Niewielki klub w Dusznikach-Zdroju tylko w ostatnich latach wychował aktualną mistrzynię świata juniorów w łyżwiarstwie szybkim Hannę Mazur oraz zwyciężczynię ostatniego Pucharu Świata juniorów oraz czwartą zawodniczkę mistrzostw świata juniorów w short-tracku Kornelię Woźniak. Choć w kolejce do sukcesów są kolejni adepci, to ośrodek wciąż musi sobie radzić bez… lodowiska. I to się w najbliższym czasie raczej nie zmieni.
Założycielka klubu i trenerka Agnieszka Ziemczonek zdradza smutną rzeczywistość polskich klubów sportowych. To tak naprawdę tylko dzięki jej codziennemu zaangażowaniu klub w ogóle jeszcze istnieje, a kolejni zawodnicy wciąż mogą marzyć o międzynarodowych sukcesach.
Mateusz Puka, WP SportoweFakty: Praktycznie w pojedynkę stworzyła pani jeden z najlepszych obecnie klubów łyżwiarskich w Polsce. Jak to się robi?
Agnieszka Ziemczonek, prezes UKS Orlica Duszniki-Zdrój: Niestety tylko w teorii wygląda to tak dobrze. Hanna Mazur ma co prawda już sześć medali mistrzostw świata juniorów, a duże sukcesy na arenie międzynarodowej ma też Kornelia Woźniak. W kolejce są już następne, czyli Nadia Machała i 12-letnia Amelka Harasiuk. Udowodniamy, że potrafimy szkolić bardzo dobrych zawodników, ale zamiast myśleć o rozwoju, zastanawiamy się, jak długo jeszcze uda nam się to ciągnąć.
ZOBACZ WIDEO: „Ogromny zaszczyt”. Kinga Goraj zabrała głos na gali Herosi
Dlaczego?
Nie mamy lodowiska. Zapowiedzi o budowie obiektu usłyszeliśmy pięć lat temu. Teraz wiemy już, że żadnego lodowiska w naszym mieście i okolicach nie będzie. Zostaliśmy z dużą grupą zdolnych dzieci i musimy z nimi jeździć do Czech. Starsi zawodnicy jeszcze to akceptują, ale młodsi już się wycofują i trudno im się dziwić.
Przecież ministerstwo ogłosiło niedawno projekt budowy lodowisk, na które ma być przeznaczonych 115 milionów złotych. Gdzie jest problem?
Centralny Ośrodek Sportu nie wybuduje lodowiska, a miasto deklaruje, że nie stać go na utrzymanie takiego obiektu. Przez wiele lat na utrzymaniu miasta był obiekt biathlonowy, a dla samorządowców był on kulą u nogi. Teraz nikt nie zamierza składać nawet wniosku do ministerstwa o budowę obiektu, bo nie byłoby go jak utrzymać. W naszym przypadku projekt, którym tak chwali się ministerstwo sportu, po prostu nie zadziałał. Szkoda.
Ma pani jakiś inny pomysł?
Przyznam, że już nie chce mi się o to walczyć. W Dusznikach miał być cały kompleks olimpijski. Miało być lodowisko, tor saneczkowy, a teraz nie ma na nic perspektyw. Osiągnęliśmy szklany sufit i więcej już nie damy rady bez infrastruktury. Mamy chętnych zawodników do każdej kategorii wiekowej, ale musimy im odmawiać.
Jak sobie w takim razie radzicie z dotychczasowymi grupami?
Od kwietnia do lipca jeździmy na wrotkach. Od sierpnia musimy jednak trenować na lodzie i dlatego pięć razy w tygodniu jeździmy na lodowisko do Nachodu w Czechach. Dojeżdżamy pół godziny, a i tak mamy najgorsze godziny treningowe tuż przed zamknięciem obiektu, czyli o godz. 20:30. Zajęcia kończymy po godzinie 22. Gdy mówię o tym chętnym rodzicom, to większość z nich tylko puka się w głowę. Dla najmłodszych dzieci, a mamy nawet takie w wieku 3-10 lat, takie godziny są nie do przyjęcia. Rodzice rezygnują, a my nic nie możemy z tym zrobić. Ostatnio nawet nie prowadzimy naboru, bo wiemy, że to nie ma sensu. Szkoda, bo świat poszedł do przodu, a jeśli ktoś chce robić karierę, to powinien jeździć już na łyżwach jako 5-6-latek.
Czy macie jakąś alternatywę?
Boję się, co będzie, jeśli ktoś w Nachodzie dojdzie do wniosku, że lepiej wynająć obiekt kolejnej grupie czeskich hokeistów, a nie polskiemu klubowi łyżwiarskiemu. Tego nie da się wykluczyć, a będzie to prawdziwy dramat. To może nastąpić w każdej chwili, a my będziemy musieli zamknąć klub. Zresztą już za dwa lata może być problem, bo lodowisko ma zostać skrócone o dwa metry i może nie nadawać się do naszych treningów.
