„W elektrowni doszło do wypadku”
Informacje o awarii w elektrowni w Czarnobylu z 26 kwietnia 1986 r. docierały do Polski z opóźnieniem, a skala zagrożenia była niejasna. Władze ZSRR przez pierwsze dni po katastrofie w Czarnobylu milczały — oficjalny, oszczędny komunikat skierowany do opinii międzynarodowej pojawił się po dwóch dobach.
W elektrowni jądrowej w Czarnobylu doszło do wypadku. Jeden z reaktorów uległ uszkodzeniu. Podejmowane są środki w celu usunięcia skutków awarii. Poszkodowanym udzielana jest pomoc. Powołano komisję rządową — podały agencja TASS i program informacyjny „Wremia”.
Ogłoszenie zostało wydane pod presją — szwedzka elektrownia Forsmark biła na alarm po wykryciu podwyższonego poziomu promieniowania aktywnego w rutynowej kontroli. Szwedzi wykluczali kolejno — lokalny incydent, naturalne źródła promieniowania oraz „stare” skażenie.
Wykryli, że był to świeży rozpad paliwa jądrowego, a radioaktywny opad pochodził z ZSRR — wskazywałby na to kierunek wiatru oraz skład izotopowy cząsteczek — typowy dla instalacji z radzieckich elektrowni. Wkrótce stało się jasne, że źródłem mógłby być tylko duży reaktor energetyczny pracujący na paliwie uranowym i znajdujący się na terytorium ZSRR.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo „Trzeba jak najszybciej podać dzieciom stabilny jod”W Polsce decyzja o masowym podaniu płynu Lugola zapadła 29 kwietnia z obawy o skażenie radioaktywnym jodem (I‑131). Jak wskazał prof. Zbigniew Jaworowski, radiolog kierujący wówczas Zakładem Higieny Radiacyjnej w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej, naukowcy najbardziej obawiali się, że radioaktywny jod trafi do mleka, a stamtąd do tarczyc dzieci.
Płyn LugolaNew Africa / Shutterstock
— Mieliśmy wówczas pełnię wiosny, więc rolnicy już wypuszczali krowy na łąki skażone radioaktywnym jodem z Czarnobyla. Dlatego najważniejsza wiadomość, którą chciałem przekazać władzom, brzmiała: trzeba jak najszybciej podać dzieciom stabilny jod, by uchronić je przed rakami tarczycy — ujawnił w wywiadzie dla „Polityki”.
Decyzję podjęto centralnie, płyn Lugola miał być podawany przede wszystkim dzieciom i młodzieży do 18. roku życia, w tym noworodkom i niemowlętom, kobietom w ciąży, a w niektórych regionach również pozostałym dorosłym. Wszystko po to, by, w uproszczeniu, „zablokować” tarczycę stabilnym jodem, aby nie wchłonęła radioaktywnego jodu z powietrza i żywności.
Płyn Lugola
to wodny roztwór jodu i jodku potasu, który działa jak skoncentrowane, łatwo przyswajalne źródło jodu i jednocześnie środek o właściwościach odkażających. W praktyce można o nim myśleć jako o „płynnej formie jodu”, która pozwala szybko dostarczyć ten pierwiastek organizmowi lub wykorzystać go na skórze do zwalczania drobnoustrojów. Szczególną rolę zapisał w historii w 1986 r. po katastrofie w Czarnobylu, kiedy w Polsce podano go masowo dzieciom i młodzieży, aby zablokować wchłanianie radioaktywnego jodu przez tarczycę i zmniejszyć ryzyko jej uszkodzenia.
„Prawdopodobnie oni dostali wcześniej cynk”
„Płynny jod” w ciągu trzech dni przyjęło 18,5 mln Polaków. Oznaczało to największą w historii krajowej medycyny akcję profilaktyczną przeprowadzoną w tak krótkim czasie. Dla porównania — podobną akcję w ZSRR przeprowadzono dopiero po miesiącu od katastrofy.
