Grossi nie boi się przedstawiać niepokojących prognoz. Zachód rozważa różne rozwiązania. Jednym z graczy jest Polska. — Takie dyskusje mają miejsce — przyznaje otwarcie Grossi.

— Nie chcę, by Niemcy były wyposażone w broń jądrową — mówi z kolei „The Economist” europejski dyplomata, którego kraj bardzo ucierpiał podczas II wojny światowej. Wymienia kilkanaście krajów, które prawdopodobnie poważnie badają opcje jądrowe, od północnej Europy po Indonezję, Turcję i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

— Pewnego ranka możemy obudzić się przy blasku błysku na pustyni — mówi anonimowo jeden z ekspertów w rozmowie z „The Economist”.

Jeśli uda się uniknąć nuklearnego wyścigu zbrojeń, jednym z głównych powodów będzie to, że obecnie państwo, które jako pierwsze rozpocznie taki wyścig, wiele ryzykuje.

Zbuntowane państwa, które zostaną przyłapane na zdobywaniu surowców do stworzenia bomby, narażają się na paraliżujące sankcje i ataki militarne.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Tymczasem każde państwo cieszące się choćby odrobiną szacunku, a które lekceważy Układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej — prawny zakaz tworzenia nowych mocarstw posiadających broń jądrową, podpisany przez 191 państw — ryzykuje, że stanie się pariasem, ponosząc nieprzewidywalne koszty gospodarcze i dyplomatyczne.

W wywiadzie dla Inside Geopolitics, programu wideo produkowanego przez „The Economist”. Jako dyrektor generalny Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) Grossi ma za zadanie przekonywać kraje, by nie łamały ograniczeń dotyczących broni jądrowej, oraz alarmować, jeśli próbują to zrobić.

Zapytany, czy martwi go wyścig zbrojeń nuklearnych, doświadczony argentyński dyplomata odpowiada wprost: „Naprawdę się martwię”. Czy może potwierdzić doniesienia, że wiele krajów potajemnie rozważa zdobycie broni jądrowej? Chodzi o sąsiadów Iranu w Zatoce Perskiej, czy też sojuszników Ameryki — Niemcy, Japonię, Polskę czy Korea Południowa, którzy nie są już pewni, czy chroni ich amerykański parasol nuklearny. — Takie dyskusje mają miejsce — odpowiada.

Grossi przyznaje, że istniejący system nierozprzestrzeniania broni jądrowej przez lata nie zdołał powstrzymać kilku krajów przed dołączeniem do klubu mocarstw, które ją posiadają. Nazywa go jednak „jednym z ostatnich punktów stabilności, jakie mamy” w niebezpiecznym świecie.

Zdaniem eksperta — jeśli więcej państw będzie dążyć do posiadania arsenałów jądrowych, efekt domina „nieuchronnie” doprowadzi do tego, że „spora liczba krajów” pójdzie w ich ślady.

Grossi potępia strategię nuklearnego blefu, która doprowadziła Iran do jego obecnego ponurego losu. Zwraca uwagę, jak reżim irański chwalił się posiadaniem wszystkich elementów potrzebnych do budowy bomby atomowej, w tym uranu wzbogaconego niemal do poziomu broni, a następnie prosił świat, by uwierzył, że nie ma zamiaru budować bomb ani głowic.

Nie popiera też poglądu Amerykanów i Izraelczyków, że irański przełom nuklearny był czymś nieuchronnym. Zamiast tego opisuje bezskuteczne apele do irańskich władz o przyznanie inspektorom MAEA pełnego dostępu, którego wymagał duży i ambitny program jądrowy tego kraju, ponieważ w dziedzinie atomowej „obietnice nie wystarczą”.

Niestety, przywódcy Iranu woleli politykę niejasności, a cierpliwość Ameryki i Izraela się wyczerpała. Grossi mówi wprost o fatalnych skutkach ryzyka podjętego przez władze w Teheranie. Był też w podziemnych irańskich kompleksach jądrowych, które obecnie legły w gruzach. Rozmawiał z irańskimi urzędnikami i naukowcami zabitymi w wyniku nalotów i ukierunkowanych zabójstw.

