Dotąd wydawało się, że Hansi Flick i Robert Lewandowski to duet idealny. Jak Martin Scorcese i Leonado Di Caprio. Jak Steven Spielberg i Tom Hanks. Jak Tim Burton i Johnny Depp. Jak pan Miyagi i Daniel LaRusso.
„Lewy” pod wodzą Flicka osiągnął życiową formę w Bayernie, a potem w Barcelonie przeżył jej wielki renesans. W jego zespołach zdobył aż 142 bramki – pod wodzą żadnego innego trenera nie strzelił tylu goli. Za grę pod jego skrzydłami dwukrotnie został wybrany Piłkarzem Roku FIFA (2020, 2021). Dzięki współpracy z nim poczynił postępy w każdym aspekcie: piłkarskim, fizycznym i mentalnym.
ZOBACZ WIDEO: Marek Magiera przemówił do kibiców Legii. Zdradził, co było marzeniem jego brata
A Flickowi trafienia Polaka dały nie tylko 11 trofeów (jedynych w trenerskiej karierze), ale też ułatwiły wejście najpierw do Bayernu, a potem do Barcelony. A gdy „9” klasy „Lewego” zabrakło Flickowi w reprezentacji Niemiec, efekt był opłakany. Wyleciał z pracy marzeń z hukiem na dziewięć miesięcy przed Euro 2024 w ojczyźnie.
W jego debiutach w Monachium i Dumie Katalonii „Lewy” kompletował dublety, czyniąc łatwiejszym ten „najtrudniejszy pierwszy krok”. W Barcelonie był także przedłużeniem jego ręki w szatni i na boisku.
Dr Hansi i Herr Flick
Ich współpraca długo była podawana za wzór symbiozy, na której korzystają nie tylko oni, ale też wszyscy dookoła. Jej rozkład nastąpił jednak już rok temu. Za początek końca można uznać rewanżowy mecz 1/2 finału z Interem Mediolan. Lewandowski nadszarpnął wtedy zaufanie szkoleniowca i do dziś go nie odbudował. Flick pokazał wtedy „Lewemu” drugą twarz.
Przestał wierzyć mu na słowo, pozbawił go statusu nietykalnego i okazało się, że Barcelona w kluczowych momentach potrafi sobie radzić bez Polaka. To zachęciło Flicka do sukcesywnego marginalizowania pozycji Lewandowskiego, choć w przeliczeniu na rozegrane minuty „Lewy” jest równie skuteczny co w poprzednich sezonach. Ograniczył jego czas na boisku. Ściągał przy niekorzystnym wyniku albo przetrzymywał na ławce, gdy trzeba było odrabiać straty.
W ostatnich tygodniach natomiast każdą swoją decyzją pokazuje, że Polak jest mu wręcz zbędny. Dwukrotnie nawet – z Rayo (1:0) w La Lidze i Atletico (0:2) w Lidze Mistrzów – zostawił go w szatni już w przerwie meczów. Z takim upokorzeniem „Lewy” dotąd się nie spotkał. Zwłaszcza zmiana w tym drugim spotkaniu musiała być bolesna dla doświadczonego napastnika.
Flick uznał, że większe szanse na remontadę w meczu, którego stawką był awans do półfinału Champions League, zespół będzie miał bez Lewandowskiego. To byl wyraźny sygnał, że coś się skończyło. A potem trener dał kolejne. W derbach z Espanyolem „Lewy” nie podniósł się z ławki. W rewanżu z Atletico, gdy Barcelona potrzebowała bamek, Flick zwlekał z wprowadzeniem Polaka na boisko aż do 68. minuty.
Teraz przytrzymał go na ławce w meczu ligowym z Celtą (1:0) – rywalem, na którego Lewandowski ma sposób. W ogóle na 51 spotkań Barcelony w tym sezonie, Lewandowski opuścił aż 11. W pięciu nie zagrał ze względu na urazy, ale w sześciu nie pojawił się na boisku decyzją trenera.
Ostatni raz tak często pomijany był 20 lat temu, gdy jako zawodnik Legii II musiał ustępować miejsca graczom schodzącym do rezerw z pierwszego zespołu. Nawet w debiutanckim sezonie w Borussii, choć grał stosunkowo mało pod względem minut, to Juergen Klopp skorzystał z niego w 43 z 44 spotkań.
Czyny, nie słowa
Ta ostatnia zmiana nastawienia Flicka wobec Lewandowskiego zbiegła się w czasie z propozycją przedłużenia kontraktu, którą Polak miał otrzymać od Barcelony. Nie jest żadną tajemnicą, że Joan Laporta jest gorącym zwolennikiem pozostania „Lewego” na Camp Nou.
Flick, jak widać, jest innego zdania. Zdaje sobie sprawę z tego, że pozostawienie Lewandowskiego ograniczy możliwości klubu w kwestii sprowadzenia „9”, z którą drużyna mogłaby się bić o triumf w Lidze Mistrzów.
Niemiec na konferencjach ciepło wypowiada się o Lewandowskim, ale jego czyny mówią więcej niż słowa. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatnie decyzje Flicka są manifestem zaadresowanym do Laporty. Instrumentalnie wykorzystuje „Lewego” w swojej grze z prezydentem.
Po pierwsze, daje do zrozumienia, że Polak, z którym Laporta chce przedłużyć umowę, nie jest drużynie już potrzebny. Po drugie, stawia granicę, bo nie chce, by ktokolwiek ingerował w jego decyzje personalne.
Jestem w stanie sobie wyobrazić, jak Flick apeluje do Laporty o nową „9” na kolejny i przyszłe sezony, na co prezydent Barcy odpowiada, że przecież będą mieć Lewandowskiego. Reakcję Flicka na to stanowisko może zobaczyć w ostatnich tygodniach. Trakuje Polaka jak kukułcze jajo.
Surowa lekcja
Na naukę nigdy nie jest za późno i „Lewy” w wieku przedemerytalnym odbiera bolesną lekcję. Piłka nożna na tym poziomie to bezwzględna dżungla, w której nie ma miejsca na sentymenty. Nóż w plecy wbija mu właśnie osoba, którą podejrzewałby o to jaką jedną z ostatnich.
W minionym sezonie Flick był polisą Polaka na wypełnienie czteroletniego kontraktu z Barceloną. Przecież Xavi miał w planie pozbycie się „Lewego”, czemu mocno sprzeciwił się Laporta. Teraz Flick, który ma zdecydowanie mocniejszą pozycję niż Xavi w swoim schyłkowym okresie, może sprawić, że przygoda „Lewego” z Camp Nou dobiegnie końca szybciej, niż Polak sobie wyobrażał.
Maciej Kmita, dziennikarz WP SportoweFakty