— To musiała być szósta albo siódma klasa podstawówki — wspomina Mikołaj w rozmowie z Medonetem. — Pamiętam, że to był kwiecień, koniec kwietnia. I jakaś wielka sprawa w środku nocy. Nagle obudziła mnie mama, mówiąc, że mam wstawać i szybko wypić jakiś preparat, który wyglądał trochę jak gencjana, i że ona mi nic nie może powiedzieć, ale mam to zrobić. W mojej rodzinie było sporo lekarzy, część tych młodych pracowała wtedy w Centrum Zdrowia Dziecka. I prawdopodobnie, ale to są już teraz moje domysły, oni dostali wcześniej cynk, że coś się dzieje i że należy natychmiast podawać płyn Lugola, szczególnie dzieciakom, by w jakiś magiczny sposób ustrzec je przed potencjalnym promieniowaniem radioaktywnym — mówi.
Na tym nie koniec. Mało brakowało, a przez „akcję nocną” Mikołaj przyjąłby nie jedną dawkę preparatu, a dwie.
— Potem było śmiesznie, bo jak pojechałem do szkoły na normalnie prowadzone wtedy przecież lekcje, zastałem tam podobną akcję. Wszystkie dzieciaki musiały przyjąć płyn Lugola, ale ja powiedziałem, że nie będę tego pił, bo to już drugi raz. No i było z tego jakieś zamieszanie, ale skończyło się tak, że tej drugiej dawki nie przyjąłem — uśmiecha się.
Tłumy w kolejce po płyn Lugola przed apteką przy ul. Szpitalnej w WarszawieWitold Rozmysłowicz / PAP
Przywołuje jeszcze jedno wspomnienie z tamtego okresu, obóz letni w Pieczarkach koło Giżycka, organizowany przez sekcję żeglarską Pałacu Młodzieży przed startem sezonu.
— Jeździliśmy tam jako ochotnicy do różnych prac porządkowych, żeby przygotować ośrodek do sezonu i wykonywać w porcie prace przy łódkach. A jeśli promieniowanie, ta cała chmura miała gdziekolwiek nadciągnąć, to pewnie najbardziej tam, nad północnym wschodem, a mimo to organizatorzy nas i tak tam zawiesili. Nie wiem, czy była potem z tego jakaś afera, ale koniec końców czuję się bardzo dobrze. Ani płyn Lugola mi nie zaszkodził, ani Czarnobyl — kończy.
Do dna, pod nadzorem
Płyn Lugola przygotowywano na miejscu — w aptekach, szpitalach i przychodniach — często w pośpiechu i w prowizorycznych warunkach. Rozlewano go do naczyń zastępczych: plastikowych kubków, kieliszków, strzykawek, a czasem nawet do zakrętek. Podawano go masowo, bez wcześniejszych badań, wywiadu lekarskiego czy zgody pacjentów — zwłaszcza dzieci. W szkołach i przedszkolach ustawiano najmłodszych w kolejce i pilnowano, by wypili płyn do końca, na ogół pod nadzorem nauczycieli lub pielęgniarek.
Część rodziców dopiero po fakcie dowiadywała się, że dziecko wypiło płyn Lugola. Nie otrzymywali informacji o możliwych skutkach ubocznych — a brak selekcji, indywidualnej oceny stanu zdrowia, mógł doprowadzić do zaburzeń pracy tarczycy u niektórych pacjentów. U osób z predyspozycjami teoretycznie przyjęta dawka mogła zaburzyć tę pracę na całe lata.
Współcześni endokrynolodzy podkreślają jednak, że jednorazowa dawka jodu zwykle nie jest groźna i w większości przypadków nie wywołała żadnych objawów niepożądanych.
„Gdybym wtedy miał obecną wiedzę”
Była to akcja-ewenement. Nawet w Stanach Zjednoczonych służby nie zdołały zareagować natychmiast. Po poważnej awarii w elektrowni jądrowej Three Mile Island w 1979 r. jod trafił do mieszkańców okolicznych terenów dopiero po ośmiu dniach.
Czy jednak Polacy potrzebowali płynu Lugola? Sama idea ochrony tarczycy była zgodna z ówczesną wiedzą, ale po latach inicjator akcji, prof. Jaworowski, ocenił ją jako niepotrzebną.
— Gdybym miał wówczas obecną wiedzę na temat skali skażeń i tego, co dokładnie wydarzyło się w czarnobylskiej elektrowni, nie rekomendowałbym podawania ludności płynu Lugola — podkreślił w rozmowie z „Polityką” w 2011 r. — Dawka promieniowania, którą otrzymaliśmy, była minimalna. Bez znaczenia dla zdrowia (…) Mówię to z pełną odpowiedzialnością. To nie są moje wymysły. Proszę zajrzeć do raportu Komitetu Naukowego ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) z 2000 r. — dodał ekspert.
