Tomasz Moczerniuk: Co słychać, panie Marku?
Marek Wojdaszka: Nie ma co narzekać. Rok temu stuknęła mi siedemdziesiątka. Od lat mieszkam w Kanadzie pod Ottawą i bawię wnuki na emeryturze. Mam ich sześcioro. Grają w piłkę tak jak dziadek. Najlepiej chyba 17-letnia Kasia. Występuje w napadzie, strzela bramki, za które dziadek całkiem nieźle płaci.
Faktycznie pozazdrościć. A pana Radomiak?
Oglądam każdy mecz, a na Struga byłem rok temu. Święto było na całego. Spotkałem się z chłopakami, z którymi zrobiliśmy awans do elity, a na urodziny dostałem piękną koszulkę. Wręczałem też nagrodę dla chłopaka, który był najszybszy w Ekstraklasie.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Capita Capemba był tak szybki, że jest już w Kansas City.
On w MLS nie pogra, bo tu nie pasuje. Tu gra mnóstwo argentyńskich twardzieli, a on nie ma charakteru rozbójnika. Nie rozumiem też, jak można było go sprzedać w takim momencie! Przecież wszyscy w Ekstraklasie wiedzą, że jak masz boki, to będą bramki, a jak nie masz, to będą męczarnie. Popatrzmy, co Oskar Pietuszewski robił w Białymstoku. Lubin ma Marcela Regułę, Lechia Gdańsk ma gości, co kręcą aż miło. W Motorze Mbaye N’Diaye bierze, jedzie, strzela i dogrywa. Taki był Capita. Brał piłkę, rozpędzał się i robił nam 2–3 sytuacje w każdym meczu. Zrobiłby nam 4–5 punktów i mielibyśmy utrzymanie. A tak — nie widzę tego dobrze. Ani układ tabeli nie pomaga, ani to, co zespół prezentuje. Trener też jakiś śpiący i wyciszony.
Bruno Baltazar to już czwarty szkoleniowiec Radomiaka w tym sezonie.
Gdyby został Goncalo Feio, Radomiak grałby o puchary. Nie wiem, co tam się wydarzyło, ale właściciel powinien rozliczać trenera wyłącznie za wyniki. Czy Feio nie miał racji, krytykując tych, którzy biorą pieniądze za zajmowanie się murawą? Przecież z Katowicami piłka odbiła się od krzywej kępki, uderzyła w słupek, Jędrych trafił do pustej bramki i przegraliśmy 0:1. Czy to jest wina trenera?
W składzie jest też mnóstwo Brazylijczyków i Portugalczyków. A to ludzie radośni. Lubią się bawić. Trzeba ich wsadzić w ramy, żeby każdy wiedział, co ma robić. A takim gościem był Feio. Zresztą potem prezes Sławek Stempniewski i dyrektor sportowy Antonio Ribeiro powiedzieli, że nie żałują, iż dali Feio szansę i zatrudniliby go ponownie.
Bruno BaltazarIgor Jakubowski / newspix.pl
Obcokrajowców faktycznie w Radomiaku sporo.
Martwi mnie ta sytuacja, bo to nie jest drużyna związana z regionem. Żadnemu z nich nie będzie szkoda, jak Radomiak spadnie. Odjadą w siną dal, a stadion zarośnie. Kibice — a ci są zawsze świetni i wierni, za moich czasów siedzieli na drzewach i płotach — na to nie zasługują.
Czwórka Polaków w składzie to zdecydowanie za mało?
Tak. Filip Majchrowicz to nie jest bramkarz na 100 proc. ale czasem pomoże drużynie. Rafał Wolski umie grać. Michał Kaput mi się podoba, nie wiem, czemu nie gra. Jana Grzesika trener rzuca raz tu, raz tam. On sam potem nie wie, co ma grać.
Dlaczego nie sięga się po chłopaków z akademii?
Jaka akademia? W Radomiaku nie ma mnie od 1990 i — choć dzieci jest tam sporo, dziś podobno około 1000 — co oni wychowali przez te 36 lat? Z Radomia jest Dawid Drachal, ale on zaczynał w Broni. Dziś gra w Jagiellonii.
