Wypożyczalnia filmów VHS i DVD "Beverly Hills" w Gdańsku, 2012 rok.

Od epoki VHS do ery streamingu – przez ostatnie 30 lat zmieniła się nie tylko technologia oglądania filmów, ale też sposób ich przeżywania. Zniknęły nie tylko wypożyczalnie, magnetowidy i odtwarzacze DVD, ale również niektóre rytuały towarzyszące seansom: wymienianie się kasetami i płytami ze znajomymi, czekanie na emisję filmu w telewizji czy kupowanie go na fizycznych nośnikach. Czy pamiętamy jeszcze czasy, gdy początku seansu nie zwiastowało netflixowe „ta-dum”, lecz szum przewijanej taśmy lub jazgot napędu CD próbującego „przetrawić” zarysowaną płytę?

wypożyczanie kaset VHS w wypożyczalni i seanse z magnetowidu
54%

nagrywanie filmów z telewizji i wspólne oglądanie przy jednym odbiorniku
0%

oglądanie filmów z „wypalanych” płyt CD/DVD na komputerze
5%

kupowanie i kolekcjonowanie płyt DVD z filmami
14%

korzystanie ze streamingu (Netflix i inne platformy) na różnych urządzeniach
27%

Jeżeli takie tytuły jak „Kosmiczny mecz”, „Dzień Niepodległości”, „Krzyk” czy „Mission: Impossible” po raz pierwszy oglądaliście w kinie, to znaczy, że należycie do pokolenia, które dorastało razem z kolejnymi zmianami nośników i sprzętu do odtwarzania filmów. Od premier wymienionych produkcji mija w tym roku równo 30 lat, a w tym czasie postęp technologiczny całkowicie przedefiniował jakość domowych seansów.

Z każdą dekadą ubiegłego wieku kino ewoluowało, a wraz z nim przekształcały się nawyki i doświadczenia widzów. Najmocniej i najbardziej dynamicznie od lat 90. do współczesnych czasów. Nic więc dziwnego, że to właśnie pokolenie dzisiejszych 40-latków jest jedynym, które testowało tak różne sposoby oglądania filmów.

Przewijaliśmy kasety w magnetowidzie, polowaliśmy na telewizyjne „megahity”, sprawdzaliśmy program TV w telegazecie, „wypalaliśmy” płyty, instalowaliśmy kodeki, ściągaliśmy napisy, szukaliśmy „torrentów” i kupowaliśmy DVD. A teraz korzystamy ze streamingu i oglądamy filmy na smartfonach. I oczywiście nadal – jak nasi rodzice czy dziadkowie – chodzimy do kina.

Z takimi kwalifikacjami niejeden milenials mógłby doktoryzować się z „filmoznawstwa domowego” lub „seansologii stosowanej”. A ponieważ każda specjalizacja wymaga powtórki materiału, czas na krótkie repetytorium z dawnych, choć nie tak zamierzchłych przecież filmowych zwyczajów.

Potrzebujesz biletów? Sprawdź nasze konkursy

Przewiń to sam (bo będzie kara)

Jeżeli kina nazywano niegdyś „świątyniami filmu”, to wypożyczalnie kaset VHS należałoby określić „osiedlowymi miejscami kultu”, do których pielgrzymowały tłumy wiernych kinomanów. I rzeczywiście – czy była to znakomicie wyposażona „sieciówka”, czy ciasna klitka na tyłach sklepu z elektroniką – można było w środku doznać pewnego rodzaju objawienia. Szczególnie na widok regałów zapełnionych tytułami z przeróżnych rejonów kina – głównie gatunkowego.

Z iskrą w oku patrzyło się na okładki „akcyjniaków” z Jeanem Claudem van Dammem czy horrorów z Freddym Kruegerem. Wszystko pogrupowane, skatalogowane, opisane. Netflix w „realu” lat 90. W doborze idealnego filmu nie doradzały algorytmy, a inni klienci lub przede wszystkim właściciel wypożyczalni. Zazwyczaj serdeczny i pomocny, ale gwałtownie zmieniający swoje oblicze na pochmurne na widok oddawanej z opóźnieniem kasety lub – o zgrozo – kasety nieprzewiniętej do początku.

Do przewijania, a przede wszystkim odtwarzania filmów niezbędny był magnetowid. Sprzęt początkowo drogi i ekskluzywny, potem coraz tańszy i bardziej powszechny. Urządzenie proste w obsłudze i niezwykle „pojemne”, bo „połykające” zarówno legalne kasety z wypożyczalni, jak i te nabyte na prowizorycznym bazarze. Pirackie kopie cieszyły się sporym wzięciem ze względu na cenę, choć ich jakość często pozostawiała sporo do życzenia. Trzeba było więc być nie tylko wyrozumiałym, ale i czujnym, aby po powrocie do domu ze zdobyczną taśmą rzeczywiście włączyć całej rodzinie „Robocopa”, a nie np. „Robococka” z nurtu niemieckiego kina bez-kostiumowego.

Do przewijania, a przede wszystkim odtwarzania filmów niezbędny był magnetowid. Sprzęt początkowo drogi i ekskluzywny, potem coraz tańszy i bardziej powszechny.

Szczegóły na stronie 130 telegazety

Magnetowid i kasety VHS służyły nie tylko do oglądania filmów, ale także do ich nagrywania z telewizji. Ta oczywiście żadnym wynalazkiem lat 90. nie była, aczkolwiek dopiero wtedy – po latach cenzury i programowego duopolu – poznaliśmy pełnię możliwości domowej rozrywki we wcale nie tak małym pudełku. Dziś, aby pomieścić ówczesne odbiorniki, zapewne trzeba byłoby wydrążać wnęki w ścianach. Wtedy rozmiar telewizora nie miał większego znaczenia, jeśli bez większych problemów dało się na nim oglądać „Beverly Hills 90210”, „Doktor Quinn”, „Z Archiwum X” czy „Strażnika Teksasu”.

Biorąc pod uwagę to, że w większości domów funkcjonował tylko jeden odbiornik, powiedzenie „kto ma pilot, ten ma władzę” rzeczywiście miało wówczas zastosowanie. Aby jednak władza była absolutna, obok pilota obowiązkowo musiał znajdować się papierowy program telewizyjny. Absolutny niezbędnik, żeby ogarnąć telewizyjny nadmiar bogactwa i sprawdzić pory emisji ulubionych programów czy repertuar poniedziałkowego „megahitu”. I choć kiosków już nie ma, to papierowe przewodniki po stacjach TV pozostały. W skąpej liczbie i głównie na stolikach najstarszych telewidzów.

Nie było to jednak jedyne źródło informacji o tym, co aktualnie jest grane. Hej „zetki”, my też mieliśmy „internet” w telewizorze. Nazywaliśmy go telegazetą. I nie trzeba było „klepać” przydługich adresów www. Jeden przycisk na pilocie, potem trzy cyfry – i cały świat stawał przed nami otworem. 130 – program telewizyjny, 101 – wiadomości z kraju, 105 – z zagranicy, 110 – sport, 120 – pogoda. Legenda głosi, że telegazeta wciąż działa, a pod 240 nadal znajdują się ogłoszenia towarzyskie.

Współczesnych telewizorów do tych sprzed trzech dekad nawet nie ma sensu porównywać, ale niektóre ówczesne praktyki w dalszym ciągu są stosowane. Dziś jednak do nagrywania programu lub filmu nie potrzebujemy żadnych fizycznych nośników. Ba, nie musimy być nawet w domu. Pilot też nie ma już takiego znaczenia, bo nie ograniczamy się już tylko do jednego odbiornika, a nawet jeśli, to ekran możemy rozdzielić. Możemy też nawet – ku uciesze pana z wypożyczalni – przewijać filmy i programy do samiutkiego początku.

Doktor Quinn - jeden z najsłynniejszych zagranicznych seriali lat 90.

Na pirackich wodach

O ile nasze doświadczenia i wspomnienia związane z telewizją lat 90. i dwutysięcznych oraz erą magnetowidów możemy dzielić ze starszymi pokoleniami, o tyle w jednym – my, milenialsi – jesteśmy prawdziwymi pionierami i ekspertami oglądania filmów na komputerze. W każdej klasie funkcjonował przynajmniej jeden dostawca płyt, który albo miał dobry internet i nagrywarkę, albo miał dojście do kogoś, kto miał dojście do świeżych tytułów.

Na szkolnych korytarzach w przerwach między lekcjami krążyły więc wypełnione po brzegi klasery z płytami, na których odręcznie pisano tytuły filmów. I choć czasami można było natknąć się na takie „kwiatki” jak „Szybcy i fściekli”, „Matriks” czy „Szeregowiec Rajan”, to – w przeciwieństwie do bazarkowych kaset VHS – zawartość się zgadzała. Samo zdobycie płyty nie oznaczało jeszcze pełnego sukcesu.

Tak jak wiek drzewa określa się po liczbie słojów, tak po liczbie rys na płycie można było oszacować liczbę jej wcześniejszych posiadaczy. Chuchanie i przecieranie niewiele dawało, bo jeśli napęd CD osiągał częstotliwość dźwięku odrzutowca, było już jasne, że nici z seansu. Lepiej było stracić ochotę na film niż cały komputer. Gdy płyta bez problemu się zaczytywała, pojawiały się kolejne trudności: nie ma odpowiedniego playera, nie ma kodeków, nie ma (jak się nieraz okazywało) drugiej płyty z drugą połową filmu.

Wkrótce i takie niedogodności zniknęły. Im większy był dostęp do internetu i im szybsza była jego prędkość, tym łatwiej było film ściągnąć sobie z sieci samemu. Kto nigdy choć raz nie zacumował w „pirackiej zatoce”, niech pierwszy rzuci kamieniem. W czasach studenckich dla spłukanego żaka bilet do kina był luksusem, szabrowanie na pirackich wodach zaś jedynym sposobem na obejrzenie nowości.

Przy czym nie było tak, że wystarczyło nastawić wodę na herbatę i w tym czasie film lądował na naszym dysku. Potrzeba było wielu godzin, niekiedy całej nocy, a czasami nawet paru dni na ściągnięcie upatrzonego tytułu. A i tak nie było pewności, co ostatecznie zakotwiczy na naszym komputerze. Karę za tak nikczemne zagrywki niejednokrotnie wymierzał sam internet, gdy zamiast docelowego filmu do folderu wpadało coś znacznie gorszego od „Robococka” i nafaszerowanego taką ilością wirusów, że nasz komputer od razu trafiał na OIOM.

Dziś kasety VHS można znaleźć na śmietniku...

Dysk wygrywa z taśmą, „chmura” bije dysk

W zupełnie inne miejsce – bo do przykurzonych pudeł w zaciemnionej piwnicy – trafiały na początku lat dwutysięcznych wysłużone magnetowidy. Musiały po prostu ustąpić miejsca nowoczesnym odtwarzaczom DVD. Tak jak kasety swoje miejsce w wypożyczalniach musiały oddać płytom. Zgrabniejszym, wygodniejszym, zapewniającym lepszą jakość dźwięku i obrazu.

Przez kilka ładnych lat to właśnie te nośniki królowały w naszych domach. Z wypożyczalni płyty DVD szybko trafiły do sklepów. W Empiku kiedyś zajmowały nie pojedynczą półkę, a kilka regałów zapełniających całą ścianę. Nawet w supermarketach wyrastały kosze, w których można było wygrzebać za niezłą cenę nieśmiertelne klasyki i bardziej niszowe produkcje. Co więcej, płyty DVD jako bonus dorzucano nawet do czasopism i magazynów – i to niekoniecznie stricte filmowych.

Za nowości trzeba było już solidnie zapłacić. Ale dla dorabiającego studenta, a później świeżo upieczonego absolwenta wygospodarowanie paru złotych miesięcznie na jeden tytuł było jeszcze do zaakceptowania. Zanim jednak na dobre rozbudowałem swoją kolekcję, DVD nieuchronnie zaczęło odchodzić w niebyt – przede wszystkim ustępując w starciu z raczkującym jeszcze wówczas streamingiem. „Pogromca” kaset dość szybko sam został poskromiony przez technologię, której tym razem – tak się przynajmniej wydaje – nie da się szybko zastąpić czymś jeszcze lepszym.


Ostatnia wypożyczalnia filmów w Gdyni kończy działalność. 34 lata z Video Wojtkiem
Ostatnia wypożyczalnia filmów w Gdyni kończy działalność. 34 lata z Video Wojtkiem

Dziś wygoda, kiedyś przygoda

Od biegania do okolicznej wypożyczalni kaset wideo po „skakanie” z jednej streamingowej platformy na drugą. To wszystko w aż lub tylko 30 lat. My milenialsi – jedyne pokolenie, które z analogowego dzieciństwa przeszło w cyfrową dorosłość – mamy co wspominać. Dziś, mając tyle tytułów na wyciągnięcie ręki, doceniam oszczędność czasu i pracy wkładanej w poszukiwanie i zdobywanie filmów. Nawet te rosnące regularnie ceny za streaming są do przełknięcia – jeśli ogląda się dużo i często. Zresztą ciężko je zestawić z tymi, które trzeba było niegdyś płacić za kasety lub płyty. W praktyce – dziś jest po prostu wygodniej.

Czasami być może aż nadto. Kiedyś naprawdę trzeba było się postarać, nakombinować i nachodzić, aby dorwać upatrzony film i obejrzeć go w miarę dobrych warunkach. Nawet jeśli wiązało się to z przewijaniem taśmy, doczyszczaniem płyty, przekładaniem kabli i dopasowywaniem odpowiednich złączy. Bywało to męczące i uciążliwe, lecz dzięki temu oglądanie miało w sobie coś wyjątkowego, a sam seans stawał się nagrodą za zainwestowany w niego wysiłek. Czy do naszej „milenialsowej” listy kompetencji w oglądaniu filmów za jakiś czas dodamy coś jeszcze? Cokolwiek to będzie, też sobie z tym poradzimy.