Profesor doprecyzował, że naukowcy i lekarze zakładali w tamtym czasie najgorsze i dostosowywali się do zaleceń międzynarodowych zakładających dużą ostrożność. Przypomniał o informacji przekazanej przez UNSCEAR, z której wynikało, że w ciągu 20 lat po czarnobylskiej katastrofie na obszarach Rosji, Ukrainy i Białorusi odnotowano około 1800 przypadków raka tarczycy u dzieci, przy czym zdecydowana większość — blisko 95 proc. — jest całkowicie uleczalna.
Nie wykluczał, powołując się na tezy innych uczonych, że wzrost wykrywalności mógł nie wynikać bezpośrednio z promieniowania, lecz z intensywnych badań przesiewowych, których przed 1986 r. praktycznie nie prowadzono. Wiele nowotworów tarczycy rozwija się bezobjawowo, dlatego chorzy często nie mają świadomości ich obecności i dowiadują się o nich dopiero dzięki szczegółowej diagnostyce.
„W tym roku nici z grzybów i borówek”
Prof. Jaworowski przypominał, że na przełomie kwietnia i maja 1986 r. badacze przyjęli, prewencyjnie, scenariusz o napływających do Polski kolejnych falach zakażeń, stąd nie tylko postulat o podawaniu dzieciom jodu w postaci płynu Lugola, ale i inne obostrzenia, m.in. zakaz wypasu bydła oraz zalecenie dzieciom picia mleka w proszku albo skondensowanego, z puszek.
— Tłum rodziców z dziećmi kłębił się w poczekalni przychodni. Totalny ścisk. Wszyscy dorośli przyszli z dziećmi po coś, co miało uratować życie i zdrowie — opowiada Medonetowi Anna. — Pamiętam, że miałam wtedy dziewięć lat i niebieską kurtkę z futerkiem wokół kapuzy, bo było zimnawo. Mama trzymała mnie za rękę i w tym tłoku ciągnęła mnie, przepychając się między innymi, w stronę drzwi. Za drzwiami pielęgniarki serwowały płyn Lugola — mama kazała wypić i nie pytać. Ludzie na gorąco dyskutowali, o tym, że nie wolno pić mleka prosto od krowy, że na łąkach wyrastają gigantyczne mlecze, że tego roku nici z grzybów i borówek, bo będą skażone i żeby nie głaskać psów i kotów. Ot, przeróżne dziwaczne, ale niemające wiele wspólnego z prawdą wątki, które pamiętam z tej poczekalni wyrywkowo. Gdy wreszcie nadeszła moja kolej, łyknęłam brunatny i tłustawy płyn podany mi strzykawką do buzi. Zrobiło mi się na tyle niedobrze, że po wyjściu z przychodni zwymiotowałam.
Kolejka w przychodni, 30 kwietnia 1986 r.Krzysztof Sitek / PAP
Eksperci podkreślają, że akcję podawania płynu Lugola należy oceniać w realiach 1986 r. — przy bardzo ograniczonym dostępie do rzetelnych informacji, bez nowoczesnych modeli przewidywania rozprzestrzeniania się skażenia i w warunkach ogromnej presji czasu. Dodatkowo sytuację komplikowało polityczne milczenie ZSRR.
W jednym punkcie naukowcy są dziś zgodni: najbardziej uzasadniona medycznie była ochrona dzieci. To właśnie noworodki, dzieci i kobiety w ciąży miały tarczyce najbardziej wrażliwe na wchłanianie radioaktywnego jodu, dlatego w ich przypadku podanie stabilnego jodu teoretycznie mogło ograniczyć ryzyko późniejszych zachorowań. Oznacza to, że przynajmniej część akcji z 1986 r., być może, spełniła swoje ochronne zadanie.
Treści z serwisu Medonet mają na celu polepszenie, a nie zastąpienie, kontaktu pomiędzy Użytkownikiem a jego lekarzem. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjno-edukacyjny. Przed zastosowaniem się do porad z zakresu wiedzy specjalistycznej, w szczególności medycznych, zawartych w Serwisie należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.