Zresztą dziś całą robotę za dzieci robią rodzice. Kopniesz piłkę trochę lepiej i już ci znajdują agenta, który szuka klubu za granicą. I jest podnieta jak u Pietuszewskiego. Ten chłopak poszedł do Portugalii, ale przeżyje niejedną rzecz i będzie mu ciężko. Szczególnie psychicznie, bo to jest obczyzna. Za wcześnie z tym wszystkim. Tomasz Hajto apelował, żeby go brać do pierwszej kadry. Fajnie. Zagrał. No i co zrobił? Jeden człowiek jeszcze nigdy nie zbawił świata.
Pan do Radomiaka trafił z Wisły Puławy.
Tak. W pierwszym zespole Wisły debiutowałem, mając 16 lat. To była mocna III liga, których w Polsce było wtedy cztery. W debiucie zdobyłem gola, wszystko szło dobrze, ale potem złapałem kontuzję Achillesa i straciłem rok. W tym czasie Wisła spadła do okręgówki. W barażach o III ligę przegraliśmy m.in. właśnie z Radomiakiem. W 1974 jego trenerem był Leszek Krzysiak, który kiedyś też grał w Puławach. To on mnie ściągnął do Radomia.
Jak wyglądały początki?
W szatni to była drużyna wychowanków. Od małego razem, dlatego było trudno, bo traktowali mnie jak obcego. Trener wiedział, o co chodzi, ale nie chciał ze starymi debatować. Dopiero w drugiej rundzie pomału zacząłem grać od pierwszej minuty. Ten sezon zakończył się spadkiem, ale po dwóch latach i dwóch awansach graliśmy już w drugiej lidze.
Do wojska pana nie wzięli?
Generałów nie biorą! Wcześnie się ożeniłem, a jak miałem 21 lat, przyszedł na świat pierwszy z trzech moich synów — Sebastian. Wtedy na żywiciela rodziny było odroczenie. A jak przyszło pismo z WKU, to ukryli mnie w straży zakładowej w Radoskórze. To była fikcja, ale papiery się zgadzały.
Zakład „Radoskór” w 1977 r.Wojciech Stan / PAP
W Radoskórze były też fikcyjne etaty dla piłkarzy?
Tak, ale od drugiej ligi. Podpisywało się listę pracowniczą, ale się trenowało, zamiast chodzić do zakładu. Premie za mecze były drobne. Mieliśmy za to dostęp do wyrobów skórzanych: butów, kurtek. Sprzedawaliśmy to potem podczas wyjazdów do NRD, gdzie graliśmy z Chemie Halle. Jakiś facet z Radoskóru, który był naszym kibicem, załatwił nam też wyjazd do Aleppo. W Syrii spędziliśmy prawie trzy tygodnie. Rozegraliśmy pięć meczów, a ja strzelałem tam jak najęty. Ale do zdobywania bramek nie byłem chętny. Wolałem mieć dużo kontaktów z piłką i podawać kolegom. Widząc to, trener Paweł Kowalski przesunął mnie do pomocy. Radoskór płacił też nam za wczasy. Można było wyruszyć za granicę, ale ja ze względu na małe dzieci jeździłem do Krynicy.
A mieszkanie?
Najpierw byłem u teściów, potem w hotelu i wreszcie na drugim piętrze kawalerki na Borkach. Tę dostałem dopiero po rozmowie z prezesem klubu i dyrektorem Radoskóru Andrzejem Foremniakiem, który jest stryjkiem tej aktorki Małgośki. Zagroziłem, że jak jej nie dostanę, to wracam do Puław. W 1977 r. urodził się Maciek. Poszedłem więc znów do Foremniaka i powiedziałem, że mam rozwojową rodzinę i potrzebuję trzy pokoje z kuchnią. Akurat z Ruchu Chorzów przychodził do nas Jurek Turoń. Jego żona nie chciała się przeprowadzać do Radomia, więc Foremniak zadecydował, że on pójdzie do mojej 30-metrowej kawalerki, a ja dostałem jego fajne mieszkanie.
