibyście uniknąć. Bo to też jest istotne, że są pewne rzeczy, których ludzie nie chcą na takim spotkaniu.

Ja mogę coś zaproponować, podsunąć pomysły, ale nie ma tu żadnego sztywnego scenariusza. To ludzie decydują, jak to spotkanie będzie wyglądało. Ja jestem raczej osobą, która pomaga im to poukładać, nazwać i stworzyć warunki do tego, żeby to mogło się wydarzyć.

I bardzo często już sama ta rozmowa jest czymś ważnym, bo pozwala ludziom zobaczyć, co oni właściwie czują i czego potrzebują.

Wspomniała pani, że często brakuje przestrzeni na takie rozmowy wcześniej.

– Bardzo często wygląda to tak, że ludzie przyjeżdżają do szpitala czy hospicjum i funkcjonują w takim trybie zadaniowym. Podają wodę, przynoszą jedzenie, są obecni, ale jednocześnie są trochę w takim zamrożeniu. Jest w nich bardzo dużo treści, ale nie wiedzą, czy i jak mogą się nimi podzielić. Pojawia się pytanie: kiedy to powiedzieć, jak to powiedzieć i czy w ogóle powinnam, bo może to zabrzmi jak pożegnanie.

To jest bardzo delikatna sytuacja, bo z jednej strony nie chcemy odebrać tej osobie nadziei ani sprawić jej przykrości, a z drugiej – mamy w sobie potrzebę powiedzenia „dziękuję”, „to było dla mnie ważne”. Dlatego uważam, że kluczowe jest przesunięcie akcentu. Nie myślenie o tym jako o pożegnaniu, tylko jako o rozmowie o wartościach, o tym, co było ważne w tym wspólnym życiu. Wtedy to staje się bardziej naturalne i mniej obciążające.


Ceremonie humanistyczne. Alternatywne podejście do ślubów i pogrzebów
Ceremonie humanistyczne. Alternatywne podejście do ślubów i pogrzebów

Czy często spotyka się pani z tym, że ludzie żałują niewypowiedzianych słów?

– Ciężko jednoznacznie określić, czy często, bo różne są też okoliczności śmierci. Niemniej jest to jeden z wątków, które pojawiają się w rozmowach przy przygotowaniu pożegnań. Ludzie mówią o tym już po fakcie, kiedy wspominają osobę, która odeszła. Wtedy pojawiają się różne treści, którymi chcieli podzielić się wcześniej, ale niejednokrotnie zabrakło momentu, impulsu, przestrzeni.

Bo kto ma to zainicjować? Bardzo często najbliżsi są skupieni na zadaniach, trzymają emocje w ryzach i nie zaczynają trudnych rozmów. Są też osoby, które chciałyby porozmawiać, ale czekają, nie chcą się narzucać. I w efekcie te rozmowy niejednokrotnie się nie wydarzają. Dlatego myślę, że stworzenie takich warunków, nawet jeśli nie wszyscy z nich skorzystają, jest bardzo ważne.

W swojej pracy spotyka się pani z różnymi formami pożegnań. Czy jest jakieś doświadczenie, które szczególnie pani zapadło w pamięć?

– Było ich dużo, ale na myśl przyszło mi pożegnanie, które bardzo dobrze pokazuje, jak duże znaczenie ma przestrzeń i kontekst. Prowadziłam ceremonię pożegnania mężczyzny, który niedługo wcześniej wybudował dom – taki, który miał być ich przystanią z żoną. Wrócili do Polski z Niemiec, planowali wspólne spokojne życie, ale bardzo szybko pojawiła się choroba, która nie pozwoliła mu nacieszyć się tą wizją.

Część pożegnania odbyła się właśnie w tym domu. To było zupełnie inne doświadczenie niż tradycyjna kaplica – bardziej osobiste, mniej formalne. Były duże okna, za nimi natura, taka cisza, która sprzyjała zatrzymaniu się.

Odczytałam tekst wspomnienia przygotowanego na podstawie rozmów z bliskimi i zapytałam, czy ktoś chciałby coś dodać od siebie. Na początku była cisza, ale po chwili zaczęły zgłaszać się kolejne osoby. I nagle powstała taka opowieść o tym człowieku – wielowymiarowa, pełniejsza. Były też momenty śmiechu, bo pojawiały się anegdoty, sytuacje z życia, które oddawały jego charakter. To było bardzo poruszające, bo pokazywało, że nawet w takim momencie jest miejsce na uśmiech, na ciepło, na życie.


Restauracje na stypę w Trójmieście
Restauracje na stypę w Trójmieście

Spotkania w kręgu bliskich przeznaczone są dla osób terminalnie chorych, często znajdujących się pod opieką hospicjów. Czy próbowała pani tam przedstawić swój pomysł?

– Tak, choć ku mojemu zaskoczeniu w zdecydowanej większości spotkałam się z reakcją „zamkniętych drzwi” i krytykowaniem faktu, że za taką pracę pobieram wynagrodzenie. Nie rozumiem takiego stanowiska, bo gdzie nie jak w hospicjum ludzie mogliby się dowiedzieć, że taka możliwość istnieje. I nie chodzi wcale o rekomendowanie takiej inicjatywy, tylko o udostępnienie informacji o niej do samodzielnej decyzji podopiecznych i ich rodzin. Bo przecież jeśli nie wiemy, że coś takiego istnieje, to nie jesteśmy w stanie tego szukać ani z tego skorzystać, nawet jeżeli mamy potrzebę w tym względzie. A ten obszar jest póki co niezaopiekowany, ponieważ wykracza poza zakres działania psychologów pacjentów terminalnie chorych.

Na koniec chciałabym zapytać o pani doświadczenia. Czy taka praca zmienia sposób patrzenia na życie?

– Na pewno przypomina o czymś, o czym wszyscy wiemy, ale nie zawsze chcemy o tym pamiętać – że życie jest skończone i nieprzewidywalne. Kiedy żegna się osoby w różnym wieku, w różnych okolicznościach, to daje do myślenia. Szczególnie kiedy są to osoby w wieku naszych bliskich. Jednocześnie w tej pracy jest też bardzo dużo piękna. Bo to nie jest tylko obszar trudnych emocji. To jest też obszar miłości – tylko w innej fazie, tej po stracie.

Widzę, jak ludzie mówią o swoich bliskich, jak potrafią docenić wspólnie przeżyte lata. I to chyba najbardziej zostaje ze mną – takie poczucie, że czas, który mamy, jest naprawdę cenny i że nigdy nie wiemy, ile go tak naprawdę jest.