Gdzie jest najbliższy obiekt w Polsce?
W Opolu, czyli dwie godziny jazdy od Dusznik-Zdroju. Aby znaleźć mocniejszą grupę treningową dla Hani Mazur i Korneli Woźniak, jeździliśmy przed mistrzostwami Polski właśnie do Opola lub do Benatek w Czechach. Odbierałam wtedy dzieci ze szkoły po godz. 13, a do domu odwoziłam je po godz. 22. Podczas przygotowań do najważniejszych imprez robiliśmy tak cztery razy w tygodniu. Gdybym wiedziała, że tak będzie, to w ogóle bym się za to nie brała. Wtedy jednak mamiono mnie wizją nowego lodowiska, a ja miałam przygotowywać adeptów, którzy mieli tam trenować.
Sytuacja brzmi absurdalnie. Ile dzieci trenuje obecnie w waszym klubie?
Na wrotkach regularnie pojawia się nawet 60 dzieci. Raz w tygodniu w Nachodzie mamy wcześniejszą godzinę – 18.30 i wtedy na lodzie jest nawet 40 zawodników. To jednak tylko po to, by podtrzymać zainteresowanie dzieci tą dyscypliny. Przy takim tłumie na lodzie i treningach raz w tygodniu nie ma co liczyć na wielkie wyniki.
Długo wydawało się, że po sobotnich wyborach dołączy pani do władz Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego. Wysoka pozycja nie pomaga w załatwieniu tej sprawy?
Jestem wściekła, bo w Polsce nie mamy pomysłu, gdzie zagospodarować dzieci, które garną się do sportu. To wielkie zaniedbanie. Wiele gmin buduje lodowiska, ale typowo rekreacyjne. Mamy potencjał, by robić wyniki, ale blokuje nas infrastruktura. Ministerstwo mówi o tym, że infrastruktura powinna powstawać tam, gdzie jest środowisko. My w Dusznikach mamy prężnie funkcjonujący klub, fantastyczny tor do rolek, zaangażowanych rodziców, a nawet COS. I co? I nic! Hania Mazur zaczęła jazdę na łyżwach jako trzylatka, Kornelia Woźniak jako czterolatka. Obie mają medale międzynarodowych imprez w kategorii juniorów. Boli też różnica pomiędzy Polską a Czechami.
Co dokładnie ma pani na myśli?
Wielokrotnie pytałam w czeskich klubach, ile muszę zapłacić za trening naszych zawodników i w obu miejscach dostawałam tę samą informację: „czeskie dzieci nie płacą za lód, więc polskie też nie będą płacić”. To właśnie w Czechach swoje treningi na lodzie zaczynały u nas Hanna Mazur i Kornelia Woźniak. Można powiedzieć, że wyszły z polskiego systemu szkolenia, ale na pewno nie można powiedzieć, że zostały wychowane na polskiej infrastrukturze sportowej… Proszę sobie wyciągnąć wnioski.
Niedawno ujawniłyście, że zajęcia siłowe prowadzicie w szkolnej piwnicy, gdzie jeszcze niedawno była kotłownia. Jak to możliwe?
Nasza poprzednia hala została sprzedana do COS-u, potem odbył się remont, a po nim okazało się, że wynajęcie tego miejsca kosztowałoby nas ponad 15 tysięcy złotych. Jesteśmy małym klubem i po prostu nie stać nas na takie koszty. Szukaliśmy tańszej opcji. Najpierw „przygarnęło” nas okoliczne przedszkole, gdzie było miejsce w piwnicy. Po ponad półtora roku pani dyrektor szkoły zaoferowała nam zagraconą kotłownię i tam zorganizowaliśmy sobie siłownię.
O wszystko musieliście zadbać sami?
Przysposobienie tego miejsca kosztowało 40 tysięcy złotych, na co na szczęście dostaliśmy pieniądze z samorządu i Urzędu Marszałkowskiego we Wrocławiu. To dużo rozsądniejsze wyjście niż płacenie co roku ponad 15 tysięcy złotych do COS-u. Mówię to nie po to, by się żalić, ale żeby pokazać, w jakich warunkach funkcjonują dzisiaj młodzi sportowcy. Przy okazji igrzysk w Mediolanie-Cortinie sporo było zapowiedzi, ale nic się nie zmienia. Gdyby nie wcześniejsze opowieści o budowie obiektu w Dusznikach-Zdroju, to na pewno nie rozwijałabym aż tak mocno klubu. Wychodzi na to, że tylko narobiłam sobie problemów, z którymi teraz sama muszę się uporać. Niestety jest duże prawdopodobieństwo, że w ciągu kilku lat wygasimy działalność UKS Orlica.
Rozmawiał Mateusz Puka, dziennikarz WP SportoweFakty