Adam Małysz swoją decyzję o niekandydowaniu na kolejną kadencję ogłosił po środowym walnym zebraniu zarządu Polskiego Związku Narciarskiego, w rozmowie z Polsatem Sport. – Moja wizja tego, jak to ma wyglądać, nie jest spójna z wizją zarządu, więc moja decyzja jest na nie. Nie będę kandydował – stwierdził.
Już wcześniej chęć powrotu na stanowisko prezesa zgłosił Apoloniusz Tajner, szef PZN w latach 2006-2022, który nie widzi problemu w piastowaniu tej funkcji mimo swojego mandatu poselskiego.
ZOBACZ WIDEO: Polska sportsmenka zrobiła furorę w „Top Model”. Tak zareagowało środowisko. „Wszyscy mnie skreślili”
Dawid Góra, WP SportoweFakty: Popełniłeś błąd zostając prezesem?
Adam Małysz, prezes Polskiego Związku Narciarskiego: Chciałem zrobić coś dobrego dla sportu. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele rzeczy nie wyszło. Nikt nie jest nieomylny, zdarzały się błędy. Ale choćby reformy w sporcie juniorskim wyszły nam dobrze. Z powodu kilku spraw, które nam się udały, kandydowania na stanowisko prezesa nie nazwałbym błędem.
Garnitur, biurko, papiery, ludzie, którzy nie zawsze życzą ci dobrze – to środowisko, w którym chyba nie czujesz się dobrze.
Myślałem, że nie będzie tak źle. Szczególnie że będąc dyrektorem sportowym, wymyśliłem dla siebie trochę inny styl działania. Chciałem być w terenie i to wyszło dokładnie tak, jak zakładałem. Prezes tymczasem nie ma takiej możliwości. Dużo oficjalnych spotkań, biurokracja sprawia, że nie masz czasu na zwykły wyjazd na zawody. Rola prezesa to nie jest tylko reprezentowanie związku, ale mnóstwo mrówczej pracy. Związki stały się firmami, którymi trzeba zarządzać, odpowiadać za to w stu procentach. Jednocześnie nie mogąc wywalczyć wszystkiego, na czym ci zależy.
Miałeś inną wizję niż zarząd PZN-u.
W niektórych kwestiach.
A dokładniej?
Nie chcę ich po kolei wymieniać, bo musiałbym zacząć od sięgnięcia daleko wstecz. Podkreślam, że ja nie mam pretensji do zarządu, bo każdy ma swoją wizję, wiele spraw można widzieć inaczej. Uważałem jednak, że mogę zrobić więcej i przekonać innych do pewnych działań. Tymczasem sporo się nie udało.
Będąc prezesem prywatnej firmy, masz władzę. Decydujesz, odpowiadasz za to i potem się tłumaczysz za podjęte decyzje, ale jednocześnie masz najwięcej do powiedzenia. W związkach tak nie jest. Jestem przecież też w PKOl-u, wiem, jak to wygląda. A tam jest jeszcze więcej członków zarządu.
I prezes, który realizuje swoją własną, kontrowersyjną, wizję.
Ale ma poparcie. Uzyskał większość i funkcjonuje.
Warto też pamiętać, że PZN to nie jest jedna dyscyplina, a przecież każdy sport jest inny. Masz poczucie, że wszyscy kojarzą cię ze skokami, co jest oczywiste, ale to właśnie skoki przynoszą popularność całym sportom zimowym, przynoszą też pieniądze. Trudno z tym polemizować, więc nic dziwnego, że to skoki są sportem wiodącym. Wiodącym nie oznacza jednak jedynym.
Czego najbardziej żałujesz?
Jakieś 80 procent podjętych przeze mnie kroków było dobrych i stanowiło realizację planu, który przed sobą postawiłem. Ale mieliśmy choćby zamiar zrobić trasę biegową na Kolnej w Krakowie. Projekt był bardzo zaawansowany – nie wyszło. Do tego tunel aerodynamiczny, który realizowaliśmy krok po kroku, ale ostatecznie bez powodzenia. Chcieliśmy przy Szkole Mistrzostwa Sportowego stworzyć duże obiekty pod sporty zimowe, lecz przedsięwzięcie utknęło w martwym punkcie.
Dlaczego to wszystko się nie udało?
