Na piątek Adam Małysz dostał zaproszenie od ministra sportu na Stadion Narodowy, by się naradzić co dalej z PKOl po Zondacrypto. Ale to był ten dzień, w którym to Adam miał zapraszać do Warszawy, a nie być zapraszanym.

Właśnie w piątek 24 kwietnia PZN miał w Warszawie zaprezentować Stefana Horngachera w nowej roli. Sala w siedzibie Orlenu, sponsora związku, była już wynajęta. Prezentacje przygotowane. Horngacher miał przyjechać do Warszawy po trzech pierwszych dniach pracy, między innymi po warsztatach na Politechnice Krakowskiej, z którą PZN współpracuje w zakresie innowacji, ale pod okiem Austriaka miał tę pracę przenieść na zupełnie inny poziom.

ZOBACZ WIDEO: Tajner znów prezesem związku? „To najgorsze rozwiązanie”

Niech Horngacher przyjdzie, ale na warunkach działaczy, nie prezesa

Było w polskich skokach mocne poczucie, że odstajemy sprzętowo, stąd m.in. pomysł, by postawić na Stefana w roli dyrektora-koordynatora-innowatora. Jeszcze silniejsze było poczucie, że brakuje w polskich skokach kogoś, kto umie uderzyć pięścią w stół. I tu też odpowiedzią było: Horngacher. Za był Małysz, za Maciej Maciusiak. Nawet wielu działaczy było za, ale postanowili sprawę Horngachera wykorzystać, by pokazać Małyszowi, że mają mocne karty. I mimo, że Horngacher chętny do powrotu do Polski był już od kilkunastu tygodni, bardzo chętny: gdy zobaczył jak fruwa Kacper Tomasiak, a dogadany – tydzień po finale w Planicy, i mimo że ostatecznie zapewne do PZN przyjdzie, tylko w maju, a nie w kwietniu, to jednak działacze uznali, że jeśli przyjdzie, to na ich warunkach, a nie warunkach prezesa. I zrobili pokazówkę: skoro się Adam jeszcze wahasz, czy kandydujesz na drugą kadencję, czy nie, to nie możesz nas zostawić z faktami dokonanymi, gdybyś z prezesowania się wycofał. W PZN trzeszczało przez cały sezon olimpijski, każdy prezes związku jest w jakimś stopniu zakładnikiem układu sił między działaczami z Beskidów i Tatr. Wśród tych drugich graczem, z którym zawsze trzeba się liczyć jest od lat Andrzej Kozak. Środowisko Tatrzańskiego Związku Narciarskiego miało dużą siłę, jeśli chodzi o blokowanie niektórych ruchów prezesa Małysza. A wyniki skoczków zgadzały się tylko – lub aż – podczas igrzysk w Mediolanie i Cortinie.

Apoloniusz Tajner zapewne bez kontrkandydata
Według naszych informacji, była też próba całkowitego utrącenia planu „Horngacher”, ale wtedy mocno postawił się Maciej Maciusiak. A gdy usłyszał, że nikt go przecież do pracy nie zmusza, był gotowy odejść. Ostatecznie zdrowy rozsądek przeważył, ale gdy w międzyczasie okazało się, że część działaczy namówiła do kandydowania Apoloniusza Tajnera, Małysz uznał, że sygnał jest jasny: trzeba odejść, karty rozdane. Czwartkowe posiedzenie zarządu – ponoć burzliwe, ale nikt nie chce dzielić się szczegółami – niewiele tu już zmieniło.

Rywalizacja w wyborach 13 maja z byłym trenerem i byłym szefem byłaby mało komfortowa, funkcjonowanie razem w PZN po zwycięstwie Apoloniusza Tajnera – jeszcze mniej. Tak jak Adam miał prawo nie zapraszać Tajnera do działania w związku za swojej kadencji, tak nowy prezes będzie miał prawo sobie dobrać współpracowników jak mu wygodnie. To zapewne oznacza również odejście sekretarza generalnego związku Tomasza Grzywacza, który był solą w oku dla wielu działaczy jako człowiek nie z ich środowiska. A Apoloniusz Tajner będzie miał mocny mandat do działania, bo najprawdopodobniej nie będzie w wyborach kontrkandydata.

Paweł Wilkowicz, WP SportoweFakty