Szef MAEA uważa, że można wyciągnąć wnioski ze śmierci przywódców Bliskiego Wschodu, którzy dążyli do zdobycia broni jądrowej w Iranie, Iraku i Libii. Władcy z ambicjami jądrowymi powinni powrócić do stołu negocjacyjnego. Jest zbyt dyplomatyczny, by wspominać o nieoficjalnym arsenale jądrowym Izraela i niepokoju, jaki budzi on wśród niektórych sąsiadów.

Inni wyciągają dokładnie odwrotny wniosek. Europejski dyplomata, z którym rozmawia „The Economist”, często omawia strategię jądrową z rządami na całym kontynencie. Opisuje cyniczny nastrój, który ogarnął europejskie stolice, gdy Rosja najechała Ukrainę w 2022 r., a nasilił się po powrocie prezydenta Donalda Trumpa do urzędu w ubiegłym roku.

Za zamkniętymi drzwiami europejscy urzędnicy zgadzają się, że „Ukraina nie zostałaby zaatakowana, gdyby posiadała broń jądrową”. Tak, Grossi ma „całkowitą rację” mówiąc, że świat jako całość jest bezpieczniejszy bez dodatkowej broni jądrowej. — Ale spójrzmy na interesy poszczególnych państw — nalega dyplomata. Rządy w Iranie, Iraku i Libii negocjowały z Zachodem w sprawie swoich programów jądrowych. Wszyscy już nie żyją.

— Jedynym, który żyje, jest Kim Dzong Un — słyszymy. Chodzi o północnokoreańskiego despotę, który przeciwstawił się światu, budując międzykontynentalne pociski balistyczne z głowicami jądrowymi. Dyplomata wymienia kilkanaście krajów, które prawdopodobnie poważnie badają opcje jądrowe, od północnej Europy po Indonezję, Turcję i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

— Nie chcę, by Niemcy były wyposażone w broń jądrową — mówi europejski dyplomata, którego kraj bardzo ucierpiał podczas II wojny światowej. Przewiduje jednak, że pewnego dnia Berlin będzie chciał bomby atomowej „i ją zdobędzie, ponieważ nie może polegać na Stanach Zjednoczonych, a ja nie mogę uwierzyć, że w ogóle wypowiadam to zdanie”.

W poszukiwaniu bezpieczeństwa w samotnym świecie

Grossiego nie szokują reżimy, które uważają, że czułyby się bezpieczniej, gdyby posiadały broń jądrową. Zamiast tego wzywa do dogłębnej analizy motywacji poszczególnych krajów. Argument, że broń jądrowa służy jako ochrona, jest „słuszny w przypadku Korei Północnej” — przyznaje.

Jednak reżim Kima musi przede wszystkim wytrzymać presję ze strony Ameryki, Chin i Korei Południowej w zakątku północno-wschodniej Azji. Natomiast, jak twierdzi, geografia i polityka Bliskiego Wschodu generują złożoną dynamikę, która sprawia, że dla państwa w tym regionie „spalenie mostów” i dążenie do posiadania broni atomowej są bardziej ryzykowne.

Jednak nawet na Bliskim Wschodzie siła nie jest panaceum. Grossi jest przekonany, że programu jądrowego Iranu nie da się całkowicie zniszczyć bombardowaniami, między innymi dlatego, że „nie da się oduczyć tego, czego się nauczyło”. Jedynym rozwiązaniem jest dla niego wynegocjowane porozumienie.

Inni dyplomaci i eksperci przedstawiają bardziej ponure prognozy. W miarę przedłużania się wojny w Zatoce Perskiej dostrzegają oni coraz więcej powodów, dla których Iran powinien dążyć do posiadania broni jądrowej, choć jego program może stać się mniejszy i jeszcze bardziej tajny, aby przeciwdziałać infiltracji ze strony izraelskiego i amerykańskiego wywiadu, a produkowane przez niego urządzenia mogą być dość prymitywne.

— Pewnego ranka możemy obudzić się przy blasku błysku na pustyni — mówi jeden z ekspertów. Jednak nawet prosty wybuch jądrowy wysyła sygnał, który sąsiedzi będą zmuszeni wziąć pod uwagę. Atomowe kostki domina już się chwieją. Jeszcze jedno pchnięcie może je przewrócić.

© The Economist Newspaper Limited, 14 kwietnia 2026 r.