Prawdziwe dziennikarstwo. Niezależna redakcja. ZA DARMO.

  • Miesiąc temu Wirtualna Polska rozmawiała z kobietami, które po likwidacji oddziału w Lesku zostały pozbawione ostatniej porodówki w Bieszczadach. Mówiły, że są rozczarowane, wkurzone i przerażone tym, jakie podejście do rodzenia dzieci mają decydenci w Polsce.
  • Dziś sytuacja szpitala w Lesku jest jeszcze trudniejsza, bo od 1 maja szpital wstrzyma pracę kolejnego oddziału – pediatrycznego. A w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym brakuje obsady dyżurowej na 9 dni w maju. Dyrektor Mirosław Leśniewski twierdzi, że problemy finansowe i kadrowe oznaczają realne zagrożenie zamknięcia szpitala już od lipca.
  • Największy problem szpitala to wynagrodzenia. Fundusz płac to w tej chwili już 108 proc. jego przychodów. Miesięcznie na wynagrodzenia brakuje około 600 tys. złotych. Z tego powodu pracownicy mają wypłacane tylko 75 proc. pensji.

Paweł Buczkowski, Wirtualna Polska: Jest pan dyrektorem szpitala w Lesku od dwóch miesięcy. Za panem już dramatyczne apele załogi i pacjentek ws. zamykanej porodówki.

10-latka na hulajnodze. Koszmarny widok. Aż ją wyrzuciło w powietrze

Mirosław Leśniewski, dyrektor szpitala w Lesku: Problem porodówki to był udawany problem, dlatego że u nas odbywało się mniej więcej 10 proc. wszystkich porodów z całego powiatu leskiego. Można powiedzieć, że to były tylko ostre przypadki kobiet, które nie dojechały tam, gdzie miały zaplanowany poród. U nas dzieci rodziło się mało, ale są oddziały porodowe w Polsce, które mają 200-300 porodów rocznie i też mają deficyt. I to nie wynika z tego, że procedury są źle wyceniane, głównie wynika to z kosztów gotowości.

Ludzie sobie nie zdają sprawy, że posiadanie porodówki wymaga, żeby było non stop dwóch ginekologów położników na dyżurze. Gdy przychodzi nagłe cesarskie cięcie, to jeden lekarz nie wystarcza. To musi być zespół, a zespół to cały czas gotowość jednej sali operacyjnej na bloku, czyli co najmniej trzy osoby z bloku oraz czwarty anestezjolog. W tej chwili wynagrodzenie dla ludzi, którzy zajmują się anestezją, to jest 200 złotych za godzinę w górę. Lekarze, którzy operują, to też ponad 200 zł za godzinę. Niech pan sobie policzy, ile to kosztuje. Naprawdę musielibyśmy mieć jakieś astronomiczne liczby porodów, żeby to dało się utrzymać.

Likwidacja leskiej porodówki, która była ostatnią w Bieszczadach, stała się tematem, dzięki któremu o szpitalu zrobiło się głośno w całej Polsce. Pan jednak właśnie oświadczył, że jeszcze dwa miesiące i trzeba będzie zamknąć cały szpital.

Tak to wygląda. Najgorsze w tej chwili jest to, że jesteśmy twarzą kryzysu, a ja, jak rozmawiam z kolegami i koleżankami dyrektorami, to nie jestem jedyny w takiej sytuacji. Jestem po prostu pierwszy, który o tym powiedział. Inni to po prostu ukrywają. Dlaczego wskazuję taki termin jak koniec czerwca? Bo 1 lipca wchodzi nowa ustawa o minimalnych wynagrodzeniach zasadniczych w ochronie zdrowia. Niby mamy dostać jakieś większe pieniądze, ale ja już w tej chwili wiem, że nawet gdybym dostał 8 proc. więcej, to co najwyżej wypłacę stare pensje, ale już na nowe pensje poprzeliczane w górę dalej mi raczej nie wystarczy.

A teraz wstrzymujecie pracę kolejnego oddziału w szpitalu.

Właśnie piszę do wojewody, że muszę zawiesić działanie pododdziału pediatrycznego. W dalszej perspektywie jest jego zamknięcie. A to dlatego, że z dnia na dzień straciłem personel. Próbowaliśmy jeszcze znaleźć kogoś do pomocy, ale nie znaleźliśmy. I od 1 maja nie jestem w stanie zabezpieczyć działalności oddziału.

Ile dzieci miesięcznie otrzymywało tam pomoc?