W Radomiaku jest pan legendą. Rozegrał pan tam ponad 300 spotkań, zdobył prawie 50 bramek. Kibice do dziś mówią, że miał pan charakter i zielone serce, a lewą nogą wiązał pan krawaty. Był pan królem strzelców zaplecza Ekstraklasy, do której bram pukaliście bardzo długo.
Było tak, że przez trzy kolejne lata po pierwszej rundzie zajmowaliśmy pierwsze miejsce, ale przychodziła wiosna i zaczynały się kłopoty. Wreszcie w sezonie 1983/84 wszystko poszło jak należy. Z wyjazdów przywoziliśmy remisy, u siebie natomiast były wygrane.
O awansie zadecydowało wygrane starcie z Hutnikiem w Warszawie. Zwycięskiego gola strzelił — po pana podaniu — Mirosław Banaszek w 85. minucie.
To był dziwny mecz. Rozmawiałem o nim niedawno z Wojtkiem Jagodą, który wtedy grał w Hutniku. Oni musieli ten mecz wygrać, aby nie spaść. U nas paru gości, którzy grać powinni, nie wyszło na boisko. Byłem już wtedy dojrzałym zawodnikiem, ale też znalazłem się na ławce. Dopiero po przerwie trener mnie wpuścił. Powiedziałem Mirkowi Banaszkowi, że wszystkie piłki będę zagrywać na niego. Wygraliśmy 2:1 i Hutnik spadł. A my i tak byśmy awansowali.
Marek Wojdaszka w maju 2025 r. na stadionie RadomiakaJacek Stanisławek / newspix.pl
Kończyliście bowiem rozgrywki z przewagą siedmiu oczek nad Polonią Bytom. W ostatniej kolejce pokonaliście u siebie Stal Mielec 2:0.
Przez to, że zrobiłem trochę szumu za ten Hutnik, na ostatni mecz musiałem usiąść na ławce.
Ale po przerwie zmienił pan Mirosława Sajewicza i finalnie mógł pan świętować wraz z 10 tys. kibiców.
To dopiero było święto! Władze, sztandary, a po meczu przemarsze i wizyta u prezydenta miasta. Kiedy wręczał mi odznaczenie, powiedział, że szkoda mu, iż już nie zagram dla Radomiaka. Zdębiałem i pojechałem do dyrektora na rozmowę. Ten mi powiedział, że pojawiła się oferta z Francji i żebym tam na stare lata jechał pograć. Po trzech dniach okazało się jednak, że nic z tego nie wyszło.
W ekstraklasie mimo świetnego początku nie udało się wam utrzymać.
Po trzech kolejkach mieliśmy dwie wygrane, remis i pozycję lidera. Graliśmy dobrze, technicznie, utrzymywaliśmy się przy piłce. W ekstraklasie było więcej miejsca, był czas na przyjęcie piłki. Dopiero 30–40 metrów od pola karnego zaczynało się robić ciasno. Tempo też dziś jest dwa razy większe. Po pierwszej rundzie byliśmy jednak na piątym miejscu z 15 punktami na koncie. Taki bilans w tamtych czasach gwarantował spokój. Ale zimą goście z górnej półki powiedzieli, kto ma spaść i na wiosnę u nas znów zaczęły się problemy. Były mecze, gdzie działy się śliskie rzeczy. Piłkarzy podejrzewano o branie łapówek. Sędziowie też nie byli święci. Po przyjeździe do Kanady mieszkałem przez pewien czas w pokoju razem ze śp. trenerem Zbigniewem Kociołkiem. Pracował on m.in. w Legii czy Widzewie. Rozmawialiśmy o tamtych czasach i mogłyby z tego powstać całe pamiętniki. Ale niektórych ludzi już z nami nie ma, więc nie ma co tego roztrząsać.
Po spadku Radomiaka przestał pan grać w piłkę.
Miałem 32 lata i to nie miało sensu. Leszek Ćmikiewicz namawiał mnie do gry w trzecioligowej Stali Rzeszów. Powiedziałem mu, że nie trenuję już od siedmiu miesięcy, ale ostatecznie trafiłem tam na dwa tygodnie przed startem rozgrywek. Początkowo grałem po 15–20 minut, ale potem było i zdrowie, i forma. Ćmikiewicz odszedł trenować Górnika Zabrze, a ja przeprowadziłem się z hotelu do jego mieszkania, bo w 1986 urodził się mój trzeci syn — Karol.