Z różnych powodów. Zabrakło zaangażowania części osób, część planów przerosła nasze możliwości finansowe. Jako związek nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego samodzielnie. W zeszłym roku nie udało się choćby zrealizować pomysłu produkowania nart dla Polaków, ale uważam, że to jeszcze nie jest do końca stracone. W wielu sprawach spotkaliśmy się z oporem, który trudno było przełamać. W prywatnej firmie tworzysz budżet i walczysz o finansowanie, tymczasem w związku musisz walczyć o wszystko od samego początku.
Może zabrakło ci bezczelności, wyrachowania?
Na pewno nie potrafię iść do celu po trupach. To nie mój styl. Nad czym zresztą czasem ubolewam, bo ludzie z takimi umiejętnościami mają dużo łatwiej.
Z czego jesteś najbardziej dumny?
Z reform w sporcie juniorskim – może efekty nie są tak spektakularne, jak wszyscy by wymagali, ale na to trzeba czasu. Uważam, że mam nosa, jeśli chodzi o trenerów, ludzi zajmujących się danym tematem, więc jestem spokojny o przyszłość tego projektu. Podobnie było z Thomasem Thurnbichlerem – to jest bardzo utalentowany chłopak, który świetnie da sobie radę w sporcie od strony szkoleniowej. Niestety starszym skoczkom trudno było się zaaklimatyzować w sytuacji, w której trenerem jest ich rówieśnik. Moim zdaniem Thomasowi zabrakło czasu.
Wybudowaliśmy ponadto istotne obiekty, zmodernizowaliśmy skocznię w Wiśle, udało się pozyskać finansowanie na małe skocznie. No i jednym z kluczowych projektów, który od podstaw był moim pomysłem, jest Akademia Lotnika [projekt popularyzujący skoki narciarskie m.in. w szkołach – przyp. red.]. Dołożyłbym do tego inwestycje na Kubalonce, która zostanie dokończona.
Jest naprawdę wiele rzeczy, z których mogę być zadowolonym. Do tego trzeba dołożyć rozpoczęte przedsięwzięcia, które powinny zostać dokończone za kadencji kolejnego prezesa.
Co z tematem Stefana Horngachera, który miał przyjść pracować w Polsce?
Zarząd postanowił, że powinien się tym zająć nowy prezes. Dopóki jestem w związku, będę jednak namawiał, aby temat zrealizowano jak najszybciej. To byłaby duża pomoc – taki transfer po prostu powinien się wydarzyć.
Apoloniusz Tajner, który miałby wrócić na stanowisko prezesa, to właściwy kierunek?
Ja przede wszystkim mam nadzieję, że Apoloniusz kontynuowałby rozpoczęte reformy. W związku potrzeba nie tylko świeżości, ale przede wszystkim chęci zmian. One są potrzebne, my je rozpoczęliśmy. Nie da się prowadzić związku jak dawniej. Prezes PZN-u to nie tylko reprezentant kilku sportów, ale przede wszystkim człowiek, który musi wywalczyć coś w ministerstwie, być twardy, ale też cierpliwy i ciągle szukać nowych rozwiązań. Czasem nie masz wpływu na wyniki sportowe, ale musisz robić wszystko, aby zmierzały w dobrym kierunku.
Wcześniej wspomniałeś o konieczności załatwiania budżetu, finansach itd. Czy PZN pomoże zawodnikom, gdyby ci nie otrzymali pieniędzy obiecanych im przez PKOl za sukcesy na igrzyskach? Pytam w kontekście afery związanej z Zondacrypto.
Nie wyobrażam sobie, w jaki sposób PZN miałby pomóc. Ostrzegałem przed takim działaniem PKOl-u, bo wiadomo, jak w dzisiejszych czasach wygląda rynek kryptowalut. Za taką postawę dostałem zresztą po uszach.
Dla chłopaków i trenerów mamy przecież swoje nagrody, które będą wypłacone. A w kwestii tokenów, naprawdę nie wiem, jak moglibyśmy pomóc.
Prezes Piesiewicz powinien się podać do dymisji?
Nie wiem, czy powinien. Powiem tylko, że w tym kontekście już naprawdę nic mnie nie zdziwi.
Rozmawiał Dawid Góra, WP SportoweFakty