To nie są w tej chwili duże liczby. Około 20-30. Rozumiem, że zamknięcie takiego oddziału oczywiście zrobi wrażenie na ludziach, ale demografia jest bezlitosna.

Kobiety z Bieszczad rozczarowane Tuskiem. A także wkurzone i przerażone

Kobiety z Bieszczad rozczarowane Tuskiem. A także wkurzone i przerażone

A skąd takie czarne wizje, że za chwilę trzeba będzie zamykać cały szpital?

Na dziewięć dni w maju nie mam w ogóle dyżurujących na SOR-ze.

Nie zgłosili się. Jest długi weekend i zamiast pracować na SOR-ze, może wolą na majówkę pojechać.

Pan ma za złe lekarzom, że chcą odpocząć?

Absolutnie nie. Do tej pory było jednak tak, że jakoś to się spinało, więc powinno się dalej spinać. A jest tak, że część ludzi się powykreślała, że nie będzie przyjeżdżała na SOR i do widzenia. Przy czym muszę panu powiedzieć, że ten nasz SOR jest bardzo wyjątkowy. Jak pan w Warszawie czy innym dużym mieście pójdzie na SOR, to tam siedzi 200-300 osób w kolejce. U nas przychodzi góra 20 osób na dobę, chyba że jest sezon turystyczny.

I co teraz? W maju SOR nie będzie działać?

Mam nadzieję, że na kilka dni nie trzeba będzie po prostu go zawieszać, bo nie będzie funkcjonował. Dla mnie, jak już nie funkcjonuje SOR, to zaraz kolejne oddziały i wszystko się zaraz posypie.

To już jest rzeczywiście perspektywa zamknięcia całego szpitala czy zamknięcia kolejnych oddziałów i jednak ciągnięcia tego dalej?

Do mnie bez przerwy podchodzą lekarze i mówią, że jak nie zacznę płacić 100 proc. pensji, to oni odchodzą. Dają konkretne terminy: tydzień, dwa. No to jak odejdą lekarze, to kto będzie leczył?

Ale zamknięcie szpitala to są mocne słowa. Ja się obawiam, że jak to gdzieś się pojawi, to może mieć pan problemy. Starosta nie zadzwoni z pytaniem: „Leśniewski, co ty tam opowiadasz?”.

Starosta jest powiadomiony. To nie są czcze groźby, że ja sobie coś wymyślam. Starosta wszystko wie na bieżąco, ja mu pokazuję maile, które dostaję od lekarzy.

Że tu jest nieobsadzony dyżur albo tutaj kogoś brakuje.

Waszym kamieniem u szyi są wynagrodzenia personelu?

Tak. Jak pogrzebałem w papierach, to wyczytałem, że problem zaczął się w 2022 roku. Wtedy podwyższono ustawowo wynagrodzenia i dyrektor nie miał wyboru, musiał wypłacać. To miało zrównoważyć to, że kontrakty z NFZ podwyższano o ileś procent. I jakoś tak się stało, że jak zaczęli podwyższać te kontrakty, to Lesko nie dostało ani grosza. Dyrektor wypłacił podwyżki pracownikom, a nie dostał większego kontraktu. I wtedy na wypłatę wynagrodzeń zaciągnął pożyczkę w parabanku. I od tej pory Lesko popłynęło. Doszło do tego, że na początku tego roku mój fundusz płac wynosił 102 proc. przychodów. A od kwietnia, kiedy ja dostałem redukcję kontraktu, bo w zeszłym roku szpital nie wykonał całego, to mój fundusz płac w tej chwili wynosi 108 proc. przychodów.

Zaczęło się w szpitalach. Decyzja NFZ uderza w pacjentów. "Niestety muszę potwierdzić"

Zaczęło się w szpitalach. Decyzja NFZ uderza w pacjentów. „Niestety muszę potwierdzić”

Skoro wydaje pan więcej na wynagrodzenia personelu, niż ma przychodu z prowadzonej działalności, to wniosek jest jeden: nie opłaca się prowadzić szpitala w Lesku.

Tym szpitalem od zawsze rządzili nie dyrektorzy, tylko lekarze. Dlatego że to jest szpital na końcu świata. Tu na miejscu jest bardzo mało ludzi, w związku z czym kadra jest napływowa i musi dojeżdżać, czasami z bardzo daleka: 50-60 kilometrów. To jest co najmniej godzina samochodem. Teraz latem to powiedzmy fajna wycieczka, ale zimą to już nie jest tak przyjemnie. Ceny benzyny też robią swoje. Chociaż lekarze biorą horrendalne stawki, to na dojazdy trochę wydają. A przyzwyczaili się, że dużo im zostaje.

Mówi pan: horrendalne stawki. To jest klucz do uzdrowienia sytuacji: obniżenie stawki lekarzom?

Ale jak mogę obniżyć stawki lekarzom? Stawki lekarzy są tak horrendalne, bo rynek je dyktuje, czyli to ilu jest lekarzy, których mogę zatrudnić. Nie ma konkurencji, więc mogą ustalać takie stawki, jakie chcą. Albo zabiorą papiery i wychodzą. A ja staję w tej chwili przed taką sytuacją jak z pediatrią.

Jak w tej chwili wygląda kwestia waszego zadłużania się?

Mamy zobowiązania na 169 mln zł. Ale zobowiązania to nie tylko dług, ale również rezerwy na takie rzeczy, które mogą nam zagrozić. 30-parę milionów to rezerwa na procesy, takie jak są w całej Polsce, gdzie pielęgniarki pozywają szpital za nierówne traktowanie ze względu na to, że pielęgniarka magister ma inny przelicznik, a ta z niższym wykształceniem ma inny. A tak naprawdę na oddziale robią to samo. I one wykorzystują to i mówią, że to dyskryminacja: dlaczego te, co mają magistra, robią to samo, a biorą więcej.

I pielęgniarki wygrywają te procesy.

Dla mnie to jest kuriozum. Stanowisk pielęgniarek specjalistek w szpitalu jest potrzebnych kilka. A na każdym oddziale musi być zatrudnionych co najmniej 12 pielęgniarek, żeby były na okrągło obsadzone dyżury.

I zmiana przepisów, która miała docenić pielęgniarki z lepszym wykształceniem, stała się dla szpitali kolejnym kamieniem u szyi.

A żeby pan wiedział. Jeżeli mi zależałoby na tym, żeby jakaś pielęgniarka zrobiła specjalizację, bo np. potrzebuję pielęgniarki anestezjologicznej na bloku operacyjnym, to nawet jej dołożę, żeby zrobiła tę specjalizację. Ona dostanie większe pieniądze, bo jest mi potrzebna. Natomiast jak ona sama wymyśli, że sobie zrobi specjalizację, to fajnie, ma specjalizację. Ale nigdy nie było to gwarancją awansu. To nie jest normalne, żeby pracownik, jak podwyższy wykształcenie, z tego tytułu domagał się natychmiast podwyższenia pensji. A sądy to orzekają. To jest zupełna paranoja.

Dług rośnie z miesiąca na miesiąc?

Miesiąc do miesiąca powiększa się o około milion. Za zeszły rok stratę mieliśmy 16 mln zł. Ale dostajemy ciągle nowe tytuły egzekucyjne, jest ich mniej więcej na pół miliona miesięcznie. Prognozuję, że strata na koniec roku może być 18 mln zł. Ale robimy wszystko, żeby była najmniejsza. Dwa lata temu strata wyniosła 22 mln. Dziś wiem, że jest mniejsza, bo zamknęliśmy ginekologię.

MSWiA się chwali: mamy nowy rezonans. Sprawdzam termin i jest rozczarowanie

MSWiA się chwali: mamy nowy rezonans. Sprawdzam termin i jest rozczarowanie

Wracając do jednego z pańskich poprzedników, który zaciągnął kredyt w parabanku, ktoś przeczyta i powie: sami są sobie winni, że się zadłużają w takich miejscach.

I tak nam mówią, że sami jesteśmy sobie winni.

I nikomu w Warszawie nie będzie szkoda takiego Leska. Powiedzą: no trudno.

Tylko w tym momencie mieszkańcy tego powiatu, gdzie mają znaleźć pomoc? To nie jest tak jak w Warszawie, że pojedzie się do sąsiedniej dzielnicy i tam już też jest szpital. Nie. Co z tego, że stąd do najbliższego szpitala jest 30 czy 40 kilometrów. Ale tę odległość czasami się jedzie i godzinę, bo to są góry.

Był pan na trójstronnej komisji zdrowia, gdzie przedstawił pan trudną sytuację szpitala. I co, po spotkaniu podszedł ktoś z Ministerstwa Zdrowia i powiedział: „Niech się pan nie boi, dyrektorze Leśniewski, pomożemy”?

Ja za stary jestem, żebym liczył na coś takiego. Mowy nie ma. Usłyszałem, że mają już w ministerstwie komisję specjalną, która pracuje nad rozwiązaniami specjalnymi dla Leska. I że jak otworzę ginekologię, to dostanę pieniądze. Oczywiście powiedziałem panu ministrowi, że biorę to z pocałowaniem ręki.

Czyli obiecują, że coś się dzieje w sprawie Leska.

Coś się dzieje. Ale ja też wcale nie będę czekał, aż coś się wydarzy. Ja też w tej chwili robię różne ruchy, żeby rozruszać personel, bo tabelę wyników poszczególnych komórek w szpitalu mam całą na czerwono. Jakby pan nie wiedział, to na czerwono księgowi minusy zaznaczają. Czyli ja mam same straty na wszystkich oddziałach. Staram się patrzeć, skąd się to wzięło i czy to można naprawić. Staram się to naprawiać.

A jakie można ruchy zrobić?

Na przykład zmniejszam liczbę łóżek na oddziałach. To pozwala mi zmniejszyć liczbę personelu średniego, który jest zatrudniony. To są nieduże oszczędności, ale dla mnie każda złotówka jest ważna. Poza tym poradnie nowe chcę uruchomić i żeby w tych poradniach lekarze lepiej pracowali. Wygląda na to, że niektóre poradnie albo źle pracują, albo za mało, albo źle klasyfikują porady lekarskie, co daje mniejsze pieniądze. Albo nie oszczędzają na diagnostyce, gdy przychodzi pacjent i co chce, to dostaje z diagnostyki, a nie tylko to, co trzeba, żeby było robione. Jest mnóstwo takich rzeczy.

Co pan powie tym wszystkim politykom, decydentom, jak za te trzy miesiące rzeczywiście złoży wniosek o likwidację szpitala?

Ja już w tej chwili mówiłem: ludzie, zastanówcie się, bo wszystko wskazuje na to, że ten szpital musi tu istnieć. Trzeba wymyślić jakąś regułę, która pozwoli istnieć takim placówkom jak moja, w takich dziwnych miejscach. Jesienią, zimą, jak tu jest mało ludzi, to pal go licho. Ale już w tej chwili, jak w piątek wieczorem wracam do domu, to z przeciwka sznur samochodów jedzie w Bieszczady na weekend. Tutaj latem jest 2-3 razy więcej ludności niż normalnie. W niektórych szpitalach lądowisko dla helikopterów zarasta trawą, a u mnie 2-3 razy w miesiącu ląduje helikopter z pacjentem, bo to jest pierwszy ostry szpital po drodze z Bieszczad, do którego można przetransportować pacjenta.

Czyli przekonuje pan, że jest potrzebne specjalne rozwiązanie finansowe dla szpitali na peryferiach, jak Lesko? I zaraz wszyscy inni będą mówić, dlaczego Lesko ma mieć lepiej niż my.

W całym kraju dobrze by było, gdyby zmieniono sposób finansowania szpitali. Powinna być opłata za gotowość i ona powinna być płacona w tych miejscach, w których rządzący uważają, że szpital musi istnieć. A oprócz tego powinno być pokrycie kosztów procedur, które są wykonywane. Tylko że wszyscy mówią, że mamy za dużo szpitali w Polsce. Nawet tutaj w Bieszczadach są dwa. Ale na to ja też już mam rozwiązanie. Jadę do pani dyrektor szpitala do Ustrzyk Dolnych i będę ją namawiał, żebyśmy się połączyli. To może być ratunek dla niej i dla mnie. Oczywiście zlikwidujemy te rzeczy, które się dublują, mniej kadry będzie potrzebne, ale powinno być lepiej.

"Przepraszam". Tłumaczy się za porodówkę w Lesku

„Przepraszam”. Tłumaczy się za porodówkę w Lesku

Pan się czuje w tej trudnej sytuacji w jakiś sposób zaopiekowany przez rządzących, czy raczej pozostawiony sam sobie?

Zanosi się na to, że dyrektor Mirosław Leśniewski może zostać grabarzem tego szpitala. Nie boi się pan, że taka łatka zostanie panu przypięta?

Jest taka zasada Petera mówiąca o karierze. Ona mówi, że każdy pracownik wspina się po szczeblach kariery do momentu, w którym osiąga stopień, który go przerasta i określa się go stopniem niekompetencji. Jak go osiągnie, to kariera mu się kończy. Mnie się wydaje, że już się wspiąłem na ten stopień.

Rozmawiał Paweł Buczkowski, dziennikarz Wirtualnej Polski