Ze Stalą w 1987 roku wywalczył pan awans do II ligi, a w 1989 roku wrócił pan do Radomiaka. Tam też było blisko awansu do II ligi, ale lepsza okazała się Korona Kielce. Rok później był już pan w Kanadzie.
W Toronto grała drużyna Falcons, której właścicielami było dwóch braci Ryglów: Janek i Zdzichu. Ściągali tam ludzi z Avii Świdnik i innych klubów. Grali u nich m.in. Zygfryd Szołtysik, Janusz Wójcik czy Krzysiu Rześny. Ówczesny trener Stali Zygmunt Janiak zapytał czy chciałbym tam jechać. „Masz 35 lat, zaraz skończysz karierę, a tam załatwią ci pracę na pół roku i zarobisz parę groszy” — mówił. Akurat wybierał się tam także Waldek Fiuta z Motoru Lublin. Postanowiłem więc spróbować.
Czyli z pół roku zrobił się stały pobyt?
To był fajny okres. Zanim dostałem kartę stałego pobytu, mieszkałem i grałem tam z wieloma chłopakami, m.in. z Januszem Żmijewskim, Włodkiem Andrzejewskim, Jurkiem Barczem, Pawłem Woźniakiem, Mirkiem Peresadą czy Kociołkiem. Był też u nas Grzesiu Lato. Graliśmy jako polska drużyna w amatorskiej lidze organizowanej przez imigrantów z Portugalii. Niedaleko nas w Hamilton była inna polonijna drużyna: Polonia. Tam też grali Zbyszek Hnatio czy Alfred Bolcek.
Trzyma pan kontakt z byłymi kolegami z boiska?
Dużo z nich już odeszło. Dzwonię czasem do Rysia Mrozka. Mam tu polską telewizję, więc debatujemy o meczach Ekstraklasy. Narzekamy na sędziów i na to, co się dzieje.
Na sędziów?
Kiedyś był jakiś tam „Fryzjer”, ale dziś jest to samo. Widzew przez cały mecz z Termalicą nie ma ani jednej szansy, ale w 90. minucie gość bez krycia dostawia główeczkę i strzela. Z czego to się wzięło? A ten VAR to jest dopiero instytucja do kręcenia! Przez 10–15 minut nie potrafią ocenić czy był spalony. Raz linia jest taka, raz taka. Według mnie przez błędne decyzje Radomiak ma dziś 3-4 punkty mniej.
Co jeszcze pana denerwuje?
To, że nasi piłkarze grają bez charakteru. Za delikatnie. Tak bezpłciowo. Mają mecz z Motorem do domknięcia i nie potrafią tego zrobić. Z Widzewem się udało, ale do nas też w 1984 r. przyjechał naszpikowany Smolarkami, Dziubami i Koniarkami Widzew i dostał 1:0. Święta Wojna z Koroną? Jezus Maria… W 1982 przyjechali do nas jako lider drugiej ligi. Bojek i ja zapakowaliśmy po dwie bramki i skończyło się 5:0. Ile było takich derbów z prawdziwego zdarzenia z Bronią Radom, Koroną czy Błękitnymi Kielce! Raz my byliśmy górą, raz oni. Trawa była rwana na kawałki. A dziś kibice patrzą na to jak na sparing.
A jaka według pana jest przyszłość kadry Polski? Nie zobaczy pan jej na mundialu w Ameryce Północnej.
Zabraknie nas, bo zaczęliśmy źle eliminacje, z których można było awansować praktycznie bez niczego. Przez to nie trafiliśmy potem do dobrego koszyka przy losowaniu baraży. Ale Jan Urban to trener, który lubi grać w piłkę. Wiadomo, że Holandia z nami jechała, ale potrafiliśmy się obronić, co też jest sztuką. Jest materiał na przyszłość, są zdolne roczniki w młodzieżówce. Przychodzi nowa fala, więc trzeba przewietrzyć szatnię i pozwolić Urbanowi pracować w spokoju.