Z perspektywy Hansiego Flicka sobotni mecz ligowy z RCD Espanyolem był mu potrzebny jak dziura w moście. Na ekipę „Blaugrany” we wtorek czeka mecz sezonu: rewanż z Atletico w Lidze Mistrzów, więc właśnie na to na starcie trener musiał oszczędzać najlepszych zawodników. Szczególnie, że w pierwszym spotkaniu piłkarze Diego Simeone wygrali na Camp Nou 2:0 i próba odrobienia strat w rewanżu w Madrycie będzie piekielnie trudnym zadaniem.

Kibice „Dumy Katalonii” wierzą w remontadę, bo przecież kilka tygodni temu FC Barcelonie udało się strzelić – temu samemu – Atletico aż trzy gole w Pucharze Króla. Tyle, że był to mecz u siebie, a po drugie wygrana 3:0 była wyjątkowo gorzkim zwycięstwem. Bo tydzień wcześniej „Atleti” wygrali z Barcą 4:0 i – w końcowym rozrachunku – to oni w przyszły weekend zmierzą się w finale Pucharu Króla z Realem Sociedad.

ZOBACZ WIDEO: Czy to koniec Roberta Lewandowskiego w reprezentacji? Fani zabrali głos

Flick musiał więc z jednej strony oszczędzać najlepszych piłkarzy na wtorkowy mecz wagi ciężkiej, ale z drugiej strony – po tym, jak w piątkowy wieczór Real Madryt jedynie zremisował 1:1 z Gironą – pojawiła się okazja odskoczyć „Królewskim” na aż 9 punktów w tabeli La Liga. Taka przewaga na siedem kolejek przed końcem rozgrywek w praktyce zamyka kwestię tytułu. Szczególnie, że najbliższe El Clasico odbędzie się 10 maja (godz. 21.00) na Camp Nou.

Niemiecki trener postanowił rozegrać derby Barcelony w bezpieczny dla siebie sposób: najpierw wyjść na rywala najsilniejszym składem, szybko zapewnić sobie przewagę bramkową, a później dać szansę dublerom, którzy narzekają, że dostają od Flicka za mało szans.

Barca wygrała 4:1, ale wysoki wynik nie oddaje przebiegu gry. „Duma Katalonii” prowadziła pewnie 2:0, ale po przerwie goście strzelili kontaktowego gola i kibice na Camp Nou długo musieli drżeć o wynik spotkania. Dopiero gole Lamine’a Yamala i Marcusa Rashforda w samej końcówce meczu wyjaśniły sytuację.

Robert Lewandowski obejrzał całe derby Barcelony z perspektywy ławki rezerwowych. To on jest pierwszym napastnikiem u Flicka na mecze Ligi Mistrzów, więc w sobotę oszczędzał siły. Nie oszczędzał się za to jego menagement, który podsyca doniesienia prasowe dotyczące negocjacji w sprawie przedłużenia umowy „Lewego” z Barceloną.

W ostatnich dniach mogliśmy przeczytać – zresztą trąbiono już o tym wcześniej – że Robert cieszy się olbrzymim zainteresowaniem nowych pracodawców. W plotkach padają nazwy włoskich gigantów (AC Milan i Juventus Turyn) i amerykańskiego Chicago Fire. W mediach mocno akcentuje się również ofertę z Arabii Saudyjskiej, która ponoć – ze względu na jej atrakcyjność finansową – jest nie do odrzucenia.

Wszystko to może być zarówno prawdą, jak i… nieprawdą. To jest po prostu gra. Podsycanie takich plotek ma wywrzeć presję na działaczach Barcelony, by poprawili swoją ofertę dla Lewandowskiego na przedłużenie kontraktu.

A nowym elementem w tej menadżerskiej rozgrywce jest informacja, jaką w tym tygodniu kolportowali hiszpańscy dziennikarze. Powołując się na anonimowe źródła podano, że Robert ma być rozczarowany wysokością oferty Katalończyków. Ba! Nie tylko rozczarowany, ale wręcz urażony!

Czy to prawda? Może, ale raczej to nowa odsłona tej samej gry. Otoczenie piłkarza wysyła wyraźny sygnał, że „Lewy” nie zasługuje na tak drastyczną (ciągle nie wiemy jaką) obniżkę wynagrodzenia. Czyli przesłanie jest jasne: dorzućcie trochę, bo jeśli nie, Robert odejdzie.

Tyle tylko, że zarówno prezes Barcelony Joan Laporta, jak i dyrektor sportowy klubu Deco, potrafią „czytać” taką grę. Sami też przecież wykorzystują dziennikarzy do osiągania swoich celów biznesowych.

Natomiast warto podkreślić, że metoda tzw. strzelenia focha w historii transferów Roberta nie jest niczym nowym. Jeśli obecne doniesienia mediów hiszpańskich o niezadowoleniu „Lewego” z oferty, czyta jego były menedżer Cezary Kucharski, to zapewne uśmiecha się pod nosem.

Jeszcze za czasów tego agenta Robert często wykorzystywał właśnie metodę focha. Gdy zbliżał się termin jakichś ważnych negocjacji finansowych czy to z Borussią Dortmund, czy Bayernem Monachium, nagle w prasie pojawiał się anonimowy przeciek, że Lewandowski nie jest w klubie szczęśliwy. Że na treningach nie widać na jego twarzy uśmiechu, że inaczej sobie wyobrażał to czy tamto. Służyło to jedynie poprawieniu pozycji negocjacyjnej zawodnika. I finalnie często przynosiło zamierzony skutek.

Więc gdy dzisiaj czytamy o oburzeniu Roberta na skandalicznie niską ofertę finansową Barcelony, możemy się domyślać, że otoczenie piłkarza właśnie skorzystało ze starej, dobrze wypróbowanej broni. Nie ulega jednak wątpliwości, że jakby się obie strony nie „tasowały” przed decydującymi rozmowami, to i tak najwięcej zależy tu od samego piłkarza. A dokładniej od jego poczynań na boisku. I to właśnie teraz.

Bo można sobie łatwo wyobrazić, że jeśli Robert zagrałby dobrze we wtorkowym rewanżu Ligi Mistrzów z Atletico, jego rola w rozstrzygnięciu meczu byłaby znacząca, a Barca awansowałaby do półfinału Champions League, to pozycja Polaka mocno by się poprawiła. Bo negocjuje się najlepiej, gdy w klubie panuje optymizm, a wyobraźnia podpowiada działaczom, że wygranie Ligi Mistrzów jest w zasięgu ręki. Nawet jeśli to myślenie życzeniowe.

Bo gdy głowa się grzeje, trudno o racjonalność w wydatkach. W Barcelonie mają w takim wydawaniu pieniędzy długą tradycję, a najbardziej jaskrawym tego przykładem było kupienie Philippe Coutinho. Na transfer Brazylijczyka wydano aż 145 mln euro! Barcelona ma dziś problemy finansowe właśnie dlatego, że tak łatwo „przepalano” pieniądze z czasów koniunktury.

Jeśli zaś Lewandowski nie odegra znaczącej roli we wtorkowym meczu z „Atleti” o półfinał Ligi Mistrzów, a Barcelona odpadnie z tych rozgrywek, trudno się spodziewać, że działacze „Dumy Katalonii” znacząco podniosą ofertę finansową dla Roberta. Po prostu nie będzie ku temu podstaw.

I to niezależnie od tego czy „Lewy” strzeli focha czy nie strzeli. Optymalnie byłoby, żeby zamiast fochów strzelał gole. To się sprawdza najlepiej.

Dariusz Tuzimek, WP